niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział trzeci

     Pospiesznym krokiem niemal wbiegłam przez bramę odgradzającą nasz dom, zwalniając kroku jedynie po to by ją za sobą zamknąć. Przystępując niecierpliwie z jednej nogi na drugą, skierowałam się ku drzwiom, przekraczając je i znajdując po chwili we wnętrzu mieszkania. Podtrzymując się ściany jedną dłonią - wzbogaconą o zakupowe torby, drugą, nieporadnie zsunęłam z siebie buty. Chciałam udać się czym prędzej do swojego pokoju by rozpakować nowe nabytki, ale zachwiałam się z rozpędu po drodze, dostrzegając w jednym z pomieszczeń pozostałych mieszkańców. Zatrzymałam się tuż przed progiem obejmując oburącz torby i uśmiechnęłam ciepło, oddając tą mimiką swój nastrój.
     - Jestem z powrotem - zawołałam zwracając ich uwagę na swoją osobę.
     - Spóźniłaś się na obiad, ale została dla... - kobieta uniosła na mnie wzrok zamierając w pół zdania z otwartymi ustami.
Wpatrywała się we mnie, najwyraźniej zszokowana obrazem jaki miała przed oczyma. Mężczyzna nieopodal niej, do tej pory pochłonięty myciem naczyń, odwrócił się by zrozumieć co było tego powodem. W momencie spotkania naszych oczu, przedmiot, który trzymał w dłoniach, wyśliznął mu się, lądując na ponów w komorze. Całe szczęście z niezbyt wysokiej odległości. Zmrużyłam mimowolnie oczy na ów dźwięk. W tym całym postanowieniu zmian, kompletnie nie uwzględniłam ich reakcji.

     - Trudno mi z tym wszystkim...
Ściągnęłam brwi, torując widelcem okrąg po talerz,u na którym jeszcze chwilę temu znajdowała się odgrzana porcja. Nie wiem, które z nich bardziej lustrowało moje włosy. Przymknęłam oczy z westchnieniem.
     - Nie sądzisz, że to dość diametralne zmiany? - mama sięgnęła po ich kosmyk, obracając go między palcami.
     - I te soczewki - mężczyzna przyglądał im się badawczo - Wyglądasz jak zupełnie inna osoba.
Uniosłam na nich wzrok, ściągając zadziornie kąciki ust ku górze.
     - Wbrew pozorom, przyznajcie, są bardzo ładne - opuściłam widelec prostując się na krześle.
Nie chciałam dostarczać im więcej trosk, ale sama też miałam swoje granice. Prawdą było, że jedyne co mogliśmy zrobić to czekać, tego procesu nie dało się przyspieszyć. Wszelkie wysiłki tylko wypierały z nas radość. Odkąd wybudziłam się ze śpiączki, odkąd utraciłam wspomnienia, wszystko się zatrzymało. Mijał dzień za dniem. Miesiąc za miesiącem. Żyliśmy, ale wszystko obracało się wokół jednej rzeczy. Wszystko inne zgasło. Czy tak to wyglądało przedtem? Chciałam pójść naprzód, chciałam żebyśmy wszyscy poszli.
     - To nie tak, że nam się to nie podoba - ciągną mężczyzna - Tylko nas zaskoczyłaś.
     - Potrzebuję zmian...
Uśmiechnęłam się tym razem znacznie delikatniej, szukając z ich strony zrozumienia. W końcu wszyscy mogliśmy na tym skorzystać. Wszystko mogłoby wrócić na normalny tor. Chciałam być sobą, a nie bezustannie gonić za obrazem kogoś, kogo za nic nie byłam w stanie sobie przypomnieć.
     - Mei, posłuchaj - mama zatopiła we mnie wzrok z którego dało się wyczytać troskę - Jeśli potrzebujesz, zawsze możesz przyjść z nami porozmawiać. Może... w tym wszystkim, za bardzo kładliśmy nacisk, a ty na tym najbardziej cierpisz.
     - Dziękuję - skwitowałam z wyraźną wdzięcznością.
     - Skoro jesteś tego pewna. Wiesz, że zrobisz nie małe show w szkole? - tata zaintonował angielskie słowo, unosząc przy tym jedną brew.
Wstałam od stołu rozpogadzając się na ich słowa, te zmiany naprawdę wprawiały mnie w dobry nastrój. Wiosna w pełni, zdawała się ulewać trochę barw także na moje życie.
     - Wiem, jestem na to gotowa. Przedstawię się im jako Cosette.

     - "Cosette"?
Zawtórowała Sophie, która przypominając mi w reakcji mojego ojca, upuściła własnie zawartość swojej dłoni. Skrzyżowałam ręce na piersi odrobinę zirytowana. Nie sądziłam, że rozpoznanie mnie, będzie aż tak trudne. Krzątałam się w okolicy oczekując aż ktoś zaskoczy mnie spostrzegawczością. Na każdej przerwie byłam nieopodal ich towarzystwa. I nic. Nic, prócz wlepionego spojrzenia Peter'a, który zdaje się ślinił na widok nowej w szkole. To obrzydliwe. Podczas lunchu miarka się przebrała, nie będę przecież siedziała sama tylko dlatego, że są kompletnie ślepi. Przecież nie zrobiłam sobie operacji plastycznej twarzy. Stanęłam przed naszym stolikiem, czekając aż Sophie łaskawie się podsunie wraz z resztą aby zrobić mi miejsce. Ta natomiast wlepiała we mnie spojrzenie, gdy z jej widelca spadł kawałek mięsa prosto w buraczki.
     - Tak, Cosette. A wy jesteście okropni...
Tomiko postanowiła przejąć inicjatywę zamykając dłonią usta dziewczyny, po czym pociągnęła ją za sobą zwalniając trochę miejsca na ławce.
     - Dziękuję - usiadłam zniesmaczona ich przyjęciem.
     - Nie wierzę, to nie może być prawda. Miało być tak pięknie.
Peter schował twarz w dłoniach pochlipując na ramieniu siedzącej obok Karine. Ta zaś natychmiast trzepnęła go w głowę sprowadzając do pionu.
     - Z bliska bardziej widać podobieństwo. Co nie zmienia faktu, że wszystkich zaskoczyłaś - niepewnie zaczął Naoki.
To prawda, nie sądziłam, że kompletnie nikt nie zwróci na mnie uwagi w tym właściwym sensie. Patrząc na to z tej perspektywy, cieszę się, że rodzice na mój widok nie wyrzucili mnie z domu widząc we mnie włamywacza.
     - Wiesz Mei, nie ma co się dąsać. Bądź co bądź, rzadko kto zmienia się tak diametralnie podczas jednego weekendu. Skąd ten pomysł? - zamachała w moim kierunku sztućcem Karine.
     - Zmiany czasem wychodzą na dobre. Pomyślałam, że to odpowiedni moment. A tak ponad to... zawsze chciałam się tak nosić! - niemal wykrzyknęłam, z zacięciem pakując do ust porcję jedzenia.
     - Ja wiem.
Peter podparł brodę na dłoni, nie spuszczając ze mnie oczu. Odruchowo również na niego spojrzałam z zamiarem wysłuchania sugestii.
     - Wypadek. To po uderzeniu w głowę ci tak odbiło - uśmiechnął się szelmowsko - Więc jest szansa, że tak naprawdę wciąż możesz być "tą nową"!
Wyciągnął ręce przez stół, chwytając mnie za dłonie. Nawet nie zauważyłam kiedy Tomiko zamachnęła się trafiając porcją jogurtu prosto w jego twarz. Trzeba było przyznać, cela to ona miała. Mogę stwierdzić, nawet znając ją te kilka miesięcy. Dobra, może za wyjątkiem sytuacji, gdy ogląda się za nauczycielem. Aczkolwiek tych nie można brać pod uwagę ze względu na ich wyjątkowość. Jestem pewna, że gdybyśmy w szkole mieli zawody łucznictwa, spokojnie mogłaby wziąć w nich udział bez większego przygotowania. Zamrugałam kilkakrotnie, widząc spływającą po policzku chłopaka, lekko różową substancję. Nie wyrywając mu się, wybuchnęłam machinalnym śmiechem przy czym zawtórowała mi cała reszta. Za wyjątkiem pokrzywdzonego.
     - Wybacz Peter, ale nie reflektuję.

     Zmiany jakichś się podjęłam wzbudziły więcej zainteresowania, choć już nie tak dużego jak wśród moich znajomych. Faktycznie, dla każdego z poza klasy stałam się nową uczennicą. Jednak po kilku dniach, plotki zniknęły zastąpione przez rzeczywistość. Nauczyciele nie robili mi z tego powodu problemów. Nie dało się zaprzeczyć, że wyróżniałam się z tłumu. Nie przeszkadzało mi to jednak. Nie chodziło ani troszkę o zdobycie jakiejkolwiek popularności, dlatego wszelkie prychnięcia i zdarcia nosa przez osoby zapewne, które kiedyś mojej osoby nie darzyły sympatią, zwyczajnie mnie nie interesowały. Byłam jedynie sobą i to dostatecznie mnie uszczęśliwiało. Cosette również szybko się przyjęło zastępując moje imię. Zdecydowanie bardziej do mnie w tym momencie pasowało. Nawiązując do bohaterki "Nędzników"*, chciałam odzyskać wolność. I miałam wrażenie, że szłam odpowiednią drogą. W wolnych chwilach grałam, grałam i grałam. Kochałam skrzypce. Nadzwyczaj bardzo.

     - Tato, pospiesz się! Mama się niecierpliwi.
Wejrzałam przez próg domu, doszukując się wzrokiem rodziciela. Tego natomiast nigdzie w jego zasięgu nie było.
     - Zaraz schodzę, mamy przecież jeszcze dwadzieścia minut. Nie spóźnimy się.
Skierowałam wzrok na górne piętro z którego dochodził jego głos.
     - Tak, ale mówi, że przez godziny szczytu będziemy długo stali w korkach.
Mężczyzna zszedł pospiesznie po schodach, dopijając w locie resztę kawy ze szklanki stojącej na stole. Wziął głęboki wdech łapiąc się za głowę i teraz on omiótł wzrokiem mieszkanie. Poklepał się jeszcze po kieszeniach, ruszając w moim kierunku.
     - Wszystko mam. Idziemy.
Chwyciłam go pod rękę starając się pospieszyć jeszcze bardziej, pociągając za sobą w kierunku samochodu.
     - W końcu - mama obdarzyła nas spojrzeniem, gdy drzwi się uchyliły, a my zajęliśmy miejsca.
     - Kochanie, nie pomyliłaś się przypadkiem?
Kobieta wymownie zastukała paznokciem w trzymają przez nią kierownicę.
     - Nie. Za karę ja prowadzę.
     - Mei, zapnij lepiej pasy - rzucił rozbawiony, w tym momencie czyniąc to ze swoim.
     - Tak jest! - zasalutowałam powielając czynność.
Zwykle terapeutę odwiedzałam sama. Razem jeździliśmy tam tylko tuż po moim wyjściu ze szpitala. Tym razem ponawiamy wyprawę. Co prawda troszkę zdziwiła mnie ta informacja, ale nie zaszkodzi nam przecież spędzić więcej czasu razem. Jedynym co się rzuca w oczy jest fakt, że to pierwsza wizyta od czasu zmiany. Jednak zdaje mi się, że przez nią, atmosfera w domu znacznie się poprawiła. Przez chwilę lustrowałam wzrokiem migający krajobraz za szybą. Zamknęłam jednak zaraz oczy, pozwalając by wiatr z uchylonej szyby przyjemnie targał moimi włosami. Z letargu wybiło mnie jedynie lekkie szarpnięcie, gdy mama zahamowała na skrzyżowaniu.
     Czekałam na tych dwoje przed gabinetem już dobre pół godziny. Nie mam pojęcia co robili tam aż tyle, ale z tego powodu niemal zaczynałam usypiać. Postanowiłam zatem zbombardować sms'ami znajomych. Terapeuta stwierdził, że moje zachowanie można tłumaczyć zbytnim wywieraniem presji na odzyskanie wspomnień. Szokiem pourazowym. Odetchnięcie ma mi dobrze zrobić, toteż nie powinno wzbudzać w nich żadnego niepokoju. Wygładziłam dłońmi sukienkę, której falbanki sięgały nieco za kolana. W tym momencie drzwi w końcu się otworzyły, wypuszczając na zewnątrz znajome twarze.
     - Wszystko w porządku?
Podeszłam od razu, chcąc dowiedzieć się co ich aż tak długo zatrzymywało. Ręka taty roztargała moje włosy.
     - Wszystko gra.

     Nieudolnie starałam się puszczać kaczki na wodzie. Rozmach i... tonie. Każda jedna. Zaczęły mi się kończyć kamyczki pod ręką, więc kręciłam się wokół siedzącej na trawie Tomiko. Ta widząc moje poszukiwania, zebrała na dłoń kilka widocznych dla niej, podając mi je. Sięgnęłam po jeden, podchodząc znów bliżej wody. Rozmach i... tonie. Z westchnieniem oparłam dłonie na kolanach. Dziewczyna zaśmiała się na ten widok.
     - Nie ma opcji aby mi się udało.
Zrezygnowana dołączyłam do niej opadając na trawę. Błękit nieba nieco drażnił moje oczy, nie oderwałam jednak przez to wzroku. Pojedyncze, białe obłoczki sunęły się po nim leniwie. Mieliśmy bardzo ciepły weekend, niemalże lato. Do zakończenia roku zostało niewiele czasu. Jednak dziś, poza naszą dwójką, wszyscy inni byli zajęci.
     - Będziesz za nim tęsknić?
Dziewczyna odwróciła się na to pytanie w moją stronę.
     - W końcu wyjeżdżasz, dwie miesiące bez oglądania go - ciągnęłam.
Z melancholijnym uśmiechem również opadła na ziemię, zmyślając się chwilę nad tą sytuacją.
    - Będę, ale z tego powodu - sięgnęła do kieszeni spodni, wysuwając z nich telefon, następnie przesunęła kilkakroć palcem po ekranie - Popatrz.
Sięgnęłam po aparat, zerkając na ekran. Moja twarz przybrała chyba dość głupi wyraz dostrzegając tam nic innego, jak zdjęcia naszego nauczyciela biologii. W dodatku robione prawdopodobnie z ukrycia. Przeglądając dalej album, miała zebraną ich dość pokaźną kolekcję.
     - Zabezpieczenie na specjalne okazje! - zabrała mi go zaraz z rąk - Zawsze w takich chwilach, będę mogła chociaż tu na niego popatrzeć.
Obróciłam się na bok leżąc teraz przodem do niej.
     - Jakby nie patrzeć, całe życie nie będzie wyłącznie twoim nauczycielem - uśmiechnęłam się ciepło - Jeszcze tylko dwa lata.
     - A jak z tobą? Wspominałaś kiedyś, że jest ktoś za kim tęsknisz.
Jak to jest za kimś tęsknić?

     Usadowiłam się na kanapie oczekując przyjścia rodziców. Stwierdzili, że mają mi coś ważnego do zakomunikowania, ale jakkolwiek analizując tą sprawę, nie wpadałam na żaden trop rozjaśniający coś w głowie. Najogólniej rzecz ujmując, pozostawało czekać na suchy werdykt, nie mając ani trochę na myśli, że będzie to coś naprawdę poruszającego. Filiżanka z kakao pojawiła się zaraz na stole, tuż przede mną. Powędrowałam za nią odruchowo wzrokiem.
     - Spokojnie, tata robił.
Kobieta, która je w tym miejscu ulokowała, pospieszyła z wyjaśnieniem. Do naszej dwójki zaraz dołączył również jej mąż, donosząc dla nich także po porcji napoju. Uniosłam ostrożnie rozgrzaną porcelanę, przysuwając ją do ust. Faktycznie, to, że robił ją tata można było od razu wyczuć.
     - Zatem, co chcieliście mi powiedzieć? - spojrzałam znad przedmiotu to na jedno, to na drugie z rodziców.
     - Pamiętasz jak mówiłaś nam o potrzebie zmian?
Zaczął niepewnie, na co skinęłam w odpowiedzi głową.
    - Zgodziliśmy się z tym. Chcąc żeby wszystko wróciło do normy, tylko ci  zaszkodziliśmy - zmrużył oczy podpierając ręce na stole, brodę zaś na splecionych dłoniach.
Wszystkich w tej sytuacji zgubiła bezradność. Przeciągające się oczekiwania wobec, których niewiele mogliśmy zdziałać. Nikt nie chciał takiego stanu rzeczy. Nikt celowo go nie wybrał. A ja nie chciałam widzieć ich poczucia winy, nie chciałam widzieć łez matki. Stanęliśmy przed tym i musieliśmy się zmierzyć. To było trudne. Dla mnie. Dla nich. Wyjściem z tego była akceptacja, pójście naturalnym krokiem po ścielącej się drodze. Czułam się w tym lepiej, mogłam w tej kwestii sama zadecydować o rzeczach mnie dotyczących. Mogłam być taką, jaką chciałam być. Czy tym sposobem nie byłam bliżej swojego rzeczywistego "ja" niż siłą doszukując się go w przeszłości? Bardziej pogodna, bardziej żywa, prawdziwsza.
     - Naprawdę, jest lepiej - odstawiłam porcelanę na miejsce - Cieszę się, że zaakceptowaliście moją postawę, że mogę to wszystko zacząć od nowa.
Chciałam go upewnić w słuszności tej decyzji, pozbawiając choć troszkę malującego się na twarzy strapienia.
     - Więc właśnie, mówiąc o zaczynaniu od nowa - kontynuował - Postanowiliśmy o dość istotnej zmianie, która pozwoli nam wszystkim na nowy początek. Lada moment kończysz pierwszą klasę liceum. Myślimy, że to odpowiedni czas abyśmy wykorzystali go na przeniesienie się do innego miasta.
Zamrugałam odrobinę zdezorientowana. Ilekroć myślałam o stawianiu kroków naprzód, nie przyszło mi do głowy tak radykalne posunięcie. Może dlatego, że nie miałam na nie wpływu. Zamknąć ten rozdział. Porzucić siedemnaście lat życia i zacząć wszystko od początku. Początku, który i tak tworzyłam bo przecież przeszłość zniknęła całkowicie zasnuta mgłą, zupełnie jakby nigdy nie miała miejsca. Wśród innych ludzi, nieznanego otoczenia. Wszystko tutejsze, obracało się wokół mniej więcej pół roku jakie było mi dane spamiętać. Chciałam zmian, a jeśli i oni ich potrzebowali, mogliśmy je poczynić też w ten sposób. Choć z odrobiną niepewności, było to nawet ekscytujące.
     - Mei, mając też nowych znajomych, nie będzie już czuła się tak zakłopotana - kobieta uśmiechnęła się pogodnie - Popatrz, wybraliśmy już mieszkanie.
Z teczki, która leżała od dłuższego czasu na stole, wyjęła wydrukowane zdjęcie domu, przysuwając mi je. Uniosłam papier lustrując go wzrokiem. Jasna, dwupiętrowa posesja z grafitowym dachem, była nie mniej urokliwa jak obecne mieszkanie. Uniosłam kącik ust ku górze.
     - Podoba mi się.

     Sophie uwiesiła się na mojej szyi jako pierwsza. Staliśmy na ganku szkoły tuż po zakończeniu uroczystości. Wiadomość o wyjeździe, tak nagła dla mnie, dla nich była równie szokująca. Ostatnio nie jeden raz przecież udało mi się ich zaskoczyć. Właściwie, czy życie się takie nie stało? Kompletnie nieprzewidywalne. Zaczęłam się zastanawiać co jeszcze miało do zaoferowania. W pół roku doznałam wypadku, byłam w śpiączce, straciłam pamięć, moje życie towarzyskie uległo temu wpływowi, postanowiłam zmienić wygląd kreując Cosette, a ostatecznie rodzina decyduje się wyjechać do innego miasta. Teraz żegnam się ze znajomymi, następnego dnia zaś tą porą będę już w drodze.
     - Nie mogę uwierzyć, że nie zobaczymy się nigdy więcej!
Ścisnęła mnie na tyle mocno, że oddychanie zaczynało sprawiać mi trudność. Chwyciłam ją w odruchu obronnym za ramiona, starając się lekko od siebie odsunąć.
     - Przecież nie urywam z wami kontaktu. Będziemy pisali. A wy... - wymierzyłam palcem w każdego po kolei - Macie o siebie dbać.
     - Tak jest panienko! - wykrzyknął Naoki goszcząc na twarzy szeroki uśmiech.
Karin'e odchrząknęła na to znacząco, szturchając go łokciem w ramie. Ten natomiast zdjął z siebie w pośpiechu torbę, przyklękając przy niej.
     - Mamy coś dla ciebie - wtrąciła.
Chłopak przeczesał jedną z przegród wyjmując fotografię, którą zaraz mi wręczył.
     - Drobiazg, na pamiątkę, abyś o nas nie zapomniała. Zrobiliśmy je na pierwszym wspólnym wypadzie, nawet nie znaliśmy się wtedy za bardzo - wyjaśniła, przystając bliżej.
Wpatrując się w ilustrację przytknęłam opuszki palców do czoła. Poruszył mnie ich gest, jednocześnie od tej rozmowy zawirowało mi w głowie, a docierające do uszu dźwięki zastąpił lekki szum. Wtedy cała ich piątka poddusiła mnie ze wszystkich stron w uścisku. Jeśli kiedykolwiek wcześniej zastanawiałam się jak to jest stać niemal przy samej scenie na koncercie sławnego zespołu, myślę, że te odczucia mogłam ze sobą porównać.

     Dopięłam ostatnią torbę i zarzuciłam na plecy futerał od skrzypiec. Reszta rzeczy była już na miejscu, dziś z nami miał podróżować jedynie bagaż podręczny. Pusty pokój malował się przed moimi oczyma, gdy zamykałam za sobą drzwi. Dołączyłam do reszty domowników, po czym opuszczając dom, ulokowaliśmy wszystko w samochodzie. Usadowiłam się na tylnym siedzeniu, chwilę potem pozwalając by ulica na której mieszkaliśmy niknęła za tylną szybą. Sięgnęłam do towarzyszącej mi, niewielkiej torebki wyjmując z niej podarowane przez znajomych zdjęcie. Przyjrzałam się mu raz jeszcze, uśmiechając pod nosem. Na jego odwrocie widniał podpis każdego z nich. Peter bazgrał jak kura pazurem pisząc nawet własne imię. Znałam ich raptem sześć miesięcy, ale będzie mi ich troszkę brakowało. W końcu byli jedynymi znajomymi jakich miałam. Wiem, że miasto do którego zmierzamy jest ulokowane w sporej odległości od obecnego. To dostatecznie utrudnia kontakt. Schowałam je w uprzednie miejsce, sięgając też po słuchawki. Podłączyłam je do telefonu, wybierając z odtwarzacza ulubioną melodię. Tą, którą jako pierwszą po wypadku udało mi się zagrać na skrzypcach. Odchyliłam głowę napotykając nią na oparcie, po czym zamknęłam powieki skupiając się na muzyce. Czy gdyby końcem listopada Risa nie zepchnęła mnie ze schodów, byłabym w tym samym miejscu co obecnie?
     Wieczorem dotarliśmy do celu podróży. Dom w rzeczywistości prezentował się jeszcze lepiej niż na fotografii pokazywanej przez mamę. Był umeblowany wedle rozstawienia jakiego dopilnowała. Pozostawało się rozpakować. Większą część udało nam się zrobić od razu, pomimo zmęczenia podróżą. Przypominało mi to wrażenia z powrotu ze szpitala. Sunęłam dłonią po poręczy schodów, udając się na piętro, gdzie znajdować się miał mój pokój. Z tego, który pozostawiłam pusty, trafiłam w miejsce już urządzone, choć tymi samymi meblami. Usadowiłam się na łóżku wraz z nieodłącznym mi bagażem. Objęłam skrzypce oburącz przytulając się do nich z przymkniętymi oczyma. Były jedyną stałą rzeczą w moim życiu. Jedyną, która nigdy mnie nie opuściła. Nie zauważyłam kiedy, osunęłam się na miękką pościel, usypiając w tej pozycji.
     Rano obudziłam się wygodnie ułożona na poduszkach, przykryta kołdrą. Mój nocny towarzysz stał zapakowany w ciemny pokrowiec tuż przy łóżku. Przenosząc się do pozycji siedzącej, wyciągnęłam się, pocierając zaraz dłonią zaspane oczy. Jak na pierwszą noc w nowym miejscu, ta upłynęła nadzwyczaj spokojnie. Może to wpływ zmęczenia sprawił, że nic nie zakłóciło tego stanu. Odszukałam wzrokiem stojący na etażerce zegarek. Dochodziło południe. Miałam przed sobą całe wakacje, a kompletnie nie posiadałam na nie planów. W każdym razie innych od poznawania okolicy. Jako pierwszy cel obrałam sobie niewielkie zakupy. Chciałam znaleźć sklep upominkowy aby dostać ramkę, a oprawione zdjęcie ustawić na komodzie. Pierwsze wyprawy zaliczyliśmy wspólnie, właściwie mieliśmy tylko dwa dni na spędzenie tego czasu razem. Później oboje z rodziców rozpoczynało pracę. Mnie czekały zajęcia gry z nową nauczycielką. Ciekawi mnie, co tamtejsza "ja" pomyślałaby o tym wszystkim?
     Promienie słońca przebijały się przez kuchenne szyby, utrudniając mi zrobienie śniadania. Czekoladowe płatki zalałam na chybił-trafił ciepłym mlekiem. Odkąd rodzice opuścili mieszkanie, poza śpiewem ptaków i dźwiękami dochodzącymi z ulicy, panowała tu zupełna cisza. Nie zamierzając całego dnia spędzić wyłącznie w czterech ścianach, postanowiłam zaoferować sobie pierwszą z samotnych wycieczek. Przechadzając się po okolicy, kilkakroć w oczy rzucił mi się park, ozdobiony niemalże gąszczem zielonych drzew. Jakżeby było, gdybym nie odwiedziła tamtejszego miejsca? Otworzyłam szafę z zamiarem doboru odpowiedniego do pogody stroju. Niebiesko-biała sukienka sięgająca kolan, wykończona falbankami, zdała mi się być odpowiednia. Wpięłam we włosy podobną kolorystycznie kokardę i pochwyciłam w dłonie skrzypce wychodząc na zewnątrz.
     Oparłam się o jedno z drzew w pobliżu stawu, który okazał się kolejnym atutem miejsca. Odrobinę przypominał ten, do którego chodziłam z Sophie i resztą. Niemniej był znacznie bardziej zalesiony. Można było się w nim ulokować tak, by sprawić wrażenie, że jest się absolutnie samemu. Tym razem nie miałam w zamiarze nieudolnie miotać kamieniami w taflę wody, co z resztą jedynie by mnie poirytowało. Zdarłam głowę przez chwilę wpatrując się w gałęzie drzew rzucających cień na moją osobę. Wiatr był tak przyjemnie ciepły. Nigdzie nie grało mi się tak dobrze jak na świeżym powietrzu. Rozpakowałam instrument, odsuwając się o kilka kroków od obecnego miejsca. Oparłam skrzypce na obojczyku, rozluźniając się całkowicie, a następnie wydając z nich dźwięk. Zamknęłam oczy oddając się tej czynności. Tylko ja i muzyka, nic nie mogło nas rozdzielić.
     Opuszczając smyczek nabrałam raz za razem kilka głębszych wdechów. Gra potrafiła być wyczerpująca. Jednak mimo to, dawno nie czułam takiego spokoju. Nagły dźwięk łamanej gałęzi dodarł do mnie zaledwie z odległości kilku metrów. Odwróciłam się gwałtownie w jego kierunku, do tej pory myśląc, że jestem w tym miejscu sama. Wtedy mój wzrok napotkał na białowłosego chłopaka. Chyba równie zaskoczonego co ja, choć z naszej dwójki miałam do tego większe prawo. To było krępujące. Nie to, że wstydziłam się grać przy kimś, ale, fakt, że ktoś podsłuchiwał bez mojej wiedzy. Zlustrowałam go mimowolnie. To było dziwne, zaczynając wszystko od zera, pierwszą osobą na jaką się natykam jest ktoś wyrwany niemal z tych filmów kostiumowych, które tak bardzo mnie zachwycały. Ktoś, kto najwyraźniej lubował minione epoki równie bardzo co ja. Rozwarłam szerzej oczy.
     - Wybacz, pomyliłem cię z kimś - poczynił kilka kolejnych kroków w moim kierunku, unosząc jedną brew ku górze - Choć to dziwne.
Nie miałam pojęcia czy dla niego słowo "dziwne" w tym wypadku powielało się z sensem mojego stwierdzenia, ale jakkolwiek nasze opinie o tej sytuacji się na siebie nakładały. Starając się nieco rozluźnić, oderwałam od niego wzrok, przenosząc w jedną dłoń obie z części instrumentu.
     - Nic się nie stało, tylko to miejsce - zamyśliłam się nad odpowiednim określeniem - Zdawało mi się być bardziej dyskretne.
     - Nawet jeśli, nie sądzisz, że muzykę słychać znacznie dalej? - uśmiechnął się lekko.
Mając go bliżej, mogłam teraz również dokładniej przyjrzeć się jego osobie. Elementem, który jako następny przykuł moją uwagę były tęczówki, różnego od siebie koloru. Para złoto-zielonych oczu wpatrywała się we mnie, a ja dosłownie zaczęłam tonąć w tym spojrzeniu. Zdecydowanie za długo. Co było kompletnie nie taktowne biorąc pod uwagę, że gapię się na kogoś obcego. Nie widziałam jednak wcześniej czegoś podobnego. Wspominali nam o tym zjawisku na biologii. To się nazywało... heterochromia? Powędrowałam w końcu spojrzeniem gdziekolwiek indziej, zdając sobie sprawę, że jeszcze chwila i obleję się rumieńcem co będzie wyglądało już całkowicie głupio.
     - Racja. Nie pomyślałam jednak, że przyciągnę kogokolwiek w ten sposób.
Tym razem to ja uśmiechnęłam się najsubtelniej jak potrafiłam.
     - Ani tym bardziej, że posłuży mi to do zawierania znajomości - ciągnęłam - Witaj nieznajomy, jesteś pierwszy na liście.
Dygnęłam przed nim w teatralny sposób.
     - Jesteś utalentowana, nie powinnaś się dziwić, że zwracasz na siebie uwagę.
Uniósł moją wolną dłoń pochylając się nad nią, po czym musnął jej wierzch ustami.
     - Lysander.
     - Cosette.
     - Jak ta z "Nędzników"?
Kąciki moich ust powędrowały nieco pewniej ku górze, na to spostrzeżenie. Nikt, poza mną samą, nie porównał tego w podobny sposób.
     - Jak ta, która pragnie wolności**.
Nie byłam absolutnie pewna czy sytuacja w której brałam udział nie miała miejsca jedynie we śnie. Jej niecodzienny charakter, dogłębnie mnie oczarował. Choć starając się utrzymać trzeźwość umysłu, chciałam, aby ten obraz został ze mną tak długo jak się dało. A może skrzypce, które posiadałam, były magiczne? Przykucnęłam przy drzewie opierając je o nie, zaś ze spoczywającej tam również torebki, wygrzebałam butelkę mrożonej herbaty.
     - Chyba przeszkodziłem. Pójdę już, byś mogła grać w spokoju.
Posłał mi raz jeszcze uśmiech, oddalając się. Wyciągnęłam machinalnie dłoń, chcąc zatrzymać go tym gestem. Jednocześnie przełknęłam zawartość ust, umożliwiając im mowę.
     - Zostań, jeśli masz ochotę - zakręciłam pospiesznie napój, odkładając go na miejsce - Naprawdę nikogo tu nie znam.
     Zdało mi się, że moja propozycja go zadowoliła. Białowłosy chłopak również usadowił się przy jednym z drzew, a ja po chwili odpoczynku, wróciłam do komponowania. Kątem oka zwróciłam uwagę na notes, który spoczął w jego dłoniach. Usiłował coś w nim pisać, nie wiedziałam jednak czy moja muzyka go nie rozpraszała. Bowiem raz po razie zatrzymywał się w swojej czynności, na dłuższą chwilę zmyślając nad czymś wyraźnie. Mimo to nie przestawałam, dopiero po którymś z kolei utworze postanowiłam dać sobie chwilę wytchnienia. Grałam podobno od dziecka, nie musiałam aż tyle ćwiczyć. Robiłam to głównie dla przyjemności. Pochyliłam się nad chłopakiem, majacząc cieniem na zapisanych kartkach papieru. Dopiero tym, wyrwałam go z letargu, zwracając uwagę na moją osobę.
     - Zdradzisz mi, czym ty się zajmujesz?
Chłopak odłożył przedmiot na bok, pozostawiając pomiędzy stronami długopis. Tym gestem rozwiał moje nikłe nadzieje na podpatrzenie czegokolwiek.
     - Tak właściwie, ja też tworzę. Jednak w zupełnie inny sposób.
Zamrugałam kilkakrotnie zaskoczona odpowiedzią.
     - Poezja? - wyprostowałam się, odgarniając niesforny kosmyk włosów za ucho.
     - Też, ale teraz pracuję nad tekstem piosenki.
Połączyłam szybko fakty rozentuzjazmowawszy się tą wiadomością. Jego zainteresowanie muzyką najwyraźniej sięgało głębiej, niż miałam świadomość. Teraz bardziej klarownym zdawało mi się, że przyciągnęła go tu właśnie ona.
     - Śpiewasz? - zapytałam czysto retorycznie.
     - Mamy zespół z dwójką znajomych, ale daleko nam do sławy. Nie zależy nam jednak na niej w szczególny sposób.
Sprostował, zauważając moje zaciekawienie tematem.
     - Nawet jeśli, najważniejsze, że robisz coś co lubisz - przechyliłam lekko głowę w bok - Skoro ty słyszałeś jak gram, może i mi kiedyś będzie dane was usłyszeć?
     - Być może - nonszalancki uśmiech wtargnął na jego twarz.
     Od tamtego dnia, często widywaliśmy się w tym miejscu. On zajmował się swoimi zapiskami, ja grałam starając się wzbogacić repertuar o nowe utwory. W tym celu wertowałam kolejne zapisy nut. Choć nie zawsze oddawaliśmy się dłuższej rozmowie, dotrzymywaliśmy sobie towarzystwa. Przy tamtych drzewach, ten fragment trawy, stanowił dla nas wycięty kawałek z zupełnie innego świata. Dzień za dniem upływał w kolorach lata, a to, zdało się być bardziej wyjątkowe niż mogłam początkowo przypuszczać. Wspominałam już, że moje życie przez ostatni czas, było kompletnie zaskakujące?

* Chodzi o okres, gdy Cosette była jedynie służącą na łasce Thenardierów.
** Dochodzi tu do gry znaczeń, gdyż imię Lysander symbolizuje wolność człowieka, wyzwoliciela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz