poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział czwarty, część pierwsza

     Są takie okresy w życiu, gdy pochłonięci codziennością, nawet jeśli ta wygląda dość schematycznie, doba za dobą pędzi niczym kometa, przecinając bezkres ciemnego nieba by zaraz zniknąć za horyzontem nim zdąży się ją w ogóle spostrzec. Na przemian pełniące swoją wartę, Pan Ciemności zwany księżycem, mija się z Królową Światłości - słońcem, a my podążając za rymem dnia potrafimy nie dostrzec faktycznego upływu czasu, choć ten wydaje się tak oczywisty. Wakacje są zdecydowanie sprzyjającą temu porą roku. Kartki papieru, rozłożone na blacie szklanego stołu, wylądowały zaraz w przedziale torby. Stukot przemierzanych kroków odbijał się echem od drewnianej podłogi. Następnie do akompaniamentu dołączając klucze, pobrzękujące w dłoni do chwili aż ta nie spoczęła na klamce. Wywierając na niej nacisk, drzwi ustąpiły rozpościerając się przed jego źródłem.
      Skrzyżowałam nogi, leżąc na trawie, po krótkiej chwili podrygując w tej pozycji stopą. Z wyciągniętymi ku górze dłońmi trzymającymi kolorową broszurę, zaciekle lustrowałam ją wzrokiem. Jedną z najbardziej lubianych przeze mnie rzeczy w letnich porach roku, był towarzyszący jej śpiew ptaków. Tak przyjemny dla ucha, choć w popołudniowych godzinach zakłócany przez zgiełk tętniącego wtedy najokazalej życia. Rzucany jedynie na moją twarz cień kartek, chronił mnie przed górującym słońcem. W innym wypadku, wpatrywanie się dziś w intensywny błękit nieba, nienaruszony nawet najdrobniejszym obłoczkiem, mógłby stanowić problem. Było upalne popołudnie, jeden z pierwszych tak ciepłych tegorocznych, dni. Nawet znajdujący się może dwa metry ode mnie staw, nie był w stanie zrosić chłodną bryzą. Postanawiając zająć się sprawami związanymi ze szkołą do której zostałam przepisana, nie zważając szczególnie na te uciążliwe warunki, przeglądałam dokumenty. Placówka znajdowała się w okolicy, właśnie z tego powodu wybór padł na nią. Co ciekawsze, w przeciwieństwie do jakiejkolwiek z jaką miałam do tej pory styczność, ta miała w programie obowiązkowe koła zainteresowań. Kawałek dalej, pod rozłożystym drzewem, chroniącym przed promieniami znajdującą się pod nim ławkę, siedział białowłosy chłopak. Niemal jak zawsze dzierżącym w dłoniach notes, oprawiony czarną okładką. Widywaliśmy się tu czasem. Sądzę jednak, że jego harmonogram dnia wyglądał odmiennie od mojego, nie mającej obecnie nic ciekawszego do roboty niż przesiadywanie w tym parku. Zapatrzona w treść dokumentów, odrywałam się od niej co jakiś czas podpatrując zachowanie chłopaka. Mimochodem przykuł mój wzrok, gdy dzwoniący telefon wyrwał go z zamyślenia. Wydawał się nieco spięty starając ponownie skupić uwagę nad treścią, którą zwykle z lekkością przelewał na papier. Nie wyobrażacie sobie jak komicznie wyglądał, gdy w pewnym momencie pochylając do przodu, uniósł wyraźnie jedną z brwi na widok własnego tworu. Odruchowo przygryzłam wargę by pohamować rozbawienie. Kolejno zatapiał co jakiś czas wzrok w pewnym odległym punkcie, co zdaje się popchnęło pracę do przodu. Choć znużenie widniejące na jego twarzy szybko gasiło ten zapał. Moment w którym wyrwał jedną z wypełnionych kartek, sprowadził nasze spojrzenia na ten sam tor. Opuszczając papiery i przenosząc się do pozycji siedzącej, przysunęłam zaraz dłonie do ust w charakterystyczny sposób, taki w jaki się je układa chcąc podnieść ton własnego głosu.
     - Co myślisz o klubie literackim?
Lysander posłał mi pytające spojrzenie. Widząc jednak jak zamierza wstać, postanowiłam go ubiec, wciąż sądząc, że znacznie rozsądniej było pozostać w miejscu, gdzie okalające mnie od dłuższego czasu słońce, nie mogło dotrzeć. Wygładzając sukienkę, usiadłam obok pokazując zaraz plik spiętych kartek.
     - Chodzi o liceum, muszę wybrać zajęcia dodatkowe. Muzyka odpada skoro i tak mam poświęcać jej czas w prywatnej szkole, pomyślałam więc o literaturze - sprostowałam, gdy ten lustrował wzrokiem dokument.
     - Sądzę, że to by nawet do ciebie pasowało.
Przewertowałam na prędko stronnice, wracając w końcu do pierwszej z nich.
     - Wiesz co jest zabawniejsze? - uniosłam wzrok na koronę rozpościerającego się nad nami drzewa - Jestem do niej zapisana, a nawet nie wiem, gdzie jest.
Ściągnęłam lekko brwi w ironii tego faktu i zaraz poczułam jak papiery wysuwają mi się z dłoni. Zaskoczenie chłopaka padło na bliżej nie określoną część treści.
     - Cosette... - zaczął, a ja spoważniałam, nie wiedząc co tak przykuło jego uwagę.
     - Tak?
Para dwukolorowych oczu spoczęła na mojej osobie.
     - Wygląda na to, że będziemy widywali się znacznie częściej - widząc wciąż malujące się u mnie niezrozumienie, postanowił kontynuować - Będziesz chodziła do tej samej szkoły co ja.
     - Och - wydałam z siebie ciche westchnienie.
     - To nie jest daleko stąd - posłał mi uśmiech - Masz może ochotę na spacer? Mógłbym ci pokazać.
Odłożył dokumenty na swoje kolana. Wędrując wzrokiem za moją własnością natknęłam się na notes białowłosego. Dokładniej na stronnice, których zawartość została odłączona od całości. Pochyliłam się momentalnie w jego kierunku.
     - Co to jest? Rysowałeś... - nie bardzo wiedziałam czy dobrze strzelam - kaczkę?
Rozpoznałam bowiem w tym tworze, niewyraźny zarys ptaka. Białowłosy uniósł brwi, gdy wybuchłam nagłym śmiechem.
     - Nie śmiej się. Wiem, że do artyzmu pod tym względem mi daleko.
     - Wybacz - zasłoniłam usta dłonią.
Spojrzałam na staw, który najwyraźniej był inspiracją mojego towarzysza. Stał tam chłopczyk ze swoją rodzicielką, raz za razem rzucając ptactwu pokarm. Nadęłam policzki chwytając w chwili natchnienia za leżący na ławce długopis.
     - Dajmy jej chlebuś! - poczęłam dorysowywać własne bazgroły.
Pasję z jaką zabrałam się do pracy przeciął po chwili nieproszony odgłos burczącego brzucha. Zatrzymałam dłoń, drugą z nich przykładając z zażenowaniem do zdradzieckiego miejsca na swoim ciele.
     - Chyba nie tylko kaczki są tutaj głodne - skwitował chłopak.

     Zatrzymaliśmy się przed gmachem budynku o ceglanym kolorze. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że widziałam już to miejsce mijając je podczas podróży samochodem. Wcześniejsze formalności załatwiałam na odległość, miałam zatem do doniesienia tu na dniach kilka rzeczy. Przekraczając okalające go mury, na widok rozpościerającego się przed nami dziedzińca docisnęłam do klatki piersiowej trzymane przeze mnie dokumenty. Lustrowałam wzrokiem miejsce idąc obok chłopaka coraz to wolniejszym tempem, nie zauważając jak powoli zostaję w tyle.
     - Możemy wejść do środka. Szkoła jest otwarta również w wakacje - chłopak zatrzymał się czekając aż dorównam mu kroku.
Skinęłam w odpowiedzi głową, chwilę później znajdując się już w jej wnętrzu. Lysander zwrócił moją uwagę na kilka istotnych tu miejsc. Podążając w głąb korytarza, zlustrowałam również gablotę sporządzoną przez interesujące mnie kółko. Poza naszą dwójką, było tak cicho i pusto. Jedynie gdzieś za ścianami mogła skrywać się dyrektorka, ktoś z sekretariatu czy personel dbający o czystość. Miejsce zupełnie odmienne od tego, które zdaje się, znamy na co dzień. Jednakże, czy jesteśmy w stanie poznać w pełni jakąkolwiek rzecz, jeśli nigdy nie zmieniamy kąta obserwacji? Milknąc, zapatrzyłam się na widok majaczący za oknem, po przeciwległej stronie korytarza. Nie dający się w pełni pochwycić z tej odległości, toteż przyspieszyłam ku niemu kroku.
     - Jak pięknie - przystanęłam w końcu, zatapiając się w obrazie od którego oddzielała mnie jedynie szyba.
Tuż za nią widniał plac, obsadzony różnobarwnymi kwiatami i zieleniącymi się krzewami, których nazw nawet połowy nie znałam. Nie spodziewając się podobnych widoków w szkole, na ułamek sekundy przez głowę przemknęło mi pytanie czy aby jest on również jej własnością.
     - Mamy tutaj też ogród - pospieszył z wyjaśnieniami, zupełnie jakby czytał mi w myślach - Zajmuje się nim jeden z klubów.
Oparłam dłoń na parapecie, dłuższą chwilę nie odrywając się od owego widoku. Kątem oka jedynie dostrzegłam, że w przeciwieństwie do mnie, uwagę heterochromika zajęło coś innego.
Hej, o czym wtedy myślałeś tak patrząc na mnie?

     Obdarzyłam chłopaka ciepłym spojrzeniem. Choć nie wiedział co było tego powodem, odpowiedział tym samym. W wydaniu Lysandra jednak, było to czarujące na tyle, że poczułam w tym momencie zakłopotanie.
     - Dziękuję.
Sprostowałam, idąc ścielącą się przed nami alejką, wzdłuż rzędu budynków. Odwracając wzrok, powędrowałam nim za migoczącymi od słońca sklepowymi witrynami. Okolica wydawała mi się znajoma, toteż możliwe, że w którymś z nich już byłam, gdy na początku przyjazdu kilka następnych dni jeździłam w rodzinnym gronie, od jednego miejsca w drugie. W każdym razie samo miasto było znacznie mniejsze od tego, z którego przyjechałam. Co na swój sposób było urokliwe. Jedynym co w tym momencie mi przeszkadzało był unoszący się w powietrzu zapach jedzenia. Przy czym zdecydowanie żałowałam poskąpionego sobie śniadania. Jak na ironię, mijaliśmy właśnie kolejną piekarnię prezentującą za szybą najrozmaitsze wypieki, tym sposobem oddzielając mnie od możliwości zwykłego wyciągnięcia dłoni by po nie sięgnąć. Jakby wspomniany zapach, wystarczająco sam w sobie nie kusił do przekroczenia progu, którejś z nich. Ostatecznie nie chcąc dać ponieść się słabości i nie prowokować żołądka do awanturowania się, oderwałam wzrok i od nich. Białowłosy zatrzymał się kilka kroków dalej.
     - Miałaś już sposobność bycia w którejś z tutejszych kawiarni?
Zaskoczona spojrzałam na niego pytająco, zaraz dostrzegając, że stoimy naprzeciw jednej z nich. Cóż za ironia, ulokować tyle sklepów podobnych tematycznie w jednym ciągu.
     - Niespecjalnie - zawahałam się nie będąc pewna do czego dąży.
     - A masz ochotę? - uniósł jeden z kącików ust - Wydaje mi się, że byłaś głodna.
Propozycja była kusząca, mimo wszystko musiałam odmówić z jednego istotnego powodu. O ile na wejście do cukierni pozwolić sobie mogłam, tak...
     - Nie mam przy sobie za wiele pieniędzy - wycedziłam z przepraszającą miną.
W portfelu miałam co najwyżej pozostałości po ostatnich zakupach, a przez myśl mi nie przeszło aby tego dnia zabrać ich więcej.
     - Nie proponowałbym ci, gdybyś miała sama za siebie płacić.
Białowłosy zbliżył się do drzwi otwierając je i czekając na moją reakcję. Zawahałam się chwilę, ostatecznie ulegając.
     Lokal pomimo panującego w nim ruchu, nie był przytłaczający. Jasne barwy ścian współgrały z ogólną aranżacją wnętrza. Delikatne zdobienia, dekoracyjne ramki z fotografiami i kwiaty, zdecydowanie ocierały się o klimaty vintage. Podobało mi się. Zajmując jedno z wolnych miejsc, podano nam zaraz menu. Otworzyłam je, zatrzymując się na jednej z pierwszych stronic. Chcąc nie chcąc, dość szybko utkwiłam na malinowym deserze lodowym. Składając zamówienie i czekając na nie, oparłam się na krzesełku. Rzuciłam jedynie ukradkowe spojrzenie towarzyszącemu mi chłopakowi.
     - Zaciągam u ciebie coraz to większy dług wdzięczności - ściągnęłam lekko usta.
Wyciągnęłam dłonie na stoliku sięgając po leżącą tam ulotkę, poczynając zwijanie jej brzegów w rulonik.

     Zerknęłam przez duże sklepowe okno do wnętrza cukierenki, ledwie dostrzegając wśród osób z kolejki, znajomą mi twarz. Otworzyłam drzwi, oznajmiając poprzez rozlegający się dźwięk dzwoneczków, o kolejnym przybyłym kliencie. Nie zwracając jednak na siebie uwagi, ustawiłam się na  jej końcu. Tym razem zaopatrzywszy swój portfel w dostatecznie dużo pieniędzy. Właściwie, mogłam iść do sklepu, gdzieś znacznie bliżej domu. Pomyślałam jednak, że odwiedziny będą miłym gestem. Poza tym, nie byłam jeszcze u niej w pracy. Przesuwając się krok za krokiem ku ladzie, starałam się wypatrzyć interesującą mnie osobę. Zbliżając się dostatecznie blisko obsługi, posłałam kobiecie uśmiech.
     - Hej mamo.
     - Mei, co za niespodzianka - zaoponowała tym samym gestem, zaraz jednak przybierając poważny wyraz twarzy - Coś się stało?
     - Nie, nic z tych rzeczy! - sięgnęłam od razu do torby po portfel - Chciałam tylko kupić coś dobrego, przy okazji pomyślałam, że do ciebie wpadnę - zerknęłam odruchowo na zgromadzonych za sobą ludzi - Mimo wszystko raczej nie zajmę ci wiele czasu.
     - Nie powinnaś się dziwić, w takich miejscach od rana zawsze jest ruch. Hmm, chcesz jakieś ciastko, drożdżówkę?
Rozejrzała się po półkach, przy czym schyliłam się wędrując wzrokiem za wypiekami.
     - Możesz zjeść też na miejscu, stoliki są akurat wolne. Tylko - zatrzymała się w pół zdania unosząc jedną z brwi - jadłaś śniadanie?
     - Mamo - przybrałam wzburzony ton głosu, wracając do pionu - Nie mam pięciu lat, nie musisz mnie aż tak pilnować. Ponad to, odpada. Biorę na wynos, te różki francuskie z serem. Dwa - wskazałam na nie palcem.
Wyłożyłam na ladę odpowiednią sumę pieniędzy, pakując podany towar do jednej z przegród w torebce.
     - Spieszysz się dokądś?
     - I tak, i nie.
Widząc jej niezadowolenie z udzielonej odpowiedzi, przesunęłam się nieco w bok, robiąc miejsce na obsługę reszty osób. Niespecjalnie chciałam wywoływać tu wojnę, a ludzie w takich sytuacjach nigdy nie są zbytnio cierpliwi. Przykucnęłam przy torbie, wyjmując z niej zapisy nut i pokazując rodzicielce.
     - Niedługo mam lekcje, będę tym zajęta.

     Białowłosy chłopak stał niemalże w bezruchu naprzeciw tafli wody. Zupełnie jakby w tylko jemu znanym punkcie wypatrywał odpowiedzi na coś co zaprzątało mu myśli. Wiatr w pewnym momencie potargał jego płaszczem. Ciemny materiał pokryty delikatnymi zdobieniami, uniósł się falując przez chwilę. Mimowolnie przystanęłam, czując jak na ten widok moje tęczówki zadrżały. Wierzcie bądź nie, ciężko byłoby zobrazować słowami sposób w jaki on wtedy wyglądał. To przypominało coś w rodzaju roztaczającego wokół siebie obrazu snu. Chociaż przecież nim nie był, jakby przełamał barierę pomiędzy dwoma światami. Na ułamek sekundy, wyrwał mnie z rzeczywistości oczarowując widokiem. Zatrzymując ze sobą gdzieś pomiędzy nimi. Wolną dłonią przeczesałam swoje włosy, które również rozwiały się choć w niezbyt odpowiadający mi sposób. Uśmiechnęłam się lekko, zaciskając mocniej dłoń na trzymanym przeze mnie futerale skrzypiec, po czym nie stojąc dłużej w miejscu, podbiegłam do niego.
     - Dzień dobry - przystanęłam tuż obok pochylając się nieco do przodu.
Heterochromik obdarzył mnie spojrzeniem, a ja na ponów poczułam to drżenie. Wyrywając go z letargu, wciąż wydawał mi się być tej samej ulotnej faktury, kusząc by unieść dłoń i sprawdzić czy aby nie zniknie pod wpływem dotyku.
     - Cosette, witaj.
     - Wszystko w porządku? Wydajesz się dość nieobecny.
Wyprostowałam się przyglądając mu uważniej. Zatrwożona mina Lysandra sama przez się mówiła, że coś naprawdę jest nie tak. Chłopak podparł głowę na jednej z dłoni, tym razem starając się znaleźć odpowiedź najwyraźniej na mojej twarzy. Zamrugałam kilkakrotnie, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienie.
     - Zgubiłem notatnik.
Rozszerzyłam oczy ze zdumienia. Chłopak nieznacznie się zaśmiał, najwyraźniej na widok mojej reakcji. Natomiast mi wydawało się, że może chodzić o coś znacznie poważniejszego.
     - To nie zdarza się pierwszy raz, więc najpewniej w końcu się znajdzie. Jedyny problem w tym, że chciałem dokończyć dziś piosenkę.
     - Cóż...
Spojrzałam w bok, powolnie wypuszczając z ust powietrze. Zdaje się, że właśnie cały czar prysnął. Opuściłam na trawę torbę przykucając przy niej.
     - Takie rzeczy zwykle leżą gdzieś pozostawione z roztargnienia, śmiejąc się z właściciela, który uparcie szuka je wszędzie indziej poza tym jednym miejscem - otworzyłam przegrodę sięgając po wcześniej zakupione rożki.
     - Bardzo możliwe. Co więcej, częściej odnajdywane są przez osoby postronne.
     - Zatem, skoro zostajesz dziś skazany wyłącznie na słuchanie muzyki klasycznej - spojrzałam na niego odwzajemniając nieco rozpogodzony wyraz twarzy, unosząc w jego kierunku papierowy pakunek - Proszę, na osłodę. Mam nadzieję lubisz ciasto francuskie?
Nie zmuszając mojej dłoni do dłuższego zawieszenia w powietrzu, odebrał paczuszkę.
     - Nie trzeba było, ale to miłe.
     - Mała rekompensata za wczoraj - wróciłam do pionu obładowując się wyjętymi z futerału skrzypcami i plikiem kartek zapełnionymi zapisem kompozycji, zdając sobie sprawę, że nawet nie zapytałam o zdanie - Posłuchasz, prawda? Przyda mi się ktoś do wyłapania błędów, chcę poćwiczyć przed pierwszymi zajęciami.
     Canon D-dur, Pachebel'a rozbrzmiewał wokół zieleniącej się okolicy, dodatkowo podsycając swoim brzmieniem jej barwę. Utwór o niezwykle lekkim, radosnym brzmieniu, tętniący życiem przyrody. Idealnie komponował się z letnią porą roku sprawiając, że można było jej dotknąć każdym z możliwych zmysłów. Muzyka była jednym z rodzajów magii, tych, którą pozornie zwykłe, ludzkie żywoty potrafiły władać. Sięgając nią często dalej niż słowami. Synchronizując się z melodią duszy i przecinając rytm bijącego serca na wskroś każdą kolejną wytworzoną nutą. Grając, w podobny sposób sama potrafiłam wprawić swoje ciało w ten rodzaj upojenia. Ostatecznie lekko uchyliłam jedną z powiek, dając dotrzeć do siebie odrobinie rzeczywistości. Zerkając na Lysandra, dostrzegłam jeszcze parę starszych ludzi, spacerujących alejką, którzy nawet wymijając nas wciąż przyglądali się obracając za sobą głowy. Kończąc utwór podeszłam bliżej, opadając na trawie naprzeciw białowłosego.
     - Raz na pewno się pomyliłam, było tego więcej? - zerknęłam na trzymane przez niego nuty, gdy ten wskazał palcem wybrane miejsce.
     - Tylko tutaj. Mimo to jestem pod wrażeniem.
Nadęłam nieznacznie policzki, trzymając butelkę z wodą za samą nakrętkę i wprawiając ją w powolny ruch zataczając nią koła. Zdołałam się złapać na tym, że w kwestii muzyki wychodziła ze mnie straszna perfekcjonistka. Właściwie fakt, że gra była tak dobrze zapamiętanym przeze mnie elementem przestał mnie dziwić. Posiadając tą cechę, musiałam męczyć skrzypce do upadłego. Jednakże chociaż pod tym względem mój świat nie uległ zmianie. Przesiąknęłam nią doszczętnie, była tym czego nic nie było w stanie mi odebrać. Nierozerwalny element, który mnie uspokajał.
     - Lysander!
Oboje odwróciliśmy się w kierunku czyjegoś krzyku by zobaczyć biegnącą dziewczynkę. Blond pukle włosów, upięte w dwa niskie kucyki, spoczęły zaraz w ramionach zaskoczonego heterochromika opadając na jego odzienie. W tym samym momencie, butelka wysunęła mi się spod opuszków. Istotka zastygła w bezruchu pozwalając lepiej się sobie przyjrzeć. Miała na sobie czarną sukienkę ze stójką, a spod jej spodu wychylały się białe warstwy falban. Końcówki długich włosów różniły się barwą od reszty, stopniowo przybierając różowy odcień. Gdzieś już widziałam podobne zestawienie. Uniosłam wzrok na Lysandra, którego włosy na końcach z bieli zmieniały barwę na czerń. Chłopak w końcu chwycił ją za ramiona nieco odsuwając od siebie.
     - Nino, nie wiedziałem, że dzisiaj wracasz - stwierdził nadzwyczaj łagodnym tonem.
     - Ponieważ wróciliśmy wcześniej - wyjaśniła siadając na podkurczonych nóżkach, na jej twarzy kwitł niesamowity uśmiech - Cieszę się, że mogę cię znów zobaczyć.
Była zapatrzona w niego do tego stopnia, że najwyraźniej kompletnie nie zauważyła mojej obecności, nawet jeśli siedziałam tuż obok. Podniosłam leżący na kolanach napój, przystawiając go sobie w zastanowieniu do ust.
     - To twoja młodsza siostra? - wtrąciłam ściągając na siebie jej uwagę.
Rozwarła nieco szerzej parę dużych, szarych oczu, które chwilę później wyrażając dezaprobatę, zwęziły się tworząc jedynie szparki. Miałam wrażenie, że jej jasna niczym u porcelanowej lalki cera, poróżowiała.
     - Nie. Widzisz między nami rodzinne podobieństwo? - zamilkła jakby nad czymś się zastanawiając - I ktoś ty w ogóle?
     - Nina jest zafascynowana muzyką naszego zespołu - odpowiedź białowłosego rozjaśniła mi trochę więcej - Nino, to jest Cosette.
Zwrócił się do samej zainteresowanej, która w przeciągu kilku chwil od nawiązania kontaktu wzrokowego, odgrodziła mnie od siebie i Lysandra jakimś niewidzialnym murem. Ona chyba nie tyle była fanką muzyki, co samego chłopaka.
     - Miło mi cię poznać - wysiliłam się na okazanie choć krzty entuzjazmu.
     - Cześć.
Tak. To było zdecydowanie oschłe.
     Ostatecznie atmosfera zrobiła się tak gęsta, że postanowiłam wrócić do własnego zajęcia. Zdecydowanie ku uciesze blondwłosej lolitki, która uporczywie zagadywała chłopaka starającego się kontynuować moją wcześniejszą prośbę. Zerknąwszy w ich kierunku, skwitowałam to tylko krótkim westchnieniem, machając do niego ręką na znak by sobie odpuścił. Dałam się pochłonąć świecie melodii, tym razem nie kalając jej ani jednym błędem. Przynajmniej dopóki Nina nie wydała z siebie krótkiego pisku. Widząc jak tuż przed nimi przemknęła ciemna plama, która wymijając ich pobiegła gdzieś dalej. Nie nadążając za jej prędkością nawet nie spostrzegłam, gdy znalazła się tuż obok. Zamarłam, a czarny pies, spokojnie sięgający mi pasa, przypatrywał się niespokojnie. Blondynka stanęła za białowłosym, chwytając go za rękaw płaszcza i wychylając się by rzucić zwierzęciu krótkie spojrzenie i pokazać wytknięty język. Jakby chciała się popisać tym, że akurat jej Lysander służył za obronę, a ja stoję sama oko w oko z tą bestią. Dopiero, gdy szczeknął, obejmując oburącz skrzypce przycisnęłam je mocniej do klatki piersiowej, cofając się o krok.
     - Zostań w miejscu.
Heterochromik ruszył w moim kierunku pochylając się zaraz nad zwierzęciem, a następnie odciągając je za obrożę. Pies najwyraźniej się uspokoił siadając i merdając ogonem. Chociaż wydawał się łagodniejszy, ziejąc z wywalonym językiem, którego delikatny różowy kolor jako jedyny odcinał się od jego ciemnej jak smoła sierści, wolałam pozostać w bezruchu.
     - Demon, co ty tutaj robisz? - chłopak zmarszczył brwi.
Uśmiechnęłam się głupio słysząc ów imię, musiałam przyznać, że idealnie do niego pasowało. Cieszyłam się jednak, że czworonóg nie był mu obcy. Widząc skupienie Lysandra na jakimś punkcie podążyłam w to samo miejsce wzrokiem, dostrzegając czerwonowłosego chłopaka, który wcześniej biegnąc, będąc coraz bliżej nas zwalniał kroku.
     - Dzięki, że go złapałeś. Nagle zerwał się i pobiegł przed siebie - wyjaśnił zapinając na sycz psa, który zadowolony z widoku właściciela, kręcił się teraz wokół niego, popiskując - Nie wiem co w niego wstąpiło.
     - Powinieneś bardziej na niego uważać - skwitował białowłosy.
Ja natomiast opuściłam dłonie przyglądając się ujarzmionej bestii. Podobnie jak Nina, ten pies zdawał się mieć dwie twarze, choć w odwrotnym od siebie znaczeniu. Jego właściciel zlustrował mnie od stóp do głów, jedynie na instrumencie zatrzymując się przez dłuższą chwilę.
     - Boisz się? - rzucił z przekąsem, kucając przy czworonogu i go głaszcząc - Nie gryzie, zazwyczaj...
     - Masz dzisiaj niezwykłe szczęście do poznawania moich znajomych - wtrącił białowłosy, unosząc jeden z kącików ust ku górze.
Oddałam uśmiech, niepewnie przyklękając przy czarnym sierściuchu.
     - Jaka to rasa? - zapytałam nie będąc tego świadoma - Jest ogromny.
     - Owczarek francuski. A tak w ogóle - wyciągnął wolną dłoń w moją stronę - Kastiel.
Obserwując podczas gry wodę, w którą wcześniej wpatrywał się heterochromik, widziałam jak migocze blaskiem miliona świateł, zupełnie jak gwiazdy na przejrzystym nocnym niebie.

niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział trzeci

     Pospiesznym krokiem niemal wbiegłam przez bramę odgradzającą nasz dom, zwalniając kroku jedynie po to by ją za sobą zamknąć. Przystępując niecierpliwie z jednej nogi na drugą, skierowałam się ku drzwiom, przekraczając je i znajdując po chwili we wnętrzu mieszkania. Podtrzymując się ściany jedną dłonią - wzbogaconą o zakupowe torby, drugą, nieporadnie zsunęłam z siebie buty. Chciałam udać się czym prędzej do swojego pokoju by rozpakować nowe nabytki, ale zachwiałam się z rozpędu po drodze, dostrzegając w jednym z pomieszczeń pozostałych mieszkańców. Zatrzymałam się tuż przed progiem obejmując oburącz torby i uśmiechnęłam ciepło, oddając tą mimiką swój nastrój.
     - Jestem z powrotem - zawołałam zwracając ich uwagę na swoją osobę.
     - Spóźniłaś się na obiad, ale została dla... - kobieta uniosła na mnie wzrok zamierając w pół zdania z otwartymi ustami.
Wpatrywała się we mnie, najwyraźniej zszokowana obrazem jaki miała przed oczyma. Mężczyzna nieopodal niej, do tej pory pochłonięty myciem naczyń, odwrócił się by zrozumieć co było tego powodem. W momencie spotkania naszych oczu, przedmiot, który trzymał w dłoniach, wyśliznął mu się, lądując na ponów w komorze. Całe szczęście z niezbyt wysokiej odległości. Zmrużyłam mimowolnie oczy na ów dźwięk. W tym całym postanowieniu zmian, kompletnie nie uwzględniłam ich reakcji.

     - Trudno mi z tym wszystkim...
Ściągnęłam brwi, torując widelcem okrąg po talerz,u na którym jeszcze chwilę temu znajdowała się odgrzana porcja. Nie wiem, które z nich bardziej lustrowało moje włosy. Przymknęłam oczy z westchnieniem.
     - Nie sądzisz, że to dość diametralne zmiany? - mama sięgnęła po ich kosmyk, obracając go między palcami.
     - I te soczewki - mężczyzna przyglądał im się badawczo - Wyglądasz jak zupełnie inna osoba.
Uniosłam na nich wzrok, ściągając zadziornie kąciki ust ku górze.
     - Wbrew pozorom, przyznajcie, są bardzo ładne - opuściłam widelec prostując się na krześle.
Nie chciałam dostarczać im więcej trosk, ale sama też miałam swoje granice. Prawdą było, że jedyne co mogliśmy zrobić to czekać, tego procesu nie dało się przyspieszyć. Wszelkie wysiłki tylko wypierały z nas radość. Odkąd wybudziłam się ze śpiączki, odkąd utraciłam wspomnienia, wszystko się zatrzymało. Mijał dzień za dniem. Miesiąc za miesiącem. Żyliśmy, ale wszystko obracało się wokół jednej rzeczy. Wszystko inne zgasło. Czy tak to wyglądało przedtem? Chciałam pójść naprzód, chciałam żebyśmy wszyscy poszli.
     - To nie tak, że nam się to nie podoba - ciągną mężczyzna - Tylko nas zaskoczyłaś.
     - Potrzebuję zmian...
Uśmiechnęłam się tym razem znacznie delikatniej, szukając z ich strony zrozumienia. W końcu wszyscy mogliśmy na tym skorzystać. Wszystko mogłoby wrócić na normalny tor. Chciałam być sobą, a nie bezustannie gonić za obrazem kogoś, kogo za nic nie byłam w stanie sobie przypomnieć.
     - Mei, posłuchaj - mama zatopiła we mnie wzrok z którego dało się wyczytać troskę - Jeśli potrzebujesz, zawsze możesz przyjść z nami porozmawiać. Może... w tym wszystkim, za bardzo kładliśmy nacisk, a ty na tym najbardziej cierpisz.
     - Dziękuję - skwitowałam z wyraźną wdzięcznością.
     - Skoro jesteś tego pewna. Wiesz, że zrobisz nie małe show w szkole? - tata zaintonował angielskie słowo, unosząc przy tym jedną brew.
Wstałam od stołu rozpogadzając się na ich słowa, te zmiany naprawdę wprawiały mnie w dobry nastrój. Wiosna w pełni, zdawała się ulewać trochę barw także na moje życie.
     - Wiem, jestem na to gotowa. Przedstawię się im jako Cosette.

     - "Cosette"?
Zawtórowała Sophie, która przypominając mi w reakcji mojego ojca, upuściła własnie zawartość swojej dłoni. Skrzyżowałam ręce na piersi odrobinę zirytowana. Nie sądziłam, że rozpoznanie mnie, będzie aż tak trudne. Krzątałam się w okolicy oczekując aż ktoś zaskoczy mnie spostrzegawczością. Na każdej przerwie byłam nieopodal ich towarzystwa. I nic. Nic, prócz wlepionego spojrzenia Peter'a, który zdaje się ślinił na widok nowej w szkole. To obrzydliwe. Podczas lunchu miarka się przebrała, nie będę przecież siedziała sama tylko dlatego, że są kompletnie ślepi. Przecież nie zrobiłam sobie operacji plastycznej twarzy. Stanęłam przed naszym stolikiem, czekając aż Sophie łaskawie się podsunie wraz z resztą aby zrobić mi miejsce. Ta natomiast wlepiała we mnie spojrzenie, gdy z jej widelca spadł kawałek mięsa prosto w buraczki.
     - Tak, Cosette. A wy jesteście okropni...
Tomiko postanowiła przejąć inicjatywę zamykając dłonią usta dziewczyny, po czym pociągnęła ją za sobą zwalniając trochę miejsca na ławce.
     - Dziękuję - usiadłam zniesmaczona ich przyjęciem.
     - Nie wierzę, to nie może być prawda. Miało być tak pięknie.
Peter schował twarz w dłoniach pochlipując na ramieniu siedzącej obok Karine. Ta zaś natychmiast trzepnęła go w głowę sprowadzając do pionu.
     - Z bliska bardziej widać podobieństwo. Co nie zmienia faktu, że wszystkich zaskoczyłaś - niepewnie zaczął Naoki.
To prawda, nie sądziłam, że kompletnie nikt nie zwróci na mnie uwagi w tym właściwym sensie. Patrząc na to z tej perspektywy, cieszę się, że rodzice na mój widok nie wyrzucili mnie z domu widząc we mnie włamywacza.
     - Wiesz Mei, nie ma co się dąsać. Bądź co bądź, rzadko kto zmienia się tak diametralnie podczas jednego weekendu. Skąd ten pomysł? - zamachała w moim kierunku sztućcem Karine.
     - Zmiany czasem wychodzą na dobre. Pomyślałam, że to odpowiedni moment. A tak ponad to... zawsze chciałam się tak nosić! - niemal wykrzyknęłam, z zacięciem pakując do ust porcję jedzenia.
     - Ja wiem.
Peter podparł brodę na dłoni, nie spuszczając ze mnie oczu. Odruchowo również na niego spojrzałam z zamiarem wysłuchania sugestii.
     - Wypadek. To po uderzeniu w głowę ci tak odbiło - uśmiechnął się szelmowsko - Więc jest szansa, że tak naprawdę wciąż możesz być "tą nową"!
Wyciągnął ręce przez stół, chwytając mnie za dłonie. Nawet nie zauważyłam kiedy Tomiko zamachnęła się trafiając porcją jogurtu prosto w jego twarz. Trzeba było przyznać, cela to ona miała. Mogę stwierdzić, nawet znając ją te kilka miesięcy. Dobra, może za wyjątkiem sytuacji, gdy ogląda się za nauczycielem. Aczkolwiek tych nie można brać pod uwagę ze względu na ich wyjątkowość. Jestem pewna, że gdybyśmy w szkole mieli zawody łucznictwa, spokojnie mogłaby wziąć w nich udział bez większego przygotowania. Zamrugałam kilkakrotnie, widząc spływającą po policzku chłopaka, lekko różową substancję. Nie wyrywając mu się, wybuchnęłam machinalnym śmiechem przy czym zawtórowała mi cała reszta. Za wyjątkiem pokrzywdzonego.
     - Wybacz Peter, ale nie reflektuję.

     Zmiany jakichś się podjęłam wzbudziły więcej zainteresowania, choć już nie tak dużego jak wśród moich znajomych. Faktycznie, dla każdego z poza klasy stałam się nową uczennicą. Jednak po kilku dniach, plotki zniknęły zastąpione przez rzeczywistość. Nauczyciele nie robili mi z tego powodu problemów. Nie dało się zaprzeczyć, że wyróżniałam się z tłumu. Nie przeszkadzało mi to jednak. Nie chodziło ani troszkę o zdobycie jakiejkolwiek popularności, dlatego wszelkie prychnięcia i zdarcia nosa przez osoby zapewne, które kiedyś mojej osoby nie darzyły sympatią, zwyczajnie mnie nie interesowały. Byłam jedynie sobą i to dostatecznie mnie uszczęśliwiało. Cosette również szybko się przyjęło zastępując moje imię. Zdecydowanie bardziej do mnie w tym momencie pasowało. Nawiązując do bohaterki "Nędzników"*, chciałam odzyskać wolność. I miałam wrażenie, że szłam odpowiednią drogą. W wolnych chwilach grałam, grałam i grałam. Kochałam skrzypce. Nadzwyczaj bardzo.

     - Tato, pospiesz się! Mama się niecierpliwi.
Wejrzałam przez próg domu, doszukując się wzrokiem rodziciela. Tego natomiast nigdzie w jego zasięgu nie było.
     - Zaraz schodzę, mamy przecież jeszcze dwadzieścia minut. Nie spóźnimy się.
Skierowałam wzrok na górne piętro z którego dochodził jego głos.
     - Tak, ale mówi, że przez godziny szczytu będziemy długo stali w korkach.
Mężczyzna zszedł pospiesznie po schodach, dopijając w locie resztę kawy ze szklanki stojącej na stole. Wziął głęboki wdech łapiąc się za głowę i teraz on omiótł wzrokiem mieszkanie. Poklepał się jeszcze po kieszeniach, ruszając w moim kierunku.
     - Wszystko mam. Idziemy.
Chwyciłam go pod rękę starając się pospieszyć jeszcze bardziej, pociągając za sobą w kierunku samochodu.
     - W końcu - mama obdarzyła nas spojrzeniem, gdy drzwi się uchyliły, a my zajęliśmy miejsca.
     - Kochanie, nie pomyliłaś się przypadkiem?
Kobieta wymownie zastukała paznokciem w trzymają przez nią kierownicę.
     - Nie. Za karę ja prowadzę.
     - Mei, zapnij lepiej pasy - rzucił rozbawiony, w tym momencie czyniąc to ze swoim.
     - Tak jest! - zasalutowałam powielając czynność.
Zwykle terapeutę odwiedzałam sama. Razem jeździliśmy tam tylko tuż po moim wyjściu ze szpitala. Tym razem ponawiamy wyprawę. Co prawda troszkę zdziwiła mnie ta informacja, ale nie zaszkodzi nam przecież spędzić więcej czasu razem. Jedynym co się rzuca w oczy jest fakt, że to pierwsza wizyta od czasu zmiany. Jednak zdaje mi się, że przez nią, atmosfera w domu znacznie się poprawiła. Przez chwilę lustrowałam wzrokiem migający krajobraz za szybą. Zamknęłam jednak zaraz oczy, pozwalając by wiatr z uchylonej szyby przyjemnie targał moimi włosami. Z letargu wybiło mnie jedynie lekkie szarpnięcie, gdy mama zahamowała na skrzyżowaniu.
     Czekałam na tych dwoje przed gabinetem już dobre pół godziny. Nie mam pojęcia co robili tam aż tyle, ale z tego powodu niemal zaczynałam usypiać. Postanowiłam zatem zbombardować sms'ami znajomych. Terapeuta stwierdził, że moje zachowanie można tłumaczyć zbytnim wywieraniem presji na odzyskanie wspomnień. Szokiem pourazowym. Odetchnięcie ma mi dobrze zrobić, toteż nie powinno wzbudzać w nich żadnego niepokoju. Wygładziłam dłońmi sukienkę, której falbanki sięgały nieco za kolana. W tym momencie drzwi w końcu się otworzyły, wypuszczając na zewnątrz znajome twarze.
     - Wszystko w porządku?
Podeszłam od razu, chcąc dowiedzieć się co ich aż tak długo zatrzymywało. Ręka taty roztargała moje włosy.
     - Wszystko gra.

     Nieudolnie starałam się puszczać kaczki na wodzie. Rozmach i... tonie. Każda jedna. Zaczęły mi się kończyć kamyczki pod ręką, więc kręciłam się wokół siedzącej na trawie Tomiko. Ta widząc moje poszukiwania, zebrała na dłoń kilka widocznych dla niej, podając mi je. Sięgnęłam po jeden, podchodząc znów bliżej wody. Rozmach i... tonie. Z westchnieniem oparłam dłonie na kolanach. Dziewczyna zaśmiała się na ten widok.
     - Nie ma opcji aby mi się udało.
Zrezygnowana dołączyłam do niej opadając na trawę. Błękit nieba nieco drażnił moje oczy, nie oderwałam jednak przez to wzroku. Pojedyncze, białe obłoczki sunęły się po nim leniwie. Mieliśmy bardzo ciepły weekend, niemalże lato. Do zakończenia roku zostało niewiele czasu. Jednak dziś, poza naszą dwójką, wszyscy inni byli zajęci.
     - Będziesz za nim tęsknić?
Dziewczyna odwróciła się na to pytanie w moją stronę.
     - W końcu wyjeżdżasz, dwie miesiące bez oglądania go - ciągnęłam.
Z melancholijnym uśmiechem również opadła na ziemię, zmyślając się chwilę nad tą sytuacją.
    - Będę, ale z tego powodu - sięgnęła do kieszeni spodni, wysuwając z nich telefon, następnie przesunęła kilkakroć palcem po ekranie - Popatrz.
Sięgnęłam po aparat, zerkając na ekran. Moja twarz przybrała chyba dość głupi wyraz dostrzegając tam nic innego, jak zdjęcia naszego nauczyciela biologii. W dodatku robione prawdopodobnie z ukrycia. Przeglądając dalej album, miała zebraną ich dość pokaźną kolekcję.
     - Zabezpieczenie na specjalne okazje! - zabrała mi go zaraz z rąk - Zawsze w takich chwilach, będę mogła chociaż tu na niego popatrzeć.
Obróciłam się na bok leżąc teraz przodem do niej.
     - Jakby nie patrzeć, całe życie nie będzie wyłącznie twoim nauczycielem - uśmiechnęłam się ciepło - Jeszcze tylko dwa lata.
     - A jak z tobą? Wspominałaś kiedyś, że jest ktoś za kim tęsknisz.
Jak to jest za kimś tęsknić?

     Usadowiłam się na kanapie oczekując przyjścia rodziców. Stwierdzili, że mają mi coś ważnego do zakomunikowania, ale jakkolwiek analizując tą sprawę, nie wpadałam na żaden trop rozjaśniający coś w głowie. Najogólniej rzecz ujmując, pozostawało czekać na suchy werdykt, nie mając ani trochę na myśli, że będzie to coś naprawdę poruszającego. Filiżanka z kakao pojawiła się zaraz na stole, tuż przede mną. Powędrowałam za nią odruchowo wzrokiem.
     - Spokojnie, tata robił.
Kobieta, która je w tym miejscu ulokowała, pospieszyła z wyjaśnieniem. Do naszej dwójki zaraz dołączył również jej mąż, donosząc dla nich także po porcji napoju. Uniosłam ostrożnie rozgrzaną porcelanę, przysuwając ją do ust. Faktycznie, to, że robił ją tata można było od razu wyczuć.
     - Zatem, co chcieliście mi powiedzieć? - spojrzałam znad przedmiotu to na jedno, to na drugie z rodziców.
     - Pamiętasz jak mówiłaś nam o potrzebie zmian?
Zaczął niepewnie, na co skinęłam w odpowiedzi głową.
    - Zgodziliśmy się z tym. Chcąc żeby wszystko wróciło do normy, tylko ci  zaszkodziliśmy - zmrużył oczy podpierając ręce na stole, brodę zaś na splecionych dłoniach.
Wszystkich w tej sytuacji zgubiła bezradność. Przeciągające się oczekiwania wobec, których niewiele mogliśmy zdziałać. Nikt nie chciał takiego stanu rzeczy. Nikt celowo go nie wybrał. A ja nie chciałam widzieć ich poczucia winy, nie chciałam widzieć łez matki. Stanęliśmy przed tym i musieliśmy się zmierzyć. To było trudne. Dla mnie. Dla nich. Wyjściem z tego była akceptacja, pójście naturalnym krokiem po ścielącej się drodze. Czułam się w tym lepiej, mogłam w tej kwestii sama zadecydować o rzeczach mnie dotyczących. Mogłam być taką, jaką chciałam być. Czy tym sposobem nie byłam bliżej swojego rzeczywistego "ja" niż siłą doszukując się go w przeszłości? Bardziej pogodna, bardziej żywa, prawdziwsza.
     - Naprawdę, jest lepiej - odstawiłam porcelanę na miejsce - Cieszę się, że zaakceptowaliście moją postawę, że mogę to wszystko zacząć od nowa.
Chciałam go upewnić w słuszności tej decyzji, pozbawiając choć troszkę malującego się na twarzy strapienia.
     - Więc właśnie, mówiąc o zaczynaniu od nowa - kontynuował - Postanowiliśmy o dość istotnej zmianie, która pozwoli nam wszystkim na nowy początek. Lada moment kończysz pierwszą klasę liceum. Myślimy, że to odpowiedni czas abyśmy wykorzystali go na przeniesienie się do innego miasta.
Zamrugałam odrobinę zdezorientowana. Ilekroć myślałam o stawianiu kroków naprzód, nie przyszło mi do głowy tak radykalne posunięcie. Może dlatego, że nie miałam na nie wpływu. Zamknąć ten rozdział. Porzucić siedemnaście lat życia i zacząć wszystko od początku. Początku, który i tak tworzyłam bo przecież przeszłość zniknęła całkowicie zasnuta mgłą, zupełnie jakby nigdy nie miała miejsca. Wśród innych ludzi, nieznanego otoczenia. Wszystko tutejsze, obracało się wokół mniej więcej pół roku jakie było mi dane spamiętać. Chciałam zmian, a jeśli i oni ich potrzebowali, mogliśmy je poczynić też w ten sposób. Choć z odrobiną niepewności, było to nawet ekscytujące.
     - Mei, mając też nowych znajomych, nie będzie już czuła się tak zakłopotana - kobieta uśmiechnęła się pogodnie - Popatrz, wybraliśmy już mieszkanie.
Z teczki, która leżała od dłuższego czasu na stole, wyjęła wydrukowane zdjęcie domu, przysuwając mi je. Uniosłam papier lustrując go wzrokiem. Jasna, dwupiętrowa posesja z grafitowym dachem, była nie mniej urokliwa jak obecne mieszkanie. Uniosłam kącik ust ku górze.
     - Podoba mi się.

     Sophie uwiesiła się na mojej szyi jako pierwsza. Staliśmy na ganku szkoły tuż po zakończeniu uroczystości. Wiadomość o wyjeździe, tak nagła dla mnie, dla nich była równie szokująca. Ostatnio nie jeden raz przecież udało mi się ich zaskoczyć. Właściwie, czy życie się takie nie stało? Kompletnie nieprzewidywalne. Zaczęłam się zastanawiać co jeszcze miało do zaoferowania. W pół roku doznałam wypadku, byłam w śpiączce, straciłam pamięć, moje życie towarzyskie uległo temu wpływowi, postanowiłam zmienić wygląd kreując Cosette, a ostatecznie rodzina decyduje się wyjechać do innego miasta. Teraz żegnam się ze znajomymi, następnego dnia zaś tą porą będę już w drodze.
     - Nie mogę uwierzyć, że nie zobaczymy się nigdy więcej!
Ścisnęła mnie na tyle mocno, że oddychanie zaczynało sprawiać mi trudność. Chwyciłam ją w odruchu obronnym za ramiona, starając się lekko od siebie odsunąć.
     - Przecież nie urywam z wami kontaktu. Będziemy pisali. A wy... - wymierzyłam palcem w każdego po kolei - Macie o siebie dbać.
     - Tak jest panienko! - wykrzyknął Naoki goszcząc na twarzy szeroki uśmiech.
Karin'e odchrząknęła na to znacząco, szturchając go łokciem w ramie. Ten natomiast zdjął z siebie w pośpiechu torbę, przyklękając przy niej.
     - Mamy coś dla ciebie - wtrąciła.
Chłopak przeczesał jedną z przegród wyjmując fotografię, którą zaraz mi wręczył.
     - Drobiazg, na pamiątkę, abyś o nas nie zapomniała. Zrobiliśmy je na pierwszym wspólnym wypadzie, nawet nie znaliśmy się wtedy za bardzo - wyjaśniła, przystając bliżej.
Wpatrując się w ilustrację przytknęłam opuszki palców do czoła. Poruszył mnie ich gest, jednocześnie od tej rozmowy zawirowało mi w głowie, a docierające do uszu dźwięki zastąpił lekki szum. Wtedy cała ich piątka poddusiła mnie ze wszystkich stron w uścisku. Jeśli kiedykolwiek wcześniej zastanawiałam się jak to jest stać niemal przy samej scenie na koncercie sławnego zespołu, myślę, że te odczucia mogłam ze sobą porównać.

     Dopięłam ostatnią torbę i zarzuciłam na plecy futerał od skrzypiec. Reszta rzeczy była już na miejscu, dziś z nami miał podróżować jedynie bagaż podręczny. Pusty pokój malował się przed moimi oczyma, gdy zamykałam za sobą drzwi. Dołączyłam do reszty domowników, po czym opuszczając dom, ulokowaliśmy wszystko w samochodzie. Usadowiłam się na tylnym siedzeniu, chwilę potem pozwalając by ulica na której mieszkaliśmy niknęła za tylną szybą. Sięgnęłam do towarzyszącej mi, niewielkiej torebki wyjmując z niej podarowane przez znajomych zdjęcie. Przyjrzałam się mu raz jeszcze, uśmiechając pod nosem. Na jego odwrocie widniał podpis każdego z nich. Peter bazgrał jak kura pazurem pisząc nawet własne imię. Znałam ich raptem sześć miesięcy, ale będzie mi ich troszkę brakowało. W końcu byli jedynymi znajomymi jakich miałam. Wiem, że miasto do którego zmierzamy jest ulokowane w sporej odległości od obecnego. To dostatecznie utrudnia kontakt. Schowałam je w uprzednie miejsce, sięgając też po słuchawki. Podłączyłam je do telefonu, wybierając z odtwarzacza ulubioną melodię. Tą, którą jako pierwszą po wypadku udało mi się zagrać na skrzypcach. Odchyliłam głowę napotykając nią na oparcie, po czym zamknęłam powieki skupiając się na muzyce. Czy gdyby końcem listopada Risa nie zepchnęła mnie ze schodów, byłabym w tym samym miejscu co obecnie?
     Wieczorem dotarliśmy do celu podróży. Dom w rzeczywistości prezentował się jeszcze lepiej niż na fotografii pokazywanej przez mamę. Był umeblowany wedle rozstawienia jakiego dopilnowała. Pozostawało się rozpakować. Większą część udało nam się zrobić od razu, pomimo zmęczenia podróżą. Przypominało mi to wrażenia z powrotu ze szpitala. Sunęłam dłonią po poręczy schodów, udając się na piętro, gdzie znajdować się miał mój pokój. Z tego, który pozostawiłam pusty, trafiłam w miejsce już urządzone, choć tymi samymi meblami. Usadowiłam się na łóżku wraz z nieodłącznym mi bagażem. Objęłam skrzypce oburącz przytulając się do nich z przymkniętymi oczyma. Były jedyną stałą rzeczą w moim życiu. Jedyną, która nigdy mnie nie opuściła. Nie zauważyłam kiedy, osunęłam się na miękką pościel, usypiając w tej pozycji.
     Rano obudziłam się wygodnie ułożona na poduszkach, przykryta kołdrą. Mój nocny towarzysz stał zapakowany w ciemny pokrowiec tuż przy łóżku. Przenosząc się do pozycji siedzącej, wyciągnęłam się, pocierając zaraz dłonią zaspane oczy. Jak na pierwszą noc w nowym miejscu, ta upłynęła nadzwyczaj spokojnie. Może to wpływ zmęczenia sprawił, że nic nie zakłóciło tego stanu. Odszukałam wzrokiem stojący na etażerce zegarek. Dochodziło południe. Miałam przed sobą całe wakacje, a kompletnie nie posiadałam na nie planów. W każdym razie innych od poznawania okolicy. Jako pierwszy cel obrałam sobie niewielkie zakupy. Chciałam znaleźć sklep upominkowy aby dostać ramkę, a oprawione zdjęcie ustawić na komodzie. Pierwsze wyprawy zaliczyliśmy wspólnie, właściwie mieliśmy tylko dwa dni na spędzenie tego czasu razem. Później oboje z rodziców rozpoczynało pracę. Mnie czekały zajęcia gry z nową nauczycielką. Ciekawi mnie, co tamtejsza "ja" pomyślałaby o tym wszystkim?
     Promienie słońca przebijały się przez kuchenne szyby, utrudniając mi zrobienie śniadania. Czekoladowe płatki zalałam na chybił-trafił ciepłym mlekiem. Odkąd rodzice opuścili mieszkanie, poza śpiewem ptaków i dźwiękami dochodzącymi z ulicy, panowała tu zupełna cisza. Nie zamierzając całego dnia spędzić wyłącznie w czterech ścianach, postanowiłam zaoferować sobie pierwszą z samotnych wycieczek. Przechadzając się po okolicy, kilkakroć w oczy rzucił mi się park, ozdobiony niemalże gąszczem zielonych drzew. Jakżeby było, gdybym nie odwiedziła tamtejszego miejsca? Otworzyłam szafę z zamiarem doboru odpowiedniego do pogody stroju. Niebiesko-biała sukienka sięgająca kolan, wykończona falbankami, zdała mi się być odpowiednia. Wpięłam we włosy podobną kolorystycznie kokardę i pochwyciłam w dłonie skrzypce wychodząc na zewnątrz.
     Oparłam się o jedno z drzew w pobliżu stawu, który okazał się kolejnym atutem miejsca. Odrobinę przypominał ten, do którego chodziłam z Sophie i resztą. Niemniej był znacznie bardziej zalesiony. Można było się w nim ulokować tak, by sprawić wrażenie, że jest się absolutnie samemu. Tym razem nie miałam w zamiarze nieudolnie miotać kamieniami w taflę wody, co z resztą jedynie by mnie poirytowało. Zdarłam głowę przez chwilę wpatrując się w gałęzie drzew rzucających cień na moją osobę. Wiatr był tak przyjemnie ciepły. Nigdzie nie grało mi się tak dobrze jak na świeżym powietrzu. Rozpakowałam instrument, odsuwając się o kilka kroków od obecnego miejsca. Oparłam skrzypce na obojczyku, rozluźniając się całkowicie, a następnie wydając z nich dźwięk. Zamknęłam oczy oddając się tej czynności. Tylko ja i muzyka, nic nie mogło nas rozdzielić.
     Opuszczając smyczek nabrałam raz za razem kilka głębszych wdechów. Gra potrafiła być wyczerpująca. Jednak mimo to, dawno nie czułam takiego spokoju. Nagły dźwięk łamanej gałęzi dodarł do mnie zaledwie z odległości kilku metrów. Odwróciłam się gwałtownie w jego kierunku, do tej pory myśląc, że jestem w tym miejscu sama. Wtedy mój wzrok napotkał na białowłosego chłopaka. Chyba równie zaskoczonego co ja, choć z naszej dwójki miałam do tego większe prawo. To było krępujące. Nie to, że wstydziłam się grać przy kimś, ale, fakt, że ktoś podsłuchiwał bez mojej wiedzy. Zlustrowałam go mimowolnie. To było dziwne, zaczynając wszystko od zera, pierwszą osobą na jaką się natykam jest ktoś wyrwany niemal z tych filmów kostiumowych, które tak bardzo mnie zachwycały. Ktoś, kto najwyraźniej lubował minione epoki równie bardzo co ja. Rozwarłam szerzej oczy.
     - Wybacz, pomyliłem cię z kimś - poczynił kilka kolejnych kroków w moim kierunku, unosząc jedną brew ku górze - Choć to dziwne.
Nie miałam pojęcia czy dla niego słowo "dziwne" w tym wypadku powielało się z sensem mojego stwierdzenia, ale jakkolwiek nasze opinie o tej sytuacji się na siebie nakładały. Starając się nieco rozluźnić, oderwałam od niego wzrok, przenosząc w jedną dłoń obie z części instrumentu.
     - Nic się nie stało, tylko to miejsce - zamyśliłam się nad odpowiednim określeniem - Zdawało mi się być bardziej dyskretne.
     - Nawet jeśli, nie sądzisz, że muzykę słychać znacznie dalej? - uśmiechnął się lekko.
Mając go bliżej, mogłam teraz również dokładniej przyjrzeć się jego osobie. Elementem, który jako następny przykuł moją uwagę były tęczówki, różnego od siebie koloru. Para złoto-zielonych oczu wpatrywała się we mnie, a ja dosłownie zaczęłam tonąć w tym spojrzeniu. Zdecydowanie za długo. Co było kompletnie nie taktowne biorąc pod uwagę, że gapię się na kogoś obcego. Nie widziałam jednak wcześniej czegoś podobnego. Wspominali nam o tym zjawisku na biologii. To się nazywało... heterochromia? Powędrowałam w końcu spojrzeniem gdziekolwiek indziej, zdając sobie sprawę, że jeszcze chwila i obleję się rumieńcem co będzie wyglądało już całkowicie głupio.
     - Racja. Nie pomyślałam jednak, że przyciągnę kogokolwiek w ten sposób.
Tym razem to ja uśmiechnęłam się najsubtelniej jak potrafiłam.
     - Ani tym bardziej, że posłuży mi to do zawierania znajomości - ciągnęłam - Witaj nieznajomy, jesteś pierwszy na liście.
Dygnęłam przed nim w teatralny sposób.
     - Jesteś utalentowana, nie powinnaś się dziwić, że zwracasz na siebie uwagę.
Uniósł moją wolną dłoń pochylając się nad nią, po czym musnął jej wierzch ustami.
     - Lysander.
     - Cosette.
     - Jak ta z "Nędzników"?
Kąciki moich ust powędrowały nieco pewniej ku górze, na to spostrzeżenie. Nikt, poza mną samą, nie porównał tego w podobny sposób.
     - Jak ta, która pragnie wolności**.
Nie byłam absolutnie pewna czy sytuacja w której brałam udział nie miała miejsca jedynie we śnie. Jej niecodzienny charakter, dogłębnie mnie oczarował. Choć starając się utrzymać trzeźwość umysłu, chciałam, aby ten obraz został ze mną tak długo jak się dało. A może skrzypce, które posiadałam, były magiczne? Przykucnęłam przy drzewie opierając je o nie, zaś ze spoczywającej tam również torebki, wygrzebałam butelkę mrożonej herbaty.
     - Chyba przeszkodziłem. Pójdę już, byś mogła grać w spokoju.
Posłał mi raz jeszcze uśmiech, oddalając się. Wyciągnęłam machinalnie dłoń, chcąc zatrzymać go tym gestem. Jednocześnie przełknęłam zawartość ust, umożliwiając im mowę.
     - Zostań, jeśli masz ochotę - zakręciłam pospiesznie napój, odkładając go na miejsce - Naprawdę nikogo tu nie znam.
     Zdało mi się, że moja propozycja go zadowoliła. Białowłosy chłopak również usadowił się przy jednym z drzew, a ja po chwili odpoczynku, wróciłam do komponowania. Kątem oka zwróciłam uwagę na notes, który spoczął w jego dłoniach. Usiłował coś w nim pisać, nie wiedziałam jednak czy moja muzyka go nie rozpraszała. Bowiem raz po razie zatrzymywał się w swojej czynności, na dłuższą chwilę zmyślając nad czymś wyraźnie. Mimo to nie przestawałam, dopiero po którymś z kolei utworze postanowiłam dać sobie chwilę wytchnienia. Grałam podobno od dziecka, nie musiałam aż tyle ćwiczyć. Robiłam to głównie dla przyjemności. Pochyliłam się nad chłopakiem, majacząc cieniem na zapisanych kartkach papieru. Dopiero tym, wyrwałam go z letargu, zwracając uwagę na moją osobę.
     - Zdradzisz mi, czym ty się zajmujesz?
Chłopak odłożył przedmiot na bok, pozostawiając pomiędzy stronami długopis. Tym gestem rozwiał moje nikłe nadzieje na podpatrzenie czegokolwiek.
     - Tak właściwie, ja też tworzę. Jednak w zupełnie inny sposób.
Zamrugałam kilkakrotnie zaskoczona odpowiedzią.
     - Poezja? - wyprostowałam się, odgarniając niesforny kosmyk włosów za ucho.
     - Też, ale teraz pracuję nad tekstem piosenki.
Połączyłam szybko fakty rozentuzjazmowawszy się tą wiadomością. Jego zainteresowanie muzyką najwyraźniej sięgało głębiej, niż miałam świadomość. Teraz bardziej klarownym zdawało mi się, że przyciągnęła go tu właśnie ona.
     - Śpiewasz? - zapytałam czysto retorycznie.
     - Mamy zespół z dwójką znajomych, ale daleko nam do sławy. Nie zależy nam jednak na niej w szczególny sposób.
Sprostował, zauważając moje zaciekawienie tematem.
     - Nawet jeśli, najważniejsze, że robisz coś co lubisz - przechyliłam lekko głowę w bok - Skoro ty słyszałeś jak gram, może i mi kiedyś będzie dane was usłyszeć?
     - Być może - nonszalancki uśmiech wtargnął na jego twarz.
     Od tamtego dnia, często widywaliśmy się w tym miejscu. On zajmował się swoimi zapiskami, ja grałam starając się wzbogacić repertuar o nowe utwory. W tym celu wertowałam kolejne zapisy nut. Choć nie zawsze oddawaliśmy się dłuższej rozmowie, dotrzymywaliśmy sobie towarzystwa. Przy tamtych drzewach, ten fragment trawy, stanowił dla nas wycięty kawałek z zupełnie innego świata. Dzień za dniem upływał w kolorach lata, a to, zdało się być bardziej wyjątkowe niż mogłam początkowo przypuszczać. Wspominałam już, że moje życie przez ostatni czas, było kompletnie zaskakujące?

* Chodzi o okres, gdy Cosette była jedynie służącą na łasce Thenardierów.
** Dochodzi tu do gry znaczeń, gdyż imię Lysander symbolizuje wolność człowieka, wyzwoliciela.

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział drugi

     Przeszukiwałam szafy w domu, przeglądałam półki, rozglądałam się po zakamarkach szukając czegokolwiek co mogłoby przywołać chociaż najdrobniejsze wspomnienia. Co prawda lekarz twierdził, że mój stan nie potrwa długo, mimo to chciałam się czegoś o sobie dowiedzieć. Znać osobę, której odbicie w lustrze widzę co dzień rano. Wertowałam kolejny album, wypełniony rodzinnymi zdjęciami. Strona po stronie, przelotnym spojrzeniem obdarzałam napotykane tam twarze. Wcześniej mama opowiadała mi historię związaną z każdym z nich, teraz te opowieści tworzyłam sama, wedle własnego uznania. Próbowałam w pierwszych dniach dopatrzeć się czy aby przed wypadkiem nie prowadziłam czegoś takiego jak pamiętnik. Mógłby mi wiele wyjaśnić, mimo to nie napotkałam we własnym pokoju niczego podobnego. Choć nie wykluczało to jego posiadania. Może był schowany, gdzieś. No właśnie, tylko gdzie? Pozostało mi więc wertowanie internetowej korespondencji jaką prowadziłam ze znajomymi. Chociaż i ta nie wnosiła zbyt wiele. Jeśli jakaś rozmowa zawierała niedomówienia, to one wciąż nimi pozostawały. Posiadałam tylko wiedzę ogólną, składającą się z informacji, które miałam od innych. A co ze mną samą? Jaki ja miałam pogląd na to wszystko? Co myślałam, co czułam?
Z westchnieniem odłożyłam na bok przeglądany zbiór fotografii opadając bezwładnie na łóżko.
     - To na nic - jęknęłam sama do siebie przykładając do czoła wierzch otwartej dłoni.
Zatopiłam spojrzenie w jednolitej barwie sufitu, która zdała mi się być równie pusta co moja głowa. Chwilę później, kątem oka zerknęłam na czarny futerał stojący przy ścianie. Wciąż nie zdobyłam się na odwagę by sięgnąć po jego zawartość. Pokładałam w niej zdecydowanie zbyt wiele nadziei, które chciałam trzymać przy życiu jak najdłużej się dało.
   Mijał tydzień za tygodniem. Uczęszczałam do terapeuty. Nie miałam problemów z zapamiętywaniem bieżących informacji na zajęciach indywidualnych, więc pomimo utraconej wiedzy, udawało mi się ją stopniowo odbudowywać. Na tyle, aby nie powtarzać roku. Z racji, że w szkole i tak pojawiałam się by spotykać ze znajomymi, zaproponowano w końcu żebym w niedługim czasie przeniosła lekcje do placówki. Podobno przed całym wydarzeniem nie należałam do osób szczególnie lubianych, od tamtej pory jednak nie spotkałam się z żadną zaczepką względem mnie. Przeciwnie, w moim towarzystwie zapadało dziwne milczenie, widziałam u niektórych zakłopotanie z tym związane. Niewiele z nich miało pojęcie o amnezji, zatem takie wrażenie musiała wywołać na nich śpiączka. Starałam się zachowywać normalnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Wrócić do porządku dziennego i płynąć wraz z czasem tak, aby już nic więcej z niego nie przelało mi się między palcami. Przecież jeśli nie dziś, moja pamięć wróci? Taką miałam nadzieję, choć oczekiwanie czegoś nie określonego terminem było frustrujące. Zwłaszcza, że tak naprawdę wiedziałam iż to się nienaturalnie przedłuża.

     Zatopieni w lekturze siedzieliśmy w niewielkiej kawiarni znajdującej się przy szkole. To znaczy ja, Sophie, Tomiko, Naoki, Karine i Peter. Uczyliśmy się do sprawdzianów, zabawne taka mieszanina ludzi z różnych klas, mimo to trzymaliśmy się razem. Dodatkowym plusem było, że wymieniali się między sobą zagadnieniami, jeśli któreś pisało coś we wcześniejszym terminie. Upiłam łyk ciepłej herbaty z cytryną, odrywając się od tekstu książki na widok Peter'a, który ślepo torując kawałkowi ciasta drogę do ust, upuścił je na kartki. Mimowolnie zachichotałam napotykając zaraz na jego spojrzenie.
     - Cholera - zaklął cicho, podnosząc przedmiot konsumpcji i tym razem trafnym ruchem ręki wrzucił go w docelowe miejsce - Nie śmiej się. Kto ostatnio pośliznął się na posadzce centrum handlowego wywracając ze sobą manekina? - uniósł jedną brew wykrzywiając usta w rozbawieniu.
Karine i Naoki jak na zawołanie wybuchnęli wręcz nieprzyzwoitym śmiechem. Zauważyłam, że Sophie podpiera dłonią usta, tłumiąc własną reakcję. Starając sobie wyobrazić podobne zdarzenie, zawtórowałam im w odpowiedzi tym samym.
     - Nie moja wina, że podłoga była śliska - nadęłam zaraz policzki w charakterystyczny sposób.
     - Mei... - przyjaciółka uspokoiła drżący głos - Ty podarłaś wtedy sukienkę, która na nim wisiała. Dobrze, że sprzedawczyni nic nie zauważyła!
W kącikach oczu zamigotały jej łzy, zaraz jednak pohamowała się patrząc na mnie kompletnie odmiennym wyrazem twarzy. Jako jedyna w towarzystwie znała prawdę i wiedziała, że udaję. Choć moja niewiedza, nie zawsze była tak łatwa do ukrycia. Tym sposobem, przyzwyczaiłam innych do mojej małomówności.
     - A pamiętacie jak Tomiko rozlała kompot na stołówce? - Sophie zerknęła teraz na siedzącą po jej prawej stronie dziewczynę - Ponieważ zapatrzyła się na nauczyciela biologii?
     - Przestańcie... - jęknęła przeciągle starając się nie śmiać z opowieści równie głośno co reszta.
Schowała na moment twarz, za trzymanym w dłoniach podręcznikiem.
     - Tak, to było zabawne, ale mamy się uczyć! Pamiętacie? - westchnęła widząc po sobie niezadowolone spojrzenia - Przez was nie mogę się skupić, zawalę ten sprawdzian - zwinęła papierową serwetkę w kulkę i rzuciła nią w Peter'a - To wszystko twoja wina, zacząłeś - zachichotała wesoło.
Uczestniczyłam w każdym z tych zdarzeń, a mimo to nawet wysilając się, w głowie nic mi nie świtało. Im bardziej się na czymś skupiałam tym bardziej czułam się tym zmęczona co owocowało migreną. Może łatwiejszym wyjściem byłoby uświadomienie ich wszystkich, ale nie chciałam by każdy opowiadał mi historie mojego życia, wszystko tłumaczył. Wystarczyło, że angażowałam już do tego Sophie. Czułabym się we wszystkim jeszcze bardziej zagubiona zdając sobie sprawę, że każdy wie o mnie więcej niż ja sama. Chciałam stanąć na nogi o własnych siłach, na tyle ile było to możliwe.

     Przejrzyste niebo pozwalało by słońce przebijało się przez szyby pokoju, budząc nawet w sobotni poranek. Leniwie wstałam z łóżka pocierając ospałe powieki. Chwiejnym krokiem doszłam do okna zaciągając na nie zasłonkę, by choć trochę odciąć się od nadmiaru światła. Zerkając jeszcze na zegarek i dopuszczając do świadomości, że jest dopiero 8 rano zakopałam się na ponów w pościeli. Przymknęłam oczy starając się usnąć, jednak kilka chwil potem przez moją głowę przemknęło wspomnienie snu. Obrazy z nocy zwykle były po przebudzeniu bardzo niewyraźne. Tym razem udało mi się wyłapać ich fragmenty, które zajęły moje myśli odrywając od zamiaru dalszego odpoczynku. Zdegustowana, kręcąc się przez dłuższy czas z boku na bok, przeniosłam się ostatecznie do pozycji siedzącej. Choć wspomnienia mogły wrócić w każdej chwili, nie skupiałam się już wyłącznie na nich. Ten defekt miał minąć w tydzień, następny, w końcu kilka tygodni, które stały się miesiącami. Co prawda to zbyt krótki okres czasu, aby porzucić nadzieje, ale dostateczny by starać się jakoś funkcjonować. Uchyliłam zasłonięte chwilę temu okno, wpuszczając do pokoju świeże powietrze. Wraz z nim, dotarł również śpiew ptaków. Uśmiechnęłam się pod nosem, wiosna zdecydowanie wpływała na pozytywny nastrój. Letni prysznic do końca mnie rozbudził, a aromat świeżo parzonej, owocowej herbaty wypełnił kuchnię. Delektowałam się jej smakiem czekając aż reszta domowników dołączy do świata żywych. Słysząc niewyraźny głos taty, umyśliłam sobie, że zajrzę się z nimi przywitać i skoro to ja wstałam jako pierwsza, zaproponuję zrobienie śniadania. Tosty, jajecznica? Może kanapki ze świeżymi warzywami? Ostatni pomysł zdał mi się nadzwyczaj kuszący, co zaowocowało burczeniem w brzuchu. Uniosłam już dłoń by zapukać, gdy powstrzymał mnie od tego cichy, kobiecy szloch.
     - Helen... nie płacz - mężczyzna starał się ją uspokoić.
Mimo, że po tych słowach nastała chwila ciszy, zdawało mi się, że to niekoniecznie poprzez spełnienie wypowiedzianej prośby.
     - Wiesz, że... - drżący głos łamał się co kilka kolejnych słów - Ani razu od tamtej pory... nie zwróciła się do mnie... "mamo"?
Kolejny szloch, stłumiony. Zupełnie jakby przysłoniła sobie dłonią usta. I kolejna cisza. Czy w porządku było, że słyszałam to zdarzenie? Cały mój optymizm w jednym momencie zgasł, a dłoń, która zawisła w powietrzu, sunęła teraz palcami, bezdźwięcznie, po stojących murem między nami, drzwiach.
     - Poradzimy sobie z tym razem, zobaczysz.
Ostatnie słowa ojca usłyszałam już oddalając się od pokoju. Śniadanie przygotowałam zatem bez pytania o opinię i chodź zrobiłam umyślone wcześniej kanapki, nie smakowały tak dobrze jak sobie je wyobrażałam. Nie mam pojęcia czy domyślili się, że cokolwiek słyszałam, ale nie chowałam się by zachować pozory. Poza tym, miała rację. Chociaż miałam świadomość, że jestem ich córką, budząc się z brakiem pamięci, stali się dla mnie obcymi ludźmi. Oni. Wszyscy znajomi. Każdy kogo znałam przedtem, ale wszelkie wspomnienia o nim zniknęły. Robiłam co w mojej mocy, starałam się je odzyskać, starałam się to wszystko poukładać, funkcjonować w tym niewidzialnym bałaganie. Co więcej mogłam zrobić? Przepraszam, mamo. Tamtego dnia bardzo długo myślałam...

     Zajęcia dobiegły końca, a znajomi po namowach dali mi odetchnąć pozostawiając samą. Chyba myśleli, że odwieszenie Risy i jej powrót do szkoły wpłynął jakoś na moją osobę. Tak, Risa akurat dziś pojawiła się na zajęciach. Chodziłyśmy do jednej klasy, wiec nie sposób było tego nie zauważyć. Mijałyśmy się kilkakroć, ale zdaje się, że unikała jakiegokolwiek kontaktu, nawet wzrokowego. Wcześniej zastanawiało mnie jak będzie wyglądała nasza relacja kiedy się zobaczymy, czy będę czuła do niej jakikolwiek żal, złość? Teraz zeszło to na zupełnie dalszy tor. Wróciła i tyle, nie rozpatrywałam tego zdarzenia pod żadnym kątem. Siedząc pod drzewem, niedaleko szkolnego gmachu, zatopiłam melancholijnie wzrok w falującą na wietrze trawę. Zielone źdźbła uginały się swobodnie, tańcząc zgodnie z wyznaczonym przez niego tempem. Połyskujący, srebrny ekspres przesunął się zaraz, ukazując zawartość pokrowca, który przez miesiące jedynie zdobił mój pokój. Oswobodziłam z niego skrzypce, przypatrując się im przez ułamki kolejnych sekund. Nie miałam nawet pewności, czy będę wiedziała jak je trzymać.
     - Wciąż na nich grasz?
Cień nastolatki zamajaczył obok mojej osoby. Nie odwróciłam się, ponieważ nie musiałam się upewniać do kogo należał. Jeden dzień styczności z nią pozwolił mi sobie przyswoić jej głos.
     - Nie wiem - wzruszyłam ramionami.
Nie bardzo wiedziałam w jaki inny sposób mogłabym na to pytanie odpowiedzieć.
     - Więc... - zawahała się przez moment - To prawda?
Barwa głosu Risy była pozbawiona emocji. Jak na osobę pałającą do mnie nienawiścią, była z niej niezwykle wyprana.
     - Prawda, że - kontynuowała - straciłaś pamięć?
Podniosłam się, otrzepując spódnicę, którą zaraz podobnie jak trawę, potargał przyjemny wiatr. Uniosłam lekko twarz i zamykając oczy, wzięłam głęboki wdech podczas którego ułożyłam instrument w zdaje mi się, odpowiedniej pozycji. Przeciągnęłam po nim jego drugim elementem, wydając niepewny dźwięk. A za nim kolejny, i kolejny. Tworząc z nich znajomą mi melodię, którą posiadałam na liście swojego odtwarzacza. Było tam dużo utworów komponowanych na skrzypcach i choć ten nie chodził mi po głowie w szczególny sposób, samoistnie odtworzył się jako pierwszy. Ciągnęłam grę nie otwierając oczu, ponieważ tym razem bałam się, że to jedynie sen, który zniknie wraz z zastąpieniem go przez obraz rzeczywistości. Poczułam jedynie jak pod zaciśniętymi powiekami, coraz bardziej zaczynają moknąć policzki.
     - Tak się cieszę... - nieznacznie opuszczając w końcu instrument, odwróciłam się do dziewczyny - że chociaż to pamiętam.
Przytuliłam go do piersi, pozwalając by kolejne łzy spływały po mojej twarzy. Nawet nie zauważyłam, gdy oczy Risy zaszkliły się, poddając ją tej samej reakcji.
     - Przepraszam... Tak bardzo jest mi przykro.
Wybełkotała z trudem, zanosząc się płaczem. W milczeniu, obie pozwoliłyśmy dać płynąć wszelkim naszym emocjom.
     Z jaką uciechą wpadłam wtedy do domu by obwieścić, że w mojej pamięci zakodowała się zdolność do gry. Przekroczyłam pospiesznie próg domu i odnajdując w nim rodziców, stanęłam przed nimi, nie zwracając uwagi na odcień czerwieni własnych oczu ani cokolwiek innego.
     - Mamo.
W szczególności zwróciłam się do kobiety, starając się nadrobić to czego jej brakowało w moim zachowaniu.
     - Sprawdziłam, wciąż potrafię... - przybrałam stanowczy ton - Chcę wrócić na lekcje.

     Wróciłam. Z nadzieją, że może to będzie bodźcem, który stopniowo przywróci wszystko inne. Chciałam wykorzystać każdą możliwość żeby osoba z lustra pozwoliła mi do siebie dotrzeć. Chciałam przywrócić rodzinie tego, kogo stracili. Chciałam przestać czuć się tak obco, nie tylko wśród innych, ale nawet we własnym towarzystwie. Chciałam przestać czuć pustkę. Grałam zatem, wyczekując także momentu w którym wydarzy się coś więcej. Momentu w ciągu dnia, gdy to miejsce, ten przedmiot, powiedzą mi coś więcej niż tylko tyle, ile o nich wiedziałam od powrotu ze szpitala. Starałam się jak mogłam, wierząc ile sił. Jednak ta siła zmniejszała się wraz z ponawiającym oczekiwaniem. Z wolna dawała zastępować irytacji, wycieńczeniu i rozżaleniu. Pogrążając się w gonitwie za wspomnieniami, coraz mniej czasu spędzałam ze znajomymi, którzy powoli zaczynali chyba przyzwyczajać się do zmian jakie we mnie zaszły. Byłam coraz bardziej małomówna, a myślę, że i Sophie powoli zaczynała być zmęczona służeniem mi jako informator. Ta osoba w lustrze, drobna, jasnej karnacji siedemnastolatka. O długich, kasztanowych włosach, układających się w fale i intensywnie zielonym spojrzeniu. Wciąż nią byłam. Zapewne w mowie, gestach, zachowaniu, uczuciach mi towarzyszących. Mimo to, nie mogłam jej w pełni poznać, dosięgnąć. Mieszkałam w jej pokoju, żyłam jej życiem, ale nie potrafiłam znaleźć klucza do samego serca. Przyglądałam się apatycznie własnemu odbiciu, przeczesując palcami skręcone kosmyki, sunąc opuszkami po gładkiej w dotyku cerze, różowych ustach. Nim się zorientowałam, blat znajdującego się przed lustrem mebla, przyozdobiły słone krople. Wraz z każdą następną, obraz przed moimi oczyma rozmazywał się coraz bardziej, aż zniknął całkowicie. Nie mogę nic z tym zrobić, nie wytrzymam tego dłużej. Osunęłam się na kolana nie mogąc ustać o własnych siłach, po czym opadłam na podłogę, oddając się histerycznemu płaczu.

     Zeszłego dnia naoglądałam się filmów kostiumowych, co zaowocowało snem o pięknie zdobionej sali bankietowej, damach przywdzianych w kreacje rodem z epoki wiktoriańskiej i panach ubranych w tym samym tonie. Kobiety miały na twarzy nadające im tajemniczości maski. Z fascynacji tą modą, która całkowicie mnie urzekła, i z tego co wiem, urzekała już dawniej, szukałam lokalnych sklepów zaopatrzonych w ubrania nawiązujące do tego stylu. Miałam ochotę zaopatrzyć szafę w jakieś nowości, odświeżyć wszystko. Potrzebowałam zmian. Nie sądzicie, że ten rodzaj ciuchów pasowałby do dziewczyny ze skrzypcami? Marzyła mi się w tym momencie długa, rozkloszowana suknia, z licznymi zdobieniami, podkreślająca talię gorsetowym wiązaniem. Skoro nie posiadałam niczego podobnego, a lubowałam się od dawna w modzie pochodzącej z owego wieku, ucieszyłabym takim zakupem nie tylko mnie z teraz, ale i tą dawną. Spisując na kartce adresy, przeszłam do poszukiwań jeszcze jednej rzeczy. Widząc taką nieznajomą, jakie imię byście jej nadali? Zmrużyłam oczy przewijając stronę w dół, gdy zatrzymałam się przy propozycjach na literę "c".
     - Cosette - przeczytałam na głos, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze - Brzmi ślicznie.
Otworzyłam szufladę wygrzebując z jej zawartości kopertę, która mieściła w sobie sporą sumę pieniędzy. Nie mam pojęcia na co je odkładałam, ale teraz chyba i tak nie miało to większego znaczenia. Najwyżej później będę biła się co sił w czoło. Z resztą, wątpię abym żałowała spożytkowania je na to, co miałam w zamiarze. Przerzuciłam przez ramie, na ukos torebkę i wyszłam z pokoju schodząc na dół.
     - Znalazłam to w swoich rzeczach - pokazałam pokaźny plik pieniędzy rodzicom - Chciałam z nich skorzystać, ale nie sądzę, żeby dobrym było zrobienie tego bez waszej zgody.
Zdaje mi się, że nawet ich zaskoczyło to, iż je posiadam. Mężczyzna przeliczył dokładnie sumę mrugając z niedowierzaniem. Po chwili dezorientacji, mama zerknęła na tatę porozumiewawczym spojrzeniem, dając mi również przyzwolenie.
     - Nie wydam wszystkiego - przyłożyłam otwartą dłoń do mostka, odbierając swoją własność.
     Obeszłam wyznaczone przez siebie sklepy, odnajdując w nich bez problemu rzeczy, które wpadły mi w oko. Postanowiłam zahaczyć również o fryzjera by odświeżyć swój wygląd. Ostatnim celem był optyk. Trzymając w dłoniach nabyte tam, niewielkie pudełeczko, wyjęłam z niego zawartość. Soczewki zaraz znalazły się w moim użytku, zmieniając kolor tęczówek na fiolet. Mijając jedną z witryn, przyjrzałam się przez moment własnemu odbiciu i białym teraz jak śnieg, prostym włosom. Nie wyglądałam już jak tamta Mei, chciałam zacząć być sobą. Zatem, Witaj, Cosette.

Rozdział pierwszy

Pewien czas temu postanowiłam po raz drugi zabrać się za pisanie w tematyce Słodko Flirtowej. Na pierwszy ogień poszedł fanfick o Natanielu i Mei, który możecie tutaj znaleźć, choć obecnie go nie kontynuuję. Tym razem główną bohaterkę zapragnęłam sparować z Lysandrem. Inna historia, acz wciąż nawiązująca do tematyki pamięci. Planowo postanowiłam uczynić je zdecydowanie krótszym niż poprzednie. Zamierzam je zamknąć w okolicy pięciu rozdziałów, jeśli dobrnie do końca. Dotychczas publikowałam je na forum, mając jednak sporą przerwę odkąd dodałam ostatni z nich, postanowiłam je przenieść na blog, by nawet znikając stamtąd pozostało dostępne dla innych chętnych czytelników. Tak więc, zapraszam do lektury~!
     Znacie to uczucie? Wpatrzone oczy, cichy śmiech, szepty, które od czasu do czasu były na tyle głośne by móc usłyszeć jak ludzie względem siebie potrafią być okrutni. Nie należałam nigdy do osób, które szczególnie przejmowały się opinią innych. Potrafiłam bronić swoich racji, chociaż zwykle by szczędzić sobie nerwów, po prostu ignorowałam takie zaczepki. Nie widziałam głębszego sensu by wdawać się w dyskusje z osobami mającymi rozbieżny do tego stopnia, względem mojego, system wartości. Byłam inna. Nie wyróżniałam się z tłumu w sposób szczególny, ale nie wliczałam się w krąg roztrzepanych, rozgadanych, kompletnie zadufanych w sobie nastolatek. Kolejnym mankamentem mojej osoby było to, że gram na skrzypcach. I tu problem, skąd ja się urwałam? Tak naprawdę miało to dla mnie dwojakie znaczenie. Grałam od najmłodszych lat bo lubiłam, od zawsze miałam sentyment do melancholii ich dźwięku. Grałam także, ponieważ mój przyjaciel z dzieciństwa to sobie ukochał. Dodawał mi motywacji, robiłam to więc i dla niego. Naprawdę nie rozumiem takiej powierzchowności. Trzymałam się na uboczu z tymi, którzy bardziej pasowali do mojego świata. W dużych miastach, rywalizacji między sobą i egoizmu jest znacznie więcej. Przeprowadziłam się tu cztery lata temu, zdążyłam zatem już zaakceptować tą rzeczywistość.
     Z dezaprobatą zmrużyłam oczy, gdy po raz kolejny papierowa kulka trafiła mnie w ramie. Na litość, jesteśmy w liceum. Jak długo można się tak dziecinnie zachowywać? Odruchowym ruchem nogi wmiotłam ją pod ławkę. Kiedyś już tym sposobem zostałam zaprzęgnięta do sprzątania sali po zajęciach. W dodatku, w towarzystwie osoby, która sama bałaganu narobiła. Nie miałam ochoty tego powtarzać, tym bardziej, że na przerwę zarezerwowałam sobie dyskusję z przyjaciółką. Dziś mam też zajęcia z gry więc nie mogłam poświęcić jej czasu po zajęciach. Wychodząc z sali zlustrowałam bałagan panujący na korytarzach. Porozstawiany po kątach sprzęt, stoły, krzesła. Zbliżała się wigilia szkolna. Co prawda pozostał do niej jeszcze niemal miesiąc, ale przygotowania rozpoczynano zawsze dużo wcześniej. Tak czy siak, wizja zbliżających się świąt owocowała dobrym nastrojem. Miały swój magiczny klimat. Śnieg, choinka, prezenty, błyszczące ozdoby w witrynach sklepów. Uśmiechnięta na tę myśl, skierowałam pospiesznie kroki po schodach.
     - Mei! Zatrzymaj się.
Dziewczyna przystając stopień nade mną, niemal cisnęła we mnie, niesioną przez siebie kartkę papieru. Odbierając ją od niej, wbiłam wzrok w pismo.
     - Pilnuj swoich spraw sama, a nie każ innym ich załatwiać za ciebie.
Kątem oka dostrzegłam jak krzyżuje dłonie na piersi oczekując pokłonów. Zignorowałam ironiczny ton mówczyni, lustrując ocenioną poprawę sprawdzianu.
     - Dziękuję - skwitowałam krótko acz łagodnie.
Prychnęła jedynie, nie ukrywając w spojrzeniu antypatii do mojej osoby.
     - Na twoim miejscu nie biegałabym po schodach mając "to" na sobie. Jeszcze się potkniesz.
Wyminęła mnie gwałtownym ruchem, uderzając swoim ramieniem o futerał od skrzypiec. Nie wiem na ile faktycznie chciała spełnienia własnych słów, ale sądzę, że nawet ona nie miała akurat na myśli takiego obrotu sprawy. To był moment. Zachwianie równowagi, ostatecznie dwie torby mnie przeciążyły. Zdążyłam jedynie zmiąć kartkę poprzez chwycenie tej, która zawiniła jej bardziej. Jakaś część mojego serca, ponad normę chciała jej chronić. Ponieważ, spotkamy się jeszcze. Prawda? Kilka stopni w dół. Ta ławka i jej kant. Może, gdyby nie przygotowania, wtedy by tam nie stała. Skończyłoby się jedynie poobijaniem. Uderzyłam o nią tyłem głowy. Spod zmrużonych oczu zobaczyłam jak sprawczyni zdarzenia zakrywa dłońmi usta. W pobliżu zrobiło się nadzwyczaj cicho, choć kilka sekund później poczułam ból na tyle silny, że straciłam przytomność.

     Ludzie mówią, że w takich momentach otacza ich całkowita ciemność. Ciemność widzimy zawsze, gdy zamkniemy oczy i gdy nie mamy snów. W pierwszym przypadku nasz umysł jest przytomny dlatego zdajemy sobie z niej sprawę. W drugim zaś, zdaje się ona istnieć, choć nie mamy dowodów. To takie zawieszenie, gdy w głowie nic się nie dzieje. W mojej nic się nie działo bardzo długi czas. Była ta wyimaginowana ciemność, brak jakichkolwiek obrazów. Dopiero później przyszły momenty w których zdawało się, że słyszę szum. Niby głosy, ale tak niewyraźne i odległe iż nie mogłabym ich określić w żaden inny sposób. W końcu poczułam drżenie własnych palców, dotyk gładkiego materiału pod nimi. Zacisnęłam mocniej powieki, a wtedy dookoła rozległ się głośny jak dla mnie, nieprzyjemny dźwięk. Jednocześnie coś koło mnie raptownie zmieniło pozycję. Uchyliłam powolnie oczy, rozmazany świat nabierał w kolejnych sekundach odpowiednich konturów. Jakaś kobieta wpatrując się we mnie popadła w szloch następnie chwytając mnie w ramiona. Nie wiedziałam co się dzieje, ale chciałam ją od siebie odepchnąć, otoczył mnie kompletnie nieznany do tej pory lęk.
     - Proszę mnie zostawić! Kim Pani jest? - słabym głosem wyrzuciłam z siebie dwa zdania.
Ostrożnie zwolniła uścisk patrząc mi teraz prosto w oczy. Miała zmęczony wyraz twarzy, lekko podpuchnięte powieki.
     - Mei, kochanie... dlaczego o to pytasz? Jesteś moją córką.
Mei? Zdezorientowana rozejrzałam się po pomieszczeniu, dostrzegając zaraz popodpinaną do mnie aparaturę. W drzwiach pojawił się przywdziany w biały fartuch mężczyzna uciszając urządzenie. Co się stało?
     - Dlaczego jestem w szpitalu?
Skierowałam pytanie do dwójki znajdujących się w pokoju osób. Niepokój zdaje mi się przemknął nie tylko przez mój głos, ale i po twarzy mężczyzny. Chociaż nie tak głęboki jak u kobiety.

     Byłam w śpiączce około półtora miesiąca. Miałam w szkole wypadek podczas którego spadłam ze schodów i uderzyłam się w głowę. Diagnoza zapadła szybko, cierpię na amnezję wsteczną. Moje wspomnienia zniknęły. Kompletny reset. Nic nie pamiętam, chociaż to podobno chwilowe i z czasem odzyskam pamięć. Mimo to czuję się fatalnie...
     Oparłam głowę o zimną szybę samochodu przez moment obserwując przesuwający się za nią otulony bielą śniegu krajobraz. Ponoć jesteśmy już blisko domu, ale ja nie znam tej drogi. W lusterku przy przednich fotelach odbijały się twarze - mężczyzny, który prowadził i siedzącej obok niego kobiety, która co jakiś czas odwracała się by zaszczycić mnie łagodnym spojrzeniem. Moi rodzice - choć gdyby nikt mi o tym nie powiedział, nie zdawałabym sobie z tego sprawy. Przymknęłam z westchnieniem oczy. Tak naprawdę, nie wiedziałam nawet jak się nazywam. Jednak czy znajomość własnego imienia jest wystarczająca? Kim jestem?
     Zatrzymaliśmy się na podjeździe przed domem w którym mieszkam. Wysiadłam z pojazdu oglądając każdy szczegół tego miejsca z nadzieją, że przypomnę sobie chociaż najdrobniejszą rzecz. Bez skutku. Tata otworzył bagażnik wyciągając z niego torbę, z moimi rzeczami. Oplotłam się dłońmi uzbrojonymi w dwu palczaste rękawiczki pocierając nimi ramiona. Temperatura dawała się we znaki.
     - Chodźmy do środka - mężczyzna z uśmiechem roztrzepał ręką moje włosy - Zrobię nam zaraz kakao.
Zabawnym jest być oprowadzanym po własnym mieszkaniu. Mama poszła ze mną zanieść bagaż, pokazując przy okazji gdzie jest mój pokój czy toaleta w ogóle. W zachowaniu względem mnie poinstruował ich wcześniej lekarz. Myślę, dla nich także musiała być to ciężka sytuacja. Udało mi się jednak na chwilę zostać samej. Przykucnęłam przy torbie wypakowując jej zawartość. Chciałam chociaż trochę się usamodzielnić. Samej dowiedzieć się chociażby co trzymam i w jakiej szafie. W oczy rzucił mi się stojący przy jednym z mebli, czarny futerał. Podniosłam go rozpinając zamek by sprawdzić zawartość.
     - Grałam na skrzypcach?

     Rozsiedliśmy się przy stole popijając wcześniej wspominane przez mojego rodziciela kakao. Ciepły, słodki napój pieścił podniebienie w idealny sposób. Idealny do tej pory roku.
     - Smakuje ci?
Skinęłam głową w odpowiedzi na pytanie taty.
     - Zawsze wolałaś to, które ja robię - zaśmiał się - W wykonaniu mamy podobno jest zbyt mdłe.
     - O, przestań. Robię takie jakie mi smakuje - kobieta naburmuszyła się w żartach - Wasza dwójka ma wypaczone genetycznie kubki smakowe.
Tym razem to ja się zaśmiałam. Chociaż wciąż ciężko było przyswoić sobie fakt, że jesteśmy rodziną. Czułam się troszkę jak osoby, które dowiadują się, że są adoptowane i po latach poszukiwań odnajdują swoich biologicznych rodziców by się z nimi spotkać. Tak wyglądałoby to spotkanie? Chociaż, z drugiej strony, oni mnie znają, to ja nie znam ich. Gadaninę przy stole przerwał dźwięk dzwonka do drzwi.
     - Otworzę - zaoferowała się mama - To pewnie Sophie.
Odprowadziłam ją wzrokiem, gdy odchodziła od stołu. Sophie była moją przyjaciółką z liceum. Podobno, gdy byłam w śpiączce często dzwoniła i wypytywała o mój stan, odwiedziła kilka razy. Kiedy dowiedziała się, że jestem wypisana i wracam do domu, zapowiedziała, że przyjdzie.
     - Będzie dobrze, wie co się wydarzyło - mężczyzna położył swoją dłoń na mojej chcąc dodać mi otuchy.
Kiedy dziewczyna zawitała do zajmowanego przez nas pomieszczenia, na jej twarzy dostrzegłam niepewny uśmiech.
     - Masz ochotę na kakao?
Starałam się oddać tą mimikę najradośniej jak potrafiłam, wstając z krzesełka i podchodząc zaraz do kuchennego blatu.

     - Więc nie wrócisz przez najbliższy czas do szkoły?
Pokręciłam przecząco głową przypatrując się zawodowi jaki sprawiam jej w ten sposób.
     - Będę miała lekcje w domu, muszą sprawdzić najpierw jak ma się moja pamięć i popracować nad nią. Na normalnych zajęciach materiału miałabym znacznie więcej, tak póki co będzie okrojony.
Dziewczyna wygięła usta w podkówkę, dopijając do końca sporządzony przeze mnie napój.
     - Jak ja bez ciebie wytrzymam w tej dziczy?
Uśmiechnęłam się delikatnie na te słowa. Nawet jeśli instynkt samozachowawczy w takiej sytuacji mówi aby być ostrożnym bo nie wiem kim ona jest, czego się po niej spodziewać i na ile ufać, zdaje się, byłyśmy sobie bliskie.
     - To nie potrwa wiecznie. Prędzej czy później wrócę, tym bardziej, że kontakt z ludźmi z otoczenia jest mi niezbędny.
Sophie odstawiła kubeczek i zamrugała kilkakrotnie po czym klasnęła w dłonie.
     - Wiem!
     - Co wiesz? - zdziwiona czekałam na rozwinięcie tematu.
     - Skoro kontakt z ludźmi jest ci niezbędny, może odwiedzisz nas tak po prostu? Rekreacyjnie, żeby posiedzieć. Zaopiekuję się tobą. Zadbam zwłaszcza żeby żadna osoba pokroju Risy się do ciebie nie zbliżyła - zrobiła proszącą minę, niemal jak u szczeniaczka.
O ile jej propozycja wydała mi się całkiem sensowna, samej zależało mi przecież na jak najszybszym powrocie pamięci, tak uwagę przykuła również wzmianka o dziewczynie.
     - Kto to jest Risa? - uniosłam odruchowo jedną brew.
Ewidentnie zbiłam ją tym pytaniem z tropu. Wyglądała jakby powinna na czas ugryźć się w język, a powiedziała o kilka słów za dużo.
     - Oh. Ile wiesz o swoim wypadku? - zapytała z wahaniem.
     - Spadłam w szkole ze schodów. Uderzyłam głową o ławkę i tyle.
Dziewczyna skrzywiła się lekko.
     - Tak, to prawda. Nie spadłaś jednak z tych schodów bez powodu, Risa cię zepchnęła. Obecnie zawiesili ją.
Czego jeszcze się dowiem? Rozmowa z przyjaciółką nagle zdała mi się być nadzwyczaj interesująca. Rodzice zapewne nie chcieli dodawać mi kolejnych zmartwień, dlatego zachowali ten fakt dla siebie. Nie wszystko na raz, gdy znalazłam się w takiej sytuacji. Brak pamięci zdawał się tu być dostatecznie dużym problemem. I był. Dzięki ci Riso za reset. Kimkolwiek jesteś. Zironizowałam w myślach.
     - Mei, nie przestraszyłam cię tym? Przyjdziesz mimo to?
Wyrywając się z letargu spojrzałam na Sophie.
     - Tak, myślę, że mimo wszystko nie będą przecież trzymali mnie w zamknięciu.
Wstałam pospiesznie z łóżka kierując się do wcześniej już ciekawiącego mnie instrumentu.
     - Słuchaj - wydobyłam go z futerału pokazując towarzyszce - Czy ja na tym grałam?
Obróciła się w moją stronę unosząc kąciki ust ku górze.
     - Czyli jednak coś pamiętasz? Grałaś! I to jak - rozentuzjazmowała się na dobre.
     - Nie pamiętam, ale skoro je mam...
Widząc moją niepewność wbiła wzrok w przedmiot mojego zainteresowania.
     - Spróbuj!
Machinalnie zaczęłam je pakować na tę reakcję.
     - Nie, nie dziś. Boję się... że tego też nie pamiętam - przytuliłam je to piersi jakby były najdroższą mi rzeczą.