sobota, 20 lutego 2016

Rozdział drugi

     Przeszukiwałam szafy w domu, przeglądałam półki, rozglądałam się po zakamarkach szukając czegokolwiek co mogłoby przywołać chociaż najdrobniejsze wspomnienia. Co prawda lekarz twierdził, że mój stan nie potrwa długo, mimo to chciałam się czegoś o sobie dowiedzieć. Znać osobę, której odbicie w lustrze widzę co dzień rano. Wertowałam kolejny album, wypełniony rodzinnymi zdjęciami. Strona po stronie, przelotnym spojrzeniem obdarzałam napotykane tam twarze. Wcześniej mama opowiadała mi historię związaną z każdym z nich, teraz te opowieści tworzyłam sama, wedle własnego uznania. Próbowałam w pierwszych dniach dopatrzeć się czy aby przed wypadkiem nie prowadziłam czegoś takiego jak pamiętnik. Mógłby mi wiele wyjaśnić, mimo to nie napotkałam we własnym pokoju niczego podobnego. Choć nie wykluczało to jego posiadania. Może był schowany, gdzieś. No właśnie, tylko gdzie? Pozostało mi więc wertowanie internetowej korespondencji jaką prowadziłam ze znajomymi. Chociaż i ta nie wnosiła zbyt wiele. Jeśli jakaś rozmowa zawierała niedomówienia, to one wciąż nimi pozostawały. Posiadałam tylko wiedzę ogólną, składającą się z informacji, które miałam od innych. A co ze mną samą? Jaki ja miałam pogląd na to wszystko? Co myślałam, co czułam?
Z westchnieniem odłożyłam na bok przeglądany zbiór fotografii opadając bezwładnie na łóżko.
     - To na nic - jęknęłam sama do siebie przykładając do czoła wierzch otwartej dłoni.
Zatopiłam spojrzenie w jednolitej barwie sufitu, która zdała mi się być równie pusta co moja głowa. Chwilę później, kątem oka zerknęłam na czarny futerał stojący przy ścianie. Wciąż nie zdobyłam się na odwagę by sięgnąć po jego zawartość. Pokładałam w niej zdecydowanie zbyt wiele nadziei, które chciałam trzymać przy życiu jak najdłużej się dało.
   Mijał tydzień za tygodniem. Uczęszczałam do terapeuty. Nie miałam problemów z zapamiętywaniem bieżących informacji na zajęciach indywidualnych, więc pomimo utraconej wiedzy, udawało mi się ją stopniowo odbudowywać. Na tyle, aby nie powtarzać roku. Z racji, że w szkole i tak pojawiałam się by spotykać ze znajomymi, zaproponowano w końcu żebym w niedługim czasie przeniosła lekcje do placówki. Podobno przed całym wydarzeniem nie należałam do osób szczególnie lubianych, od tamtej pory jednak nie spotkałam się z żadną zaczepką względem mnie. Przeciwnie, w moim towarzystwie zapadało dziwne milczenie, widziałam u niektórych zakłopotanie z tym związane. Niewiele z nich miało pojęcie o amnezji, zatem takie wrażenie musiała wywołać na nich śpiączka. Starałam się zachowywać normalnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Wrócić do porządku dziennego i płynąć wraz z czasem tak, aby już nic więcej z niego nie przelało mi się między palcami. Przecież jeśli nie dziś, moja pamięć wróci? Taką miałam nadzieję, choć oczekiwanie czegoś nie określonego terminem było frustrujące. Zwłaszcza, że tak naprawdę wiedziałam iż to się nienaturalnie przedłuża.

     Zatopieni w lekturze siedzieliśmy w niewielkiej kawiarni znajdującej się przy szkole. To znaczy ja, Sophie, Tomiko, Naoki, Karine i Peter. Uczyliśmy się do sprawdzianów, zabawne taka mieszanina ludzi z różnych klas, mimo to trzymaliśmy się razem. Dodatkowym plusem było, że wymieniali się między sobą zagadnieniami, jeśli któreś pisało coś we wcześniejszym terminie. Upiłam łyk ciepłej herbaty z cytryną, odrywając się od tekstu książki na widok Peter'a, który ślepo torując kawałkowi ciasta drogę do ust, upuścił je na kartki. Mimowolnie zachichotałam napotykając zaraz na jego spojrzenie.
     - Cholera - zaklął cicho, podnosząc przedmiot konsumpcji i tym razem trafnym ruchem ręki wrzucił go w docelowe miejsce - Nie śmiej się. Kto ostatnio pośliznął się na posadzce centrum handlowego wywracając ze sobą manekina? - uniósł jedną brew wykrzywiając usta w rozbawieniu.
Karine i Naoki jak na zawołanie wybuchnęli wręcz nieprzyzwoitym śmiechem. Zauważyłam, że Sophie podpiera dłonią usta, tłumiąc własną reakcję. Starając sobie wyobrazić podobne zdarzenie, zawtórowałam im w odpowiedzi tym samym.
     - Nie moja wina, że podłoga była śliska - nadęłam zaraz policzki w charakterystyczny sposób.
     - Mei... - przyjaciółka uspokoiła drżący głos - Ty podarłaś wtedy sukienkę, która na nim wisiała. Dobrze, że sprzedawczyni nic nie zauważyła!
W kącikach oczu zamigotały jej łzy, zaraz jednak pohamowała się patrząc na mnie kompletnie odmiennym wyrazem twarzy. Jako jedyna w towarzystwie znała prawdę i wiedziała, że udaję. Choć moja niewiedza, nie zawsze była tak łatwa do ukrycia. Tym sposobem, przyzwyczaiłam innych do mojej małomówności.
     - A pamiętacie jak Tomiko rozlała kompot na stołówce? - Sophie zerknęła teraz na siedzącą po jej prawej stronie dziewczynę - Ponieważ zapatrzyła się na nauczyciela biologii?
     - Przestańcie... - jęknęła przeciągle starając się nie śmiać z opowieści równie głośno co reszta.
Schowała na moment twarz, za trzymanym w dłoniach podręcznikiem.
     - Tak, to było zabawne, ale mamy się uczyć! Pamiętacie? - westchnęła widząc po sobie niezadowolone spojrzenia - Przez was nie mogę się skupić, zawalę ten sprawdzian - zwinęła papierową serwetkę w kulkę i rzuciła nią w Peter'a - To wszystko twoja wina, zacząłeś - zachichotała wesoło.
Uczestniczyłam w każdym z tych zdarzeń, a mimo to nawet wysilając się, w głowie nic mi nie świtało. Im bardziej się na czymś skupiałam tym bardziej czułam się tym zmęczona co owocowało migreną. Może łatwiejszym wyjściem byłoby uświadomienie ich wszystkich, ale nie chciałam by każdy opowiadał mi historie mojego życia, wszystko tłumaczył. Wystarczyło, że angażowałam już do tego Sophie. Czułabym się we wszystkim jeszcze bardziej zagubiona zdając sobie sprawę, że każdy wie o mnie więcej niż ja sama. Chciałam stanąć na nogi o własnych siłach, na tyle ile było to możliwe.

     Przejrzyste niebo pozwalało by słońce przebijało się przez szyby pokoju, budząc nawet w sobotni poranek. Leniwie wstałam z łóżka pocierając ospałe powieki. Chwiejnym krokiem doszłam do okna zaciągając na nie zasłonkę, by choć trochę odciąć się od nadmiaru światła. Zerkając jeszcze na zegarek i dopuszczając do świadomości, że jest dopiero 8 rano zakopałam się na ponów w pościeli. Przymknęłam oczy starając się usnąć, jednak kilka chwil potem przez moją głowę przemknęło wspomnienie snu. Obrazy z nocy zwykle były po przebudzeniu bardzo niewyraźne. Tym razem udało mi się wyłapać ich fragmenty, które zajęły moje myśli odrywając od zamiaru dalszego odpoczynku. Zdegustowana, kręcąc się przez dłuższy czas z boku na bok, przeniosłam się ostatecznie do pozycji siedzącej. Choć wspomnienia mogły wrócić w każdej chwili, nie skupiałam się już wyłącznie na nich. Ten defekt miał minąć w tydzień, następny, w końcu kilka tygodni, które stały się miesiącami. Co prawda to zbyt krótki okres czasu, aby porzucić nadzieje, ale dostateczny by starać się jakoś funkcjonować. Uchyliłam zasłonięte chwilę temu okno, wpuszczając do pokoju świeże powietrze. Wraz z nim, dotarł również śpiew ptaków. Uśmiechnęłam się pod nosem, wiosna zdecydowanie wpływała na pozytywny nastrój. Letni prysznic do końca mnie rozbudził, a aromat świeżo parzonej, owocowej herbaty wypełnił kuchnię. Delektowałam się jej smakiem czekając aż reszta domowników dołączy do świata żywych. Słysząc niewyraźny głos taty, umyśliłam sobie, że zajrzę się z nimi przywitać i skoro to ja wstałam jako pierwsza, zaproponuję zrobienie śniadania. Tosty, jajecznica? Może kanapki ze świeżymi warzywami? Ostatni pomysł zdał mi się nadzwyczaj kuszący, co zaowocowało burczeniem w brzuchu. Uniosłam już dłoń by zapukać, gdy powstrzymał mnie od tego cichy, kobiecy szloch.
     - Helen... nie płacz - mężczyzna starał się ją uspokoić.
Mimo, że po tych słowach nastała chwila ciszy, zdawało mi się, że to niekoniecznie poprzez spełnienie wypowiedzianej prośby.
     - Wiesz, że... - drżący głos łamał się co kilka kolejnych słów - Ani razu od tamtej pory... nie zwróciła się do mnie... "mamo"?
Kolejny szloch, stłumiony. Zupełnie jakby przysłoniła sobie dłonią usta. I kolejna cisza. Czy w porządku było, że słyszałam to zdarzenie? Cały mój optymizm w jednym momencie zgasł, a dłoń, która zawisła w powietrzu, sunęła teraz palcami, bezdźwięcznie, po stojących murem między nami, drzwiach.
     - Poradzimy sobie z tym razem, zobaczysz.
Ostatnie słowa ojca usłyszałam już oddalając się od pokoju. Śniadanie przygotowałam zatem bez pytania o opinię i chodź zrobiłam umyślone wcześniej kanapki, nie smakowały tak dobrze jak sobie je wyobrażałam. Nie mam pojęcia czy domyślili się, że cokolwiek słyszałam, ale nie chowałam się by zachować pozory. Poza tym, miała rację. Chociaż miałam świadomość, że jestem ich córką, budząc się z brakiem pamięci, stali się dla mnie obcymi ludźmi. Oni. Wszyscy znajomi. Każdy kogo znałam przedtem, ale wszelkie wspomnienia o nim zniknęły. Robiłam co w mojej mocy, starałam się je odzyskać, starałam się to wszystko poukładać, funkcjonować w tym niewidzialnym bałaganie. Co więcej mogłam zrobić? Przepraszam, mamo. Tamtego dnia bardzo długo myślałam...

     Zajęcia dobiegły końca, a znajomi po namowach dali mi odetchnąć pozostawiając samą. Chyba myśleli, że odwieszenie Risy i jej powrót do szkoły wpłynął jakoś na moją osobę. Tak, Risa akurat dziś pojawiła się na zajęciach. Chodziłyśmy do jednej klasy, wiec nie sposób było tego nie zauważyć. Mijałyśmy się kilkakroć, ale zdaje się, że unikała jakiegokolwiek kontaktu, nawet wzrokowego. Wcześniej zastanawiało mnie jak będzie wyglądała nasza relacja kiedy się zobaczymy, czy będę czuła do niej jakikolwiek żal, złość? Teraz zeszło to na zupełnie dalszy tor. Wróciła i tyle, nie rozpatrywałam tego zdarzenia pod żadnym kątem. Siedząc pod drzewem, niedaleko szkolnego gmachu, zatopiłam melancholijnie wzrok w falującą na wietrze trawę. Zielone źdźbła uginały się swobodnie, tańcząc zgodnie z wyznaczonym przez niego tempem. Połyskujący, srebrny ekspres przesunął się zaraz, ukazując zawartość pokrowca, który przez miesiące jedynie zdobił mój pokój. Oswobodziłam z niego skrzypce, przypatrując się im przez ułamki kolejnych sekund. Nie miałam nawet pewności, czy będę wiedziała jak je trzymać.
     - Wciąż na nich grasz?
Cień nastolatki zamajaczył obok mojej osoby. Nie odwróciłam się, ponieważ nie musiałam się upewniać do kogo należał. Jeden dzień styczności z nią pozwolił mi sobie przyswoić jej głos.
     - Nie wiem - wzruszyłam ramionami.
Nie bardzo wiedziałam w jaki inny sposób mogłabym na to pytanie odpowiedzieć.
     - Więc... - zawahała się przez moment - To prawda?
Barwa głosu Risy była pozbawiona emocji. Jak na osobę pałającą do mnie nienawiścią, była z niej niezwykle wyprana.
     - Prawda, że - kontynuowała - straciłaś pamięć?
Podniosłam się, otrzepując spódnicę, którą zaraz podobnie jak trawę, potargał przyjemny wiatr. Uniosłam lekko twarz i zamykając oczy, wzięłam głęboki wdech podczas którego ułożyłam instrument w zdaje mi się, odpowiedniej pozycji. Przeciągnęłam po nim jego drugim elementem, wydając niepewny dźwięk. A za nim kolejny, i kolejny. Tworząc z nich znajomą mi melodię, którą posiadałam na liście swojego odtwarzacza. Było tam dużo utworów komponowanych na skrzypcach i choć ten nie chodził mi po głowie w szczególny sposób, samoistnie odtworzył się jako pierwszy. Ciągnęłam grę nie otwierając oczu, ponieważ tym razem bałam się, że to jedynie sen, który zniknie wraz z zastąpieniem go przez obraz rzeczywistości. Poczułam jedynie jak pod zaciśniętymi powiekami, coraz bardziej zaczynają moknąć policzki.
     - Tak się cieszę... - nieznacznie opuszczając w końcu instrument, odwróciłam się do dziewczyny - że chociaż to pamiętam.
Przytuliłam go do piersi, pozwalając by kolejne łzy spływały po mojej twarzy. Nawet nie zauważyłam, gdy oczy Risy zaszkliły się, poddając ją tej samej reakcji.
     - Przepraszam... Tak bardzo jest mi przykro.
Wybełkotała z trudem, zanosząc się płaczem. W milczeniu, obie pozwoliłyśmy dać płynąć wszelkim naszym emocjom.
     Z jaką uciechą wpadłam wtedy do domu by obwieścić, że w mojej pamięci zakodowała się zdolność do gry. Przekroczyłam pospiesznie próg domu i odnajdując w nim rodziców, stanęłam przed nimi, nie zwracając uwagi na odcień czerwieni własnych oczu ani cokolwiek innego.
     - Mamo.
W szczególności zwróciłam się do kobiety, starając się nadrobić to czego jej brakowało w moim zachowaniu.
     - Sprawdziłam, wciąż potrafię... - przybrałam stanowczy ton - Chcę wrócić na lekcje.

     Wróciłam. Z nadzieją, że może to będzie bodźcem, który stopniowo przywróci wszystko inne. Chciałam wykorzystać każdą możliwość żeby osoba z lustra pozwoliła mi do siebie dotrzeć. Chciałam przywrócić rodzinie tego, kogo stracili. Chciałam przestać czuć się tak obco, nie tylko wśród innych, ale nawet we własnym towarzystwie. Chciałam przestać czuć pustkę. Grałam zatem, wyczekując także momentu w którym wydarzy się coś więcej. Momentu w ciągu dnia, gdy to miejsce, ten przedmiot, powiedzą mi coś więcej niż tylko tyle, ile o nich wiedziałam od powrotu ze szpitala. Starałam się jak mogłam, wierząc ile sił. Jednak ta siła zmniejszała się wraz z ponawiającym oczekiwaniem. Z wolna dawała zastępować irytacji, wycieńczeniu i rozżaleniu. Pogrążając się w gonitwie za wspomnieniami, coraz mniej czasu spędzałam ze znajomymi, którzy powoli zaczynali chyba przyzwyczajać się do zmian jakie we mnie zaszły. Byłam coraz bardziej małomówna, a myślę, że i Sophie powoli zaczynała być zmęczona służeniem mi jako informator. Ta osoba w lustrze, drobna, jasnej karnacji siedemnastolatka. O długich, kasztanowych włosach, układających się w fale i intensywnie zielonym spojrzeniu. Wciąż nią byłam. Zapewne w mowie, gestach, zachowaniu, uczuciach mi towarzyszących. Mimo to, nie mogłam jej w pełni poznać, dosięgnąć. Mieszkałam w jej pokoju, żyłam jej życiem, ale nie potrafiłam znaleźć klucza do samego serca. Przyglądałam się apatycznie własnemu odbiciu, przeczesując palcami skręcone kosmyki, sunąc opuszkami po gładkiej w dotyku cerze, różowych ustach. Nim się zorientowałam, blat znajdującego się przed lustrem mebla, przyozdobiły słone krople. Wraz z każdą następną, obraz przed moimi oczyma rozmazywał się coraz bardziej, aż zniknął całkowicie. Nie mogę nic z tym zrobić, nie wytrzymam tego dłużej. Osunęłam się na kolana nie mogąc ustać o własnych siłach, po czym opadłam na podłogę, oddając się histerycznemu płaczu.

     Zeszłego dnia naoglądałam się filmów kostiumowych, co zaowocowało snem o pięknie zdobionej sali bankietowej, damach przywdzianych w kreacje rodem z epoki wiktoriańskiej i panach ubranych w tym samym tonie. Kobiety miały na twarzy nadające im tajemniczości maski. Z fascynacji tą modą, która całkowicie mnie urzekła, i z tego co wiem, urzekała już dawniej, szukałam lokalnych sklepów zaopatrzonych w ubrania nawiązujące do tego stylu. Miałam ochotę zaopatrzyć szafę w jakieś nowości, odświeżyć wszystko. Potrzebowałam zmian. Nie sądzicie, że ten rodzaj ciuchów pasowałby do dziewczyny ze skrzypcami? Marzyła mi się w tym momencie długa, rozkloszowana suknia, z licznymi zdobieniami, podkreślająca talię gorsetowym wiązaniem. Skoro nie posiadałam niczego podobnego, a lubowałam się od dawna w modzie pochodzącej z owego wieku, ucieszyłabym takim zakupem nie tylko mnie z teraz, ale i tą dawną. Spisując na kartce adresy, przeszłam do poszukiwań jeszcze jednej rzeczy. Widząc taką nieznajomą, jakie imię byście jej nadali? Zmrużyłam oczy przewijając stronę w dół, gdy zatrzymałam się przy propozycjach na literę "c".
     - Cosette - przeczytałam na głos, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze - Brzmi ślicznie.
Otworzyłam szufladę wygrzebując z jej zawartości kopertę, która mieściła w sobie sporą sumę pieniędzy. Nie mam pojęcia na co je odkładałam, ale teraz chyba i tak nie miało to większego znaczenia. Najwyżej później będę biła się co sił w czoło. Z resztą, wątpię abym żałowała spożytkowania je na to, co miałam w zamiarze. Przerzuciłam przez ramie, na ukos torebkę i wyszłam z pokoju schodząc na dół.
     - Znalazłam to w swoich rzeczach - pokazałam pokaźny plik pieniędzy rodzicom - Chciałam z nich skorzystać, ale nie sądzę, żeby dobrym było zrobienie tego bez waszej zgody.
Zdaje mi się, że nawet ich zaskoczyło to, iż je posiadam. Mężczyzna przeliczył dokładnie sumę mrugając z niedowierzaniem. Po chwili dezorientacji, mama zerknęła na tatę porozumiewawczym spojrzeniem, dając mi również przyzwolenie.
     - Nie wydam wszystkiego - przyłożyłam otwartą dłoń do mostka, odbierając swoją własność.
     Obeszłam wyznaczone przez siebie sklepy, odnajdując w nich bez problemu rzeczy, które wpadły mi w oko. Postanowiłam zahaczyć również o fryzjera by odświeżyć swój wygląd. Ostatnim celem był optyk. Trzymając w dłoniach nabyte tam, niewielkie pudełeczko, wyjęłam z niego zawartość. Soczewki zaraz znalazły się w moim użytku, zmieniając kolor tęczówek na fiolet. Mijając jedną z witryn, przyjrzałam się przez moment własnemu odbiciu i białym teraz jak śnieg, prostym włosom. Nie wyglądałam już jak tamta Mei, chciałam zacząć być sobą. Zatem, Witaj, Cosette.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz