wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział jedenasty

Zmiennym osobnikiem jestem, wiem! Po walce z pisaniem pierwszego rozdziału wspominanego "remake'u" doszłam do wniosku, że tej historii nie da się ścisnąć do tego stopnia. Straci bardzo dużo, tak dużo, że kompletnie nie wiedziałam nawet jak ją poskładać aby miała te same ręce i nogi co uprzednio. I tym sposobem, siadłam by dokończyć jedenasty rozdział. Nieco go skróciłam uznając jego długość za dostateczną, wątki, które miały wylądować jeszcze tutaj, przejdą do następnego. Póki co wena się mnie trzyma także myślę, że historia pójdzie dalej. Najwyżej po jakimś czasie znów zrobię sobie dłuższe wakacje, kopcie mnie wtedy po tyłku co sił~!

***

     - Nazwijmy go jakoś. - drapałam rudego kociaka, wsłuchując się w jego mruczenie.
Ilekroć z Natanielem chodziliśmy dokarmiać miauczących czworonogów, ten zawsze jako pierwszy zjawiał się adorując moją osobę. Nie sposób się było od niego opędzić choć prawdę mówiąc wcale tego nie próbowałam. Pozyskując moją sympatię, uznałam za warunek konieczny wyróżnienie go w tenże sposób.
     - Masz jakieś pomysły?
Blondyn siedział na ławce tuż obok mnie, wpatrywaliśmy się w bezdomne dachowce pałaszujące przekąski, które dzisiaj im przynieśliśmy. Kociaki od czasu naszego pierwszego spotkania, otrzymały w prezencie kilka plastikowych miseczek. Dziś wypełnionych świeżym mlekiem. Naprawdę dbanie o nie sprawiało mi ogromną przyjemność. Złotooki chyba to widział, sam zdawał mi się być bardziej rozpromieniony niż dotychczas. Zamyśliłam się usiłując złożyć dla swojego ulubieńca jakąś sensowną nazwę. Coś wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju. Coś takiego co pasowałoby do niego w nawet najdrobniejszym calu.
     - Może, Na... Na... - dukałam pierwszą sylabę - Mi. Nami! Brzmi trochę orientalnie, Lu by się spodobało.
Klasnęłam w dłonie całkiem zadowolona ze swojego tworu.
     - Nami? - powtórzył lekko rozbawiony, zerkając na imiennika - Ale to żeńskie imię, a on jest samcem.
Westchnęłam rozczarowana, mimo iż byłam świadoma tego faktu. Podparłam głowę na rękach, te zaś na kolanach. Im dłużej myślałam tym bardziej zadawało mi się, że nic sensownego już nie stworzę. Zatopiłam wzrok w zielonych źrenicach dachowca czując jak coraz bardziej się w nich zatracam. Były jak bezkresna głębia, choć przez moment zdało mi się, że może właśnie tam znajdę jakąś podpowiedź.
     - Ty nie masz żadnego pomysłu? - zwróciłam się do chłopaka oczekując na jakiekolwiek wsparcie.
     - To zależy od czego wzięłaś Nami. - pochylił się lekko do przodu wyrównując nasze pozycje.
Ponownie utkwiłam wzrok w zielonych tęczówkach zwierzęcia. Tym razem ich głębia miałam nadzieję ukryję jakiekolwiek intencje związane z owym pomysłem.
     - Przyszło mi na myśl połączenie naszych imion... - zamilkłam na kilka sekund - W końcu sam mnie tu zaprowadziłeś i teraz też jesteśmy razem.
Zaczęłam się zastanawiać czy oczy kota nie zdają mi się być aż tak zielone przez to, że i moje były tej samej barwy. Szybko zdałam sobie sprawę jak bardzo jest to niedorzeczne. Od czasu pierwszej wizyty tu, po każdych zajęciach chodziłam pomagać Natanielowi. Właściwie sam mi to proponował, wiedziałam, że chce mnie odciągnąć od trosk jak najdalej, a ja nie protestowałam. Dzięki temu szybciej się ze wszystkim uwijał i był to układ korzystny dla obu stron. Jemu także nie zawsze się spieszyło z powrotem więc pozostały czas przeznaczaliśmy na wspólną naukę, spacery, a po drodze kupno czegoś do jedzenia i picia. W moim przypadku zazwyczaj były to ciastka czy inne słodkie bułeczki, w jego, przeważnie, gotowe kanapki. Zaglądaliśmy do księgarni, którą niegdyś mi pokazał. Dzięki temu poza rysunkiem, weekendy mogłam wypełnić również jakąś lekturą. No i chodziliśmy też tu, dokarmiać bezdomne stworzonka. Nie powiem żeby innym nie rzuciło się to w oczy, Laurine wciąż snuła przeróżne teorie choć nie obnosiła się z nimi na szerszą publikę. Miałam przecież powód by spędzać z nim czas - pomoc przy pracy głównego gospodarza. Jak dla mnie, było jej zbyt wiele by zajmowała się nią jedna osoba. Raz Melania wtrąciła się, wyznając Natanielowi, że mógł jej powiedzieć jeśli kogoś do tego potrzebował. Bowiem bardziej było to w jej obowiązku skoro pełniła funkcję gospodarza jednej z klas. Udało się ją jednak przekonać, że mi to kompletnie nie przeszkadza bo i tak cierpię na nadmiar czasu i nie miałabym co z nim robić. Tak, wykorzystuję go produktywniej. Nie mogłam jej powiedzieć co było głównym powodem, nawet jeśli nasze zachowanie wyglądało jakbyśmy mieli się ku sobie. Choć w pewnej części faktycznie tak było.
     - Skoro z mojego wzięłaś dwie pierwsze litery, czemu nie zrobiłaś tego samego ze swoim? - spojrzał na mnie zdezorientowany - Name brzmi znacznie lepiej jeśli chodzi o samca.
Dlaczego? Jakoś skracanie mojego imienia wyłącznie do dwóch pierwszych liter nie kojarzyło mi się zbyt dobrze. Zwyczajnie "e" stamtąd wycięłam, teraz na to patrząc, zupełnie zbędnie. Chwyciłam kota na ręce, potem sadzając go sobie na kolanach.
     - Idealne! - uśmiechnęłam się szeroko - Name, takie ładne imię wymyślił Pan. Podoba ci się?
Rudzielec miaukął przeciągle zupełnie jakby rozumiał co się do niego mówi. Kąciki ust złotookiego również powędrowały ku górze.
     - Chyba sądzi, że idealne z nas połączenie. - dokończył.
     Mijał tydzień za tygodniem. Drzewa powolnie zieleniły krajobraz miasta wypuszczając z siebie drobne pączki. Ptaki powoli synchronizowały swój śpiew z dźwiękiem alarmu budzącego ludzi co ranek. Każdy zrzucał wszelkie grube płaszcze i kurtki, nastała wiosna. Pora, gdy wszystko budzi się do życia i to życie tchnie we wszystkich innych. Przynajmniej na mnie tak działała, dawała solidną porcję energii. Wszystko zdawało się prostsze, weselsze, jakby słońce rozświetlało najdrobniejszy cień skryty głęboko w duszy. Stałyśmy z Iris na szkolnym holu pozwalając by wiatr płynący z otwartego okna rozwiewał nam włosy. Uwielbiałam ten świeży zapach. Stałyśmy i czekałyśmy na rozpoczęcie pierwszych zajęć.
     - Dziewczyny, owieje was przecież. Chcecie się na siłę przeziębić? - Violetta podeszła do nas, tym samym odwracając uwagę od uprzedniej czynności.
     - To ciepły wiatr, nie zaszkodzi jeśli nacieszymy się nim tylko przez chwilę... - uśmiechnęłam się odwracając w kierunku fioletowowłosej.
     - Spróbuj, jest naprawdę przyjemnie!
Zaoponowała Iris chwytając ją za nadgarstek, a następnie stawiając tuż przed oknem. Sięgające ramion kosmyki włosów, uniosły się pod wpływem podmuchu. Violetta przymknęła oczy oddając się tej chwili. Mimika jej twarzy zdradziła, że zaczynała podzielać nasze zdanie.
     - Czuję się jakby były wakacje.
Zaśmiałyśmy się z Iris jednocześnie. Do wakacji jeszcze trochę brakowało, choć biorąc pod uwagę to jak szybko czas płynął, te ostatnie miesiące mogły minąć w zastraszającym tempie. Mieszkałam tu już prawie pół roku, w każdym razie jeden semestr nauki był prawie za mną. Pomieścił w sobie masę zdarzeń, przemyśleń, chęci pójścia na przód. Szłam, z pewnym blondynem u boku. I chyba w tym tkwił kolejny powód mojego humoru, choć wciąż w pełni nie dopuszczałam go do myśli. Wszystkie trzy wzięłyśmy głęboki wdech napawając się bijącym w nas ciepłem. Wtedy właśnie urokliwy świat zniknął sprzed moich tęczówek, spowijając się ciemnością.
     - Heeej! Co robicie? - Laurine zaszła nas od tyłu zakrywając dłońmi moje oczy.
Chwyciłam ją za nie lekko, przywracając zaraz widok na otoczenie. Fioletowowłosa zamknęła okno aby nie robić dalszego przeciągu.
     - Zachwycałyśmy się... - Iris zamilkła w pół zdania po odwróceniu się w stronę Lu.
Nie wiedząc co było tego powodem razem z Violettą poczyniłyśmy to samo. Następnie reakcja dziewczyny przeszła także na naszą dwójkę. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie, albo pominęły jakiś istotny szczegół, zdarzenie. Coś co byłoby w stanie na ponów odmienić Lu. Tak, właśnie. Jej wygląd wrócił do pierwotnego stanu. Niczym za dotknięciem magicznej różdżki, cokolwiek nią było. Zlustrowałam ją wzrokiem zatrzymując spojrzenie na oczach. Chciałam odnaleźć w nich jakiekolwiek emocje mogące potwierdzić powód ów zmiany. Zawiedzenie, rozczarowanie, smutek? Zamiast tego zdawała mi się być normalna, spokojna. Jakby nie stało się właśnie nic nadzwyczajnego.
     - Zachwycałyśmy się pogodą. - pospieszyłam z odpowiedzą aby nie przedłużać ciążącej w powietrzu ciszy.
Blondynka zdając się ignorować nasze zaskoczenie odpowiedziała ciepłym uśmiechem.
     - Może poprosimy na wychowawczej żeby wyjść na spacer?
Iris zdawała się nie móc pojąć zmienności koleżanki. Przypatrywała się jej wiedząc, że ta raczej z wyjaśnieniami nie pospieszy skoro nie zrobiła tego do tej pory. Lu, wszystko w porządku? Pytanie zawisło w powietrzu, choć nikt wtedy go z siebie nie wydusił.
     - Zazdroszczę wam, my dziś nie mamy w planie żadnej luźnej lekcji więc nie możemy na nic takiego liczyć. - wtrąciła Violetta
     - Niemniej sądzę, że jest to dobry pomysł.
Zaoponowałam trącając niezauważalnie rudowłosą aby ocknęła się z amoku. Cokolwiek było powodem, wiedziałam, że Laurine opowie wtedy, gdy będzie miała ochotę. Jeśli uśmiech był jedynie maską, ta musiała samoistnie opaść. Szarganie jej na siłę nie było najlepszym wyjściem. Nie oznaczało to jednak, że pozostawię ją samej sobie. Nie zamierzałam popełniać drugi raz tego samego błędu. Istnieją bowiem takie błędy, których nigdy nie będzie dane nam już naprawić...
     Dźwięk dzwonka zasygnalizował rozpoczęcie pierwszych zajęć. Dwie godziny polskiego. Biologia. Matematyka. Ostatnimi czasy starałam się uważać żeby nie mieć z tego przedmiotu więcej zaległości co o dziwo również szło mi zadowalająco. Zbliżał się koniec pierwszej klasy, wypadało zatem popracować nad ocenami. Wiedziałam, że w razie czego mogłabym zwrócić się o pomoc do gospodarza, ale nie lubiłam pokazywać się komukolwiek z tej słabszej strony. Chcąc nie chcąc tym razem nawet wpatrując się w kreślone przez nauczycielkę cyfry na metalowej tablicy nie mogłam się skupić nad ich większym znaczeniem. Zerkałam co rusz na blondynkę siedzącą w ławce przede mną. Ta również postanowiła przyłożyć się do nauki i zdawało się, że w przeciwieństwie do mnie nic nie zakłóca jej uwagi. Poproszona do tablicy poczęła rysować błękitną kredą kolejne znaki. Zawahała się raptem dwa razy, ale bez większej pomocy uporała się z przykładem. Wracając na miejsce uśmiechnęła się do nas pokazując dyskretnie uniesiony kciuk do góry. Skrzyknęłyśmy resztę klasy by godzinę wychowawczą zorganizować na świeżym powietrzu. Przewodniczący zaś bezproblemowo do tego pomysłu nakłonił naszą opiekunkę. Zdawało się, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje, że podświadomie, przesadnie martwię się o koleżankę. Bądź co bądź nie miałam pojęcia czy coś konkretnego się wydarzyło. Laurine na ten czas skrzętnie wymknęła się po raz kolejny pozostawiając po swojej osobie pustkę. Choć nikogo to nie zdziwiło skoro przez ostatnie miesiące takie zachowanie nie było niczym niezwykłym. Blondynka znikała i przesiadywała z Kastielem. Niemniej zastanawiało mnie jak on zareaguje na jej zmianę.
     Zmieniliśmy obuwie i zostawiając torby w szafkach wyszliśmy przed budynek. Stamtąd zaś marszem zawędrowaliśmy na skwer nieopodal placówki. Kilka wolnych ławeczek zajęły zaraz grupki uczniów tłocząc się na nich jakby te, przez większość swojej egzystencji były zasiedlane przez znacznie mniejszą ilość osób niż było im przeznaczone. Część zaś rozsiadła się na trawie rozkoszując promieniami słońca przebijającymi przez skromnie zdobione gałęzie drzew. Iris oparta o pień jednego z nich poczęła zakreślać w podręczniku słówka z francuskiego. Jedyny problem stanowiła ciągła nieobecność niebieskookiej. Ostatecznie sama była pomysłodawczynią tej wyprawy i nie wiedziałam czemu miałaby rezygnować z wyjścia. Wszystko co przychodziło mi do głowy było to, że w ten sposób unikało się sprawdzania obecności.
     - Odpytasz mnie?
Rudowłosa wychyliła się znad książki wyrywając mnie z zamyślenia. Skinęłam głową biorąc ją od niej i lustrując szybko wzrokiem by nadążyć za tym co przerabiała.
     - Podkreślone na czerwono to te, których jeszcze nie umiesz? - spojrzałam na nią chcąc się upewnić.
     - Tak, z nich mnie pytaj bo właśnie je staram się zapamiętać.
Niecałe kolejne dwadzieścia pięć minut minęło jak w oka mgnieniu. Dziwnym był fakt, że gdybyśmy pozostali w sali dłużyłyby się one w nieskończoność. Zwykle ostatnie z nich śledziło się dosłownie z zegarkiem w ręku, podążając wzrokiem za przesuwającymi się wskazówkami. Ponownie otoczeni murami szkoły czekaliśmy na następne zajęcia. Sekunda za sekundą zbliżała do dzwonka, ni z jednej, ni z drugiej strony nie widziałam jednak Lu. Od czasu metamorfozy zdarzało jej się czasem opuścić jakieś zajęcia, ale nie historię. To był jej ulubiony przedmiot, wątpiłam więc w nagłą chęć wagarów, gdyby nie była poparta konkretnym powodem.
     - Myślisz, że uciekła?
Iris zdawała mi się być również zatroskana. Sęk w tym, że nie miałam pojęcia co o tym myślę. Najprościej byłoby zapytać u samego źródła.
     - Zadzwońmy do niej, może coś się stało. - zaproponowałam nie mając w tym momencie lepszego pomysłu.
Dziewczyna wyjęła telefon z kieszeni i wybierając odpowiedni numer z listy kontaktów wcisnęła przycisk oznaczony zieloną słuchawką. Przysunęła się bliżej mnie tak abyśmy obie mogły słyszeć rozmowę. Pikanie oczekującego połączenia ponawiało się w aparacie. Nie odebrała.
     - Może zasłabła gdzieś na drodze, albo ktoś ją napadł... - kontynuowała z narastającą obawą w głosie, która i mi jeszcze bardziej zaczęła się udzielać.
Aparat w jej dłoniach za wibrował dwukrotnie. Otworzyła wiadomość. Od: Lu. Treść: "Nie przyjdę na resztę lekcji, źle się czuję więc poszłam do domu. Chyba bierze mnie choróbsko. Gdyby nauczyciele pytali to przekaż im."
     - Iris, gdzie ona mieszka?
     Plusem tej szkoły było to, że łatwo można się z niej wymknąć. Nikt specjalnie nie pilnował, gdy ktoś do niej wchodził czy wychodził niezależnie od tego czy trwały jeszcze lekcje. Trzymając w dłoniach karteczkę z zanotowanym adresem ruszyłam alejką choć niespecjalnie wierzyło mi się aby blondynka wróciła do domu. Nie wyglądała na chorą, nic na to nie wskazywało. Czułam jednak przez skórę, że coś się działo. Wszystko zdało mi się jasne. Lu z nim szczerze porozmawiała, dostała kosza, załamała się i chce zostać sama. Źle ulokowane uczucia, rozczarowanie, złamane serce i... ta rozpacz. Nieodparcie przypominały mi sytuację sprzed lat. Wspomnienia wciąż mnie zaślepiały. Laurine nie była Cannie, ale to ją w takich momentach miałam przed oczyma. To, że mimo iż była mi najbliższą osobą, nie byłam w stanie jej pomóc. W tym jednym momencie nie było mnie przy niej, a gdybym była... być może wszystko inaczej by się potoczyło. Jeżeli Kastiel zabawił się jej kosztem, zranił ją w jakikolwiek sposób... Nie wiedzieć czemu przeszłość bezustannie deptała mi po piętach. Nie dawała o sobie zapomnieć budując kolejne odbicia w przyszłości. Chciałam zamknąć tamten rozdział, iść do przodu. Jak jednak mogłam skoro wszystko zataczało krąg? Rodzice, Colin, Laurine. Co miało być następne? Nie chciałam aby była sama. Wiedziałam jak straszna jest samotność. Mimo wszystko, ludzie widząc czyjeś problemy woleli się odsuwać, nie utożsamiać z nimi. Są one jedynie zbędnym balastem, przecież ich nie dotyczą. Ja byłam w tej kwestii zupełnie inna. Przyspieszyłam kroku zmierzając w bliżej nieokreślonym kierunku. Nigdy dotąd nie byłam u Laurine, prawdę mówiąc nawet do końca nie wiedziałam jak dotrzeć pod wskazany adres, coś jednak parło mnie przed siebie. Swego rodzaju szept podświadomości. Minęłam kolejną przecznicę rozglądając się raz za razem w nadziei zauważenia gdziekolwiek znajomej. Dotarłam w końcu do kolejnego skwerku zerkając ku wybudowanemu na nim niewielkiemu placu zabaw. Para huśtawek, karuzela... Przeniosłam ponownie wzrok na huśtawki jednocześnie przystając w miejscu. Zamajaczyła na niej sylwetka zdająca się pasować do zaginionej. Skręciłam zmierzając teraz w jej kierunku z zamiarem upewnienia się. Będąc dostatecznie blisko rozpoznałam dzisiejszy ubiór dziewczyny, torbę i jej długie, jasne włosy. Odpychała się lekko nogami od ziemi wprawiając w wahadłowy ruch zabawkę, głowę zaś miała opartą o jeden z prętów. Siedziała tyłem toteż nie widziała jak maszerowałam ku niej. Intuicja odnośnie stanu zdrowia najwyraźniej mnie nie zwodziła. Przystając parę kroków za nią, chwyciłam poręcze huśtawki pchając je z większą siłą do przodu. Lu natychmiastowo wyrwana z zamyślenia omal z niej nie zeskoczyła.
     - Wybacz, ale nie wyglądałaś mi za specjalnie na chorą.
Wytłumaczyłam, gdy spoczęło na mnie spojrzenie niebieskookiej. Położyła dłoń na swojej bluzce w okolicach serca i odetchnęła cicho.
     - Mei, prawie dostałam zawału... - obróciła się bokiem tak aby móc na mnie patrzeć - Co tutaj robisz? - zaskoczenie wymalowało się w jej głosie.
     - Martwiłam się głupolu... Nie tylko ja z resztą. - oparłam się o barierkę obok niej zaraz kontynuując wywód - Proponujesz wyjście na dwór podczas zajęć z naszą wychowawczynią i ostatecznie z nich znikasz. Poza tym twój wygląd... Co się stało? Wszystkich chyba już zdołałaś przekonać do zmiany stylu, a tu nagle puff...! - pstryknęłam palcami w charakterystyczny sposób.
Blondynka ponownie przytknęła głowę do jednej z poręczy wzdychając cicho.
     - To nic takiego, przecież dobrze wiemy, że buntowniczka ze mnie żadna. - posłała mi uśmiech - Osiągnęłam to czego chciałam, nie ma sensu dalej grać.
Zaraz, zaraz. Osiągnęła to czego chciała? Skoro tak, czemu siedzi tutaj sama zamiast być na zajęciach? Coś mi tu przestało pasować. Nie wyglądała przynajmniej na tryskającą szczęściem.
     - Wiem jedynie, że chodzi o Kastiela... - zamyśliłam się starając wszystko jakoś poukładać w sensowną całość - Chciałaś zwrócić na siebie jego uwagę, tak? - zapytałam niepewnie bo jednak stwierdzenie, że swoje życie dostosowuje się do kogoś innego wbrew własnych upodobań może urazić.
     - Tak. Znaczy... - zawahała się - I tak, i nie.
W mojej głowie pojawiły się kolejne pytajniki. Albo kiepski był ze mnie detektyw, albo brakowało tu gdzieś istotnej części historii. Laurine widząc moje zdezorientowanie postanowiła choć niepewnie, kontynuować.
     - Wiesz, nie sądzę żeby udawanie kogoś kim się nie jest było najlepszym sposobem na zyskanie czyjejś sympatii. - sprostowała choć wciąż nie dawało mi to dostatecznej ilości informacji - Ja tylko chciałam odegrać się na Amber.
Otworzyłam szerzej oczy, niemniej ta informacja mnie zaskoczyła. Co do tego wszystkiego miała siostra Nataniela? Znaczy, powoli wszystko nabierało jakiegoś kształtu, ale nie zmieniało to faktu, że Laurine żywiła sympatię do czerwonowłosego. Nie kryła się z tym nigdy w specjalny sposób, nie przede mną i Iris. Czemu więc przez te ostatnie tygodnie, ich schadzki stanowiły tajemnicę? Jaki związek miała jej zemsta z tym, że uciekła z zajęć?
     - Na Amber? - powtórzyłam jej ostatnie słowa - Coś ci zrobiła?
Zmarszczyłam lekko brwi na tę myśl. Doskonale wiedziałam jak denerwującą potrafi być osobą. Lu odepchnęła się od ziemi bujając lekko huśtawkę.
     - Przyłapałam ją na próbie rozmowy z Kasem... - uśmiechnęła się wspominając ów zdarzenie - Niespecjalnie miło została potraktowana. Musiałam zareagować, należało się księżniczce pokazać ile warta jest jej korona. Zaczęła się rzucać, że przynajmniej z nim rozmawia i tak tylko się przekomarzali, że nie zdaję sobie z tego sprawy, ale niedługo będzie wyłącznie jej, a na mnie nawet by nie spojrzał. Co najwyżej z politowaniem.
Schowałam twarz w dłoni by ukryć zażenowanie idiotyzmem omawianej przez nas osoby. Gdyby prezentowała sobą trochę inne wartości, może zaczęłaby być inaczej postrzegana. Ta jednak wolała budować swoją drogę do sukcesu, depcząc po innych.
     - W ten sposób sama podsunęła mi pomysł na zemstę. Co bardziej by ją zdenerwowało jeśli nie widok mnie i Kastiela? - uniosła na mnie wzrok - Pożyczyłam od kuzynki kilka ciuszków żeby nie wzbudzać większych podejrzeń. Tak aby wyglądało na to, że w ten sposób chcę mu się przypodobać. I co najważniejsze - ta metoda działała!
Zaśmiałam się cicho. Trzeba było przyznać, że Laurine była uzdolniona w wymyślaniu intryg.
     - Ale... Kastiel się niczego nie domyślił? Nie zainteresował się tą twoją nagłą zmianą? Przecież znaliście się już wcześniej.
Znając jego osobowość pewnie uznałby ją za kolejną idiotkę pokroju Amber i zwyczajnie odprawił z kwitkiem. Co jak co, ale pozerstwa nie lubił.
     - Wiedział o wszystkim od początku. Zaproponowałam mu ten układ. Trochę się opierał, jak to on... bo co z tego będzie miał? Ostatecznie jednak udało się go przekonać. - policzki blondynki zarumieniły się delikatnie - Efekty było widać niemal natychmiast. Pamiętasz jak opowiadałyśmy ci z Iris o balu?
Pokiwałam głową wertując we wspomnieniach to co dokładnie wtedy mówiły. Amber faktycznie ostatnimi czasy zdawała się być skupiona bardziej na Lu. Mi jakby kompletnie odpuściła, dawno już nie słyszałam żadnych wyzwisk, nikt mnie nie popychał ani nie komentował wszystkiego co robiłam. Swego czasu myślałam, że może znajomość z jej bratem dawała mi pewnego rodzaju immunitet, teraz byłam świadoma, że przyczyna leżała gdzie indziej.
     - Dlaczego nam nie wyjaśniłaś od razu? To by naprawdę oszczędziło spekulacji na temat tego, że oszalałaś.
     - Im mniej osób bierze udział w spisku, tym bardziej prawdziwy się on wydaje. - uśmiechnęła się podstępnie zaraz jednak powracając do naturalnej mimiki - Nie chciałam was mieszać bo wbrew pozorom to było trochę wredne. Iris niezbyt rozumie jak to jest być popychadłem Amber, pewnie chciałaby mnie odwieść od tego pomysłu.
Faktycznie Iris nigdy nie mieszała się w nasze spory z blondynką. Nie to żeby pochwalała jej zachowanie, ale same nie wchodziły sobie w drogę. Traktowały się zupełnie normalnie, a właściwie w większości ignorowały. Zaczęło mnie teraz zastanawiać czy ofiary Amber miały jakąś wspólną cechę.
     - Nawet jeśli, ona także się tobą przejmuje... wiesz, że możesz na nas liczyć. - posłałam jej zatroskane spojrzenie - W każdym razie, nadal nie rozumiem czemu się tu znalazłaś.
Niebieskooka westchnęła cicho przenosząc wzrok na rozpościerający się pod naszymi stopami asfalt.
      - Nie mogę udawać w nieskończoność, trwa to wystarczająco długo. Zwyczajnie się już znudziłam.
      - I... myślisz, że Kastiel nie byłby w stanie polubić cię takiej jaką jesteś naprawdę? - zapytałam czysto retorycznie.
Wiedziałam, że czerwonowłosy ma trudny charakter i ciężko się do niego zbliżyć. Laurine była jednak inna, otwarta. Na swój własny sposób zwariowana. Dziewczyna zatrzymała huśtawkę zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią.
      - Nie myślę. Wiem. - wyraz twarzy Lu wciąż zdawał mi się być zupełnie spokojny - Na przerwie przed wychowawczą rozmawiałam z nim. Wyjaśniłam, że chyba dosyć już tej gry. Nawet wydał się tym rozczarowany. Zapytałam go... czy w takim razie, te nasze spotkania mogłyby przestać być udawane? - wydukała melancholijnie, jakby nie było to niczym ważnym - Powiedział... - odchrząknęła starając się w tym momencie naśladować jego barwę głosu - "Mała, lubię cię, ale rozumiesz... pochodzimy z dwóch różnych światów, nie mogę zaoferować ci zbyt wiele."
Gdzieś w duchu w tamtym momencie Kastiel mnie zaskoczył. Tyle razy widziałam jak chamski i egoistyczny być potrafi, że spodziewałam się po jego osobie bardziej ciętej reakcji. Tym czasem on podszedł do tego w dość delikatny jak na niego sposób. Nawet jeśli nie odwzajemniał jej uczuć, nie zachował się jak skończony dupek. Zamknęłam na kilka sekund oczy, opierając się o jedną z barierek czołem, tak jak robiła to parę chwil temu blondwłosa. Pomimo tego, że udawała niewzruszoną, gdzieś w środku niej, coś musiało być prowodyrem chęci wyizolowania się. Otworzyłam powieki lustrując nastolatkę.
      - Jak się czujesz? - wydukałam w końcu nie bardzo wiedząc jak inaczej zapytać o takowy stan rzeczy.
Laurine napotkała swoim wzrokiem na mój. Przeciągające się zamyślenie zastąpiło po krótkiej chwili parsknięcie śmiechem. Zdezorientowałam się.
      - Co jest?
      - Gdybyś tylko widziała swoją minę! - schowała usta pod otwartą dłonią chichocząc mimowolnie - Jakbyś stała na pogrzebie.
Uśmiechnęłam się lekko widząc jej rozbawienie. Może faktycznie przesadzałam, niemniej troska przysłaniała mi racjonalny tok myślenia. Nawet jeżeli w pamięci faktycznie w pewnym sensie jawiło się podobne zdarzenie. Niebieskooka uspokoiła się zaraz, prawdopodobnie w skutek mojej powagi.
      - Chciałam tylko odetchnąć. Przyzwyczaiłam się do jego towarzystwa. - oparła się tyłem głowy o przeciwległe poręcze huśtawki - Poza tym, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że do siebie nie pasujemy. To zauroczenie, a te przemijają.
Wyglądało to tak, jakby w zaistniałej sytuacji ona pocieszała mnie, zamiast ja ją. Niemniej dobrze było upewnić się co do stanu blondynki. Potwierdzić swej podświadomości, że nie mogę z każdej, choć odrobinę podobnej sytuacji robić zwierciadła wspomnień. Mimo to nie zamierzałam zostawiać jej samej. W ciemnościach bowiem, samotność, potrafi ciążyć jak kowadło spychając nas w najgłębsze jej odmęty.
      Wyswabadzając się od dzielących nas metali, objęłam blondynkę za szyję tak jakbym tym sposobem mogła przekazać jak droga jest. Ochronić ją tym gestem od wszelkich rozczarowań, serwowanych nam przez życie. Laurine oddała gest oplatając mnie dłonią, drugą zaś pochwyciłam w locie, wbijając wzrok w zegarek osadzony na drobnym nadgarstku. Następnie puściłam dziewczynę z uścisku.
      - Nie opłaca nam się wracać. - stwierdziłam na widok wskazywanego przez wskazówki czasu.
      - Ja chyba nawet bym nie mogła... rozumiesz. - zakaszlała wymuszenie ciągnąc zaraz też nosem.
Wymieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia unosząc w tej samej chwili kącik ust zupełnie jakbyśmy były lustrzanymi odbiciami. Kiedy się kogoś zna, łatwiej wpaść na to co może danej osobie chodzić po głowie. A może to kobieca synchronizacja? Nasze mózgi przecież różnią się tylko od tych płci przeciwnej. Między sobą, są takie same.
      - Mamy ochotę na gorącą czekoladę? - zapytałam czysto retorycznie.
      Centrum handlowe jest jednym z tych miejsc, do których młodzież często chodzi będąc na wagarach. W tłum łatwo się wmieszać, nawet jeśli spotka się kogoś kogo nie powinno. Poza tym, mają tu restauracje i kawiarnie. Tych drugich szukamy, tu było najbliżej. Bez wkręcania, wolę chodzić w bardziej kameralne miejsca.
      Przeczesałyśmy wzrokiem lokal wypełniony klientami. Można by się dziwić, że mają tu taki ruch pomimo godziny. Dla nas było za późno na lekcje, ale wciąż za wcześnie aby porę dnia określić "godzinami szczytu". Wskazałam w końcu jeden z niewielu wolnych stolików, który zaraz zajęłyśmy, następnie składając zamówienie. Skoro robimy sobie zaległości, niech ich powód będzie chociaż tego wart. Tak, dla czekolady zdecydowanie warto. Oczekując na kelnerkę sięgnęłam po telefon wystukując w miarę szybkimi ruchami wiadomość. Skoro nie zamierzałam wracać, powinnam poinformować o tym Nataniela. Dziś musiał uporać się sam z tym co zostawiała mu na głowie dyrekcja. Przez myśl opornie przemknęło mi, że tą sytuację chętnie wykorzysta Melania jeśli tylko się o jej istnieniu dowie. Sądzę jednak, że na chwilę obecną tutaj bardziej się przydam.
      - Mei, do kogo piszesz? - postawiła pytanie Lu, przypatrując się mojej czynności.
      - Nataniel. Muszę przekazać, że dziś mu nie pomogę. - odparłam nie odrywając wzroku od ekranu.
Spędzałam z nim prawie każdy dzień, nie wzbudzało to już takich sensacji jak na samym początku. Chociaż najwięcej aluzji i tak wciąż wypływało ze strony obecnej towarzyszki.
      - Odwołujesz randkę? - wyciągnęła dłoń wzdłuż stolika, wystukując paznokciami bliżej nieokreślony rytm.
Uniosłam na nią wzrok przekazując jej niemą, jednoznaczną odpowiedź: to nie randka. Po czym machinalnie kliknęłam opcję "wyślij". Kobieta w białej koszuli i ciemnej, obcisłej spódnicy ustawiła przed nami dwie, długie szklanki wypełnione brązowym napojem. Jego wierzchnia warstwa ozdobiona była bitą śmietaną, a ta zaś oprószona kakaową posypką. Dany majestat przebijała fantazyjna słomka torująca nam drogę do czekoladowego raju. Zatopiłam wszelkie zmysły w przedmiocie zainteresowania, obejmując ustami powyginaną rurkę. Następnie wciągając łyk napoju. Blondynka siedząca naprzeciw przysunęła ku sobie swój nabytek, kopiując moją czynność.
      - Wiesz, nie ważne jak to wygląda. Pomimo, że mu pomagam... - zawahałam się moment nie spuszczając wzroku z napoju tak jakby ktoś w każdej chwili mógł go ukraść - Ja go zwyczajnie lubię. Jest naprawdę sympatyczny.
Prawdą było, że najzwyczajniej w świecie się dogadywaliśmy. Ta kwestia była jedyną co do której miałam pewność. Podświadomie unikałam opowiadania o własnych uczuciach, ale skoro Lu dziś to zrobiła, poniekąd byłam jej winna. Zwłaszcza, że na podobne tematy lubiła dyskutować. Nie była co prawda jak Peggy, prowadząca szkolną gazetkę. Poszukująca informacji godnych uwagi depcząc czyjąś prywatność. Ciekawość blondwłosej nie była stosowana do wykorzystywania pozyskanej wiedzy w celach osobistych. Choć spodziewałam się jakiegokolwiek odzewu, mych uszu doszedł jedynie dźwięk bulgoczącej cieczy. Niebieskooka utkwiła we mnie parę tęczówek, wpuszczając przez słomkę powietrze do napoju. Zaśmiałam się niemal bezdźwięcznie, któż z nas kiedyś się tak nie bawił?
      Wędrowałam przedwcześnie ku budynkowi szkoły. Słońce powoli dryfowało nad naszymi głowami zamierzając osiągnąć szczyt, by następnie zniknąć za horyzontem zakreślając na niebie swoją odwieczną podróż. Wczorajsze popołudnie spędzone z Lu nieco mnie uspokoiło, zapełnienie jej czasu zdało mi się nawet skutecznie odciągnąć ją od rozmyślań. Chociaż po sobie tego nie okazywała, wiedziałam, że nawet zdając sobie sprawę z takich oczywistości, ścierając się z nimi potrafiły w jakiś sposób zaboleć. Przeciwności się przyciągają, ponieważ kuszą tym czego nie znamy. Ciekawość ludzka sprawia, że przemy ku temu co stanowi dla nas zagadkę, co jest niedostępne. Jakże wielkim zachwytem można się przepełnić, gdy to co dla każdego jest zamknięte, otwiera się akurat przed nami? Czasem te przeciwności się uzupełniają, scalając jak nierozłączne jin i jang. Czasem zaś kontrastują na tyle, że pole po którym wspólnie mogliby kroczyć, okazuje się nie być tym czego naprawdę pragnęły. Przekracza granice dążeń i oczekiwań. Czerwonowłosy chłopak stał przed szkolnym gmachem odwrócony w moim kierunku, w dłoni trzymał jak zwykle kopcący się używek, który zaraz przytknął do ust, wypełniając dymem płuca po raz ostatni. Podeszłam do niego w momencie, gdy niedopałek lądował na ziemi.
     - Hej Kastiel. - posłałam mu ciepły uśmiech przystając naprzeciw.
Nie miałam w zwyczaju nigdy zaczepiać go pierwsza, jak już mówiłam, odstraszała mnie jego arogancja. Choć dopisywałam mu niemalże litanie negatywnych cech, tym razem zdało mi się dojrzeć drugą stronę chłopaka. Tą mniej rażącą, w końcu nie całe życie był takim Kastielem jakim jest teraz. Mogłam zauważyć iż każdy medal ma dwie strony. Twarz chłopaka zdała się malować w swej mimice zaskoczenie mimo, że wciąż pozostawiała w stanie swojego naturalnego grymasu.
     - Od kiedy szczerzysz się tak na mój widok?
     - Wiesz... - zaczęłam wciąż wpatrując się w czerwonowłosego z tym niezmiennym uśmiechem - Nie jesteś aż takim dupkiem za jakiego cię miałam.
Chyba zbiłam go z tropu bo wydał się zdezorientowany moimi słowami. Nie wiedział przecież co mam na myśli, a ja w najogólniejszy sposób skomplementowałam ni stąd, ni zowąd jego zachowanie. Widniejący u niego grymas tylko bardziej się uwydatnił.
     - Co chcesz przez to powiedzieć? - ton głosu chłopaka stał się wyraźnie szorstki.
Spojrzałam na niego nieco ostudzając swoje rozpromienienie, przybierając naturalniejszego wyrazu, aby zrozumiał, że wcale nie mam ochoty się z niego nabijać ani nic w tym rodzaju.
     - Chodzi o Lu. - wyjaśniłam krótko.
Zostałam ścięta wzrokiem chociaż co bardzo mnie zdziwiło, Kastiel, który starał się dobrze ukrywać emocje, nieco się tym zmieszał. Rozświetlając mu sprawę w głowie, sens tej rozmowy na pewno przybrał szerszego znaczenia, zadowoliło mnie to, gdyż jedynie chciałam się podroczyć, poczuciem humoru iście w jego stylu.
     - Jeśli to miał być komplement, powinnaś popracować nad ich jakością, jeśli chcesz wyrwać jakiegoś faceta. - oparł się dłonią o mur okalający szkolny budynek, jeden z kącików ust ściągnął zaś ku górze.
     - Zapamiętam. - wyciągnęłam dłonie z uniesionymi kciukami, odwzajemniając uśmiech goszczący u mnie po raz kolejny.
Może ten świat, ci ludzie, nie wszyscy byli tacy jakimi mi się widzieli. Może istniały wyjątki i nie raz mnie jeszcze zaskoczy udowadniając, że nie powinnam się bać, że idę naprzód, a to co wydaje mi się błędnym kołem, jest jedynie drogą aby zauważyć różnice panujące w danych schematach. Klepnęłam lekko czerwonowłosego w ramie, wymijając go by dotrzeć w końcu do szkoły. Ten, tuż za mną, poczynił te same kroki.