poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział dziesiąty

Witam i ruszam do was z kolejnym, długo oczekiwanym rozdziałem! Przez pewien czas miałam drobny zastój weny, ale póki co powróciła i pozwoliła mi go dokończyć. To nie tak, że nie mam pomysłów co dalej. Takie rzeczy planuję jeszcze nim zacznę pisać, bardziej chodzi tu o moje lenistwo. Taaak, leń ze mnie okropny, ale nie musicie się martwić, że utknęłam w jakimś martwym punkcie. W każdym razie liczę na wasze opinie, zwłaszcza te krytyczne. Tym razem dedykacja dla Liazety bo nie mogła doczekać się większej ilości Nata ;3!

***

     Weekend minął mi szybko, zapewne przez sobotni wyjazd. Niedzielę zaś spędziłam na odrabianiu lekcji. Teraz był poniedziałek, szósta trzydzieści. Budzik niemiłosiernie brzęczał nad moją głową. Wyjątkowo jednak mi nie przeszkadzał. Od czasu piątkowego wieczoru niespecjalnie miałam ochotę siedzieć w domu mimo, że spotkanie z Margarett poprawiło mi humor. Wszystko miało zacząć obracać się w zupełnie innym kierunku choć przecież to ja zamierzałam się zmieniać, a nie otoczenie.
     Założyłam płaszcz i zarzucając torbę na ramie wyszłam z domu. Tym razem obyło się bez sprintu na zajęcia. Zastanawiałam się jak wyjaśnię dziewczynom zniknięcie z balu. Miałam jednak nadzieję, że bardziej zafascynowane będą opowiadaniem mi swoich przeżyć.
     - Ty!
Palec Laurine niemal przylgnął do mojego nosa.
     - Dlaczego, gdzie i po co byłaś z głównym gospodarzem szkoły podczas trwania imprezy!
Nie spodziewałam się tak bezpośredniego pytania. Nie sądziłam,że zwrócą uwagę na to, że nie ma akurat naszej dwójki. Wiedziałam, że dostrzegą moje zniknięcie, ale Nataniela? Bawili się w detektywa czy co? Uniosłam dłonie w poddającym geście.
     - Źle się poczułam, odprowadził mnie do domu.
     - Doprawdy? - uniosła znacząco brwi - Widziałam was jak... jak... jak... - przedłużała ostatnie słowo świdrując mnie wzrokiem.
Pobladłam, albo mi się zdało. W każdym razie wizja tego, że znacznie większa publiczność była świadkiem jak się rozklejam sprawiała, że czułam się... naga? To chyba dobre określenie. Pokazywałam znacznie więcej niż powinnam, niż chciałam.
     - Szpiegowaliście nas? - podniosłam ton głosu, przynajmniej taki miałam zamiar, ale zamiast tego zapiszczał on lekko zdradzając narastającą we mnie obawę.
     - Laurine, daj spokój. Niczego nie wiedzieliśmy bo za wami nie szliśmy. - policzki rudowłosej zaróżowiły się bardziej niż zwykle.
Odetchnęłam, a właściwie westchnęłam spuszczając wzrok. Zdałam sobie sprawę, że sama w tym momencie dałam im pretekst aby budowały w sobie przeróżne wyobrażenia.
     - A jednak. - Lu pokiwała głową na potwierdzenie tego, że jej przepuszczenia zdają się być słuszne.
     - Wbrew pozorom, to nie jest to co myślicie...
     - Jeśli nie, Melania niepotrzebnie się przejęła. - Iris uśmiechnęła się lekko - Jeśli Mei będzie miała ochotę, sama nam o tym opowie bez podpuszczania.
      - Ja tylko jestem ciekawa jeśli kroi się tutaj jakiś romans. Pamiętasz? Mówiłaś, że tam skąd przyjechałaś nie było interesująco.
Sprostowała blondynka zdając się mimo wszystko być jednak rozczarowana brakiem większych dowodów. Zapominała przy tym jednak, że sama ostatnio jest jednym wielkim skupiskiem tajemnic. Posłałam jej jednoznacznie spojrzenie. Iris wiedziała o co chodzi. Lu prezentowała dziś na sobie kolejny nowy ubiór. Tym razem podarte, czarne rurki, czerwony top i glany. Jak do tej pory nie miała zamiaru wyjaśniać o co w tym wszystkim chodzi. Co prawda domyślałam się, a właściwie przyłapałam ją na gorącym uczynku, ale nie ośmieliła się nas wtajemniczyć w swój misterny plan. Jakkolwiek był on niedorzeczny. Zlustrowałyśmy ją wzrokiem od stóp do głów. Prychnęła splatając ręce na klatce piersiowej.
     - Znowu zamierzacie komentować mój styl?
Rudowłosa skierowała zaraz swój wzrok w głąb holu. Na jej twarz ponownie wtargnął uśmiech. Pomachała ręką. Ku nam zmierzał powolnym krokiem niski szatyn w okularach.
     - Cześć Ken! - rudowłosa spojrzała na Laurine - A co byś powiedziała na męską opinię w tej sprawie? Może to jakoś cię przekona.
Również pomachałam chłopakowi. To zdało mi się nie być głupim pomysłem. Nawet jeśli Ken nie uchodził za najprzystojniejszego, dysponował opinią płci przeciwnej.
     - Dziewczyny mają do ciebie pytanie. - zabrała głos Lu, gdy ten znalazł się już tuż obok nas.
     - Jakie? Coś w kwestii pracy domowej? - podrapał się zakłopotany w tylną część włosów - Jeśli tak... - zmieszał się jeszcze bardziej po czym zwiesił głowę - ... przez tą organizację rocznicy, sam o niej zapomniałem.
     - A-ale one nie o tym. - zamachałam rękoma aby wyprowadzić go z błędu.
Faktem było, że wiele osób prosiło go o podobne rzeczy. Zwyczajnie go wykorzystując, a kiedy on ich poprosiłby o pomoc, jestem pewna, że potraktowany zostałby jak powietrze.
     - Co myślisz o stylu Laurine? - pomysłodawczyni zwiesiła na nim wzrok.
     - Lu?
Szatyn wydał się zaskoczony tymi słowami jednak powędrował oczyma ku blondynce, ta obróciła się wokół własnej osi prezentując swój wygląd.
     - Jest dość buntowniczy, przypomina mi Kastiela. - wypalił po chwili namysłu.
Niebieskooka zatrzymała się momentalnie. Jakby nie patrzeć, trafił w samo sedno.
     - A coś poza tym? - podrapała się wskazującym palcem po policzku - Pasuje do mnie? Widzisz, one się uparły, że wolą mnie w zwykłych ciuchach. Sądzę, że się zwyczajnie nie znają. Bezguścia.
Iris nadęła policzki na to wyznanie. Chłopak ponownie się zmieszał. Właściwie postawiłyśmy go między młotem, a kowadłem.
      - Prawdę mówiąc... sądzę, że w poprzednim ubiorze ci lepiej. Podkreślał twoją urodę. Był delikatny i uroczy. - uśmiechnął się pogodnie z nadzieją, że jej nie urazi.
     - Widzisz, mamy rację! - rudowłosa uniosła głos choć do niej kompletnie to nie pasowało, zdaje się, że ta uwaga naprawdę ją uraziła.
Kentin rozsiadł się pod ścianą korytarza otwierając plecak. Wyjął z niego zeszyty i papierową torebkę kierując ją w naszą stronę.
     - Chcecie ciastka?
Idealne na rozładowanie napięcia, a przynajmniej zmianę tematu. Często je ze sobą przynosił, plusem było to, że mimo iż je tak lubił, umiał się nimi dzielić. A któraż kobieta nie lubi słodkości? Właściwie w ogóle mało znam takich ludzi. Za wyjątkiem Nataniela. Tak, doprawdy był wyjątkowy. Laurine pochyliła się nad torebeczką sprawdzając jej zawartość.
     - Co mamy tym razem? - blondynka wsunęła dłoń do opakowania - Czekoladowe pieguski!
     - Aż dziw, że nadal masz ochotę na słodycze po piątkowym wieczorze... - pokręciła głową rudowłosa odmawiając poczęstunku.
No właśnie, nie było mnie praktycznie na połowie balu i póki co żadna z nich nie podzieliła się wrażeniami, których ja chciałam usilnie uniknąć. Swoją drogą, może gdybym tam została nie byłabym świadkiem tego co widziałam. Mojej matki i tego gościa. Może nie byłabym świadoma tego co dzieje się dookoła i nie popadałabym w histerię przy gospodarzu szkoły. Teraz, gdy o tym myślałam, było to strasznie krępujące. Nie lubiłam pokazywać swoich słabości, zawsze jakaś cząstka mnie była skrzętnie ukryta przed całym światem. Taka cząstka każdego z nas powinna być dobrze strzeżona ponieważ, gdy ktoś ją znał, wiedział o naszym czułym punkcie. Ten czuły punkt miał moc samo destrukcji, potrafił nas zniszczyć. Do tej pory, wgląd w moją duszę miała jedynie Cannie. A teraz, jedno z okien się otworzyło i wtargnął w nią powiew zimnego... nie, ten wiatr był ciepły. Lekki i łagodny. W każdym razie, nie wiem czy mimo wszystko lepiej byłoby żyć w kłamstwie. Widziałam więc wiem, muszę sobie umieć z tym radzić.
     - Tak właściwie, co mnie ominęło? - zagadnęłam by jednak nie oddać się głębszym rozmyśleniom. Poza tym byłam odrobinę ciekawa.
     - Co? To jak wspólnie podpierałyśmy ściany.
     - I atak Amber na twoją osobę... - kontynuowała Iris, zwracając się do niebieskookiej.
     - Dziwne, że ciebie się aż tak nie czepia.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
     - Jakoś nigdy nie wchodziłyśmy sobie w drogę.
     - Czego od ciebie chciała? - zmarszczyłam brwi na samą myśl o "złej" siostrze Nataniela.
Lu powieliła gest koleżanki.
     - Coś abym nie śniła bo i tak żaden mnie nie zechce i...
Zawahała się nad kontynuowaniem. Wyręczyła ją w tym Iris.
     -... i abyś nie próbowała nowym, "śmiesznym" stylem wzbudzić zainteresowania innych.
Na swój sposób Amber miała rację. Nie to aby wypominać jej takie rzeczy, ale przecież o to w tym wszystkim chodziło. Laurine chciała w ten sposób pozyskać sympatię Kastiela. Westchnęłam.
     - Nie ma co zwracać na nią uwagi, jest podła. - stanęłam w obronie blondynki pochłaniającej kolejnego pieguska. Sama też sięgnęłam po jednego z nich.
     - Spokojnie, utarłam jej nosa. Lysander przy tym był i postanowił bronić jak to później określił "mojego honoru". Poprosił mnie do tańca. Żebyś widziała jej minę!
Przybiłyśmy żółwika uśmiechając się triumfalnie. Dziewczyna zaraz kontynuowała.
     - Później Melania pytała nas czy widziałyśmy Nataniela. My jednak zastanawiałyśmy się, gdzie jesteś ty. Wyszła myśl, że uciekliście razem. Poszłyśmy was szukać i Ken nam opowiedział jak wychodziliście ze szkoły. Wszystko stało się jednoznaczne.
     - I resztę wieczoru spędziły u mnie. Przynajmniej miałem miłe towarzystwo. - włączył się chłopak, odrywając na moment od robienia zaległych notatek.
     - Tak, dokładnie. Ken zawsze ratuje wszystkich słodyczami. - zatopiła wzrok w ciastkach - Obiecaj, że niedługo znowu takie kupisz.
     - Chyba nie jestem w stanie.
Uśmiechnął się przepraszająco na co Laurine wygięła usta w podkówkę.
     - Nie mówiłem nikomu, ale... - zawahał się na ułamek sekundy - Wyprowadzam się
Twarz chłopaka nieco pobladła wymawiając te słowa.
     - Dokąd tak nagle? - zaskoczenie wymalowało mi się na twarzy. Z resztą nie tylko mi.
     - Ojciec chce wysłać mnie do szkoły wojskowej.
Cała jego obawa w tym momencie stała mi się zupełnie jasna i uzasadniona.
     - Kiedy? - zapytała Lu.
     - Jutro.
     Kentin wyjeżdża. Lu mnie śledzi. Melania jest zazdrosna. Margarett umówiła mnie z Colinem. Colin ukradł mój numer. Moi rodzice się... zdradzają? Zawiesiłam się. Wciąż ciężko samo to słowo w ich odniesieniu przechodziło mi przez myśli. Podświadomie zwracałam większą uwagę na swoją komórkę. Całe szczęście ta milczała. Każde jej drgnięcie, wibracja sprawiłaby, że zaraz moim oczom mogłaby ukazać się treść od osoby, która nie miała już prawa bytu w moim życiu. Chciałam zamknąć ten rozdział, a zamiast tego doczepiłam do siebie kolejne kartki papieru tej samej księgi. Może jednak przesadzałam? Może jednak dałam radę zniechęcić go na tyle, że się nie odezwie? Odpuści? Lekcje skończyły się piętnaście minut temu. Laurine standardowo gdzieś szybko umknęła, Iris postanowiła uczyć się francuskiego na zbliżający sprawdzian. Nie była najmocniejsza w językach obcych. Ja jednak nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Każdy mięsień pracujący w organizmie podczas spaceru przez hol zatrzymywał mnie jak najdłużej w budynku. Nie chciał wracać do domu. Nie chciał widzieć pustych ścian i poddawać próbie wyobraźnię. Nie to, że nie lubiłam samotności. Przeciwnie. Tylko teraz ona dawała mi niezliczone powody do paranoi. Zanim się obejrzałam stałam pod pokojem gospodarzy. Zatrzymałam dłoń w powietrzu przed naciśnięciem klamki, nie byłam pewna czy to dobry pomysł. Gdzie jednak miałam się podziać? Wiedziałam, że Nataniel zwykle bywa tu do późna. Był też jedyną osobą, świadomą tego co się działo. Jednak mimo to, krępowałam się. Nie miałam pewności czy dam radę spojrzeć mu w oczy. Naprawdę miałam problem z wyrażaniem emocji. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam. Słysząc jego zaproszenie, pociągnęłam klamkę wchodząc do pomieszczenia.
     - Hej. - ściszyłam głos, niepewnie zamykając za sobą drzwi.
Blondyn oderwał wzrok od biurka na którym jak zwykle rozłożone były papiery nieznanej mi treści.
     - Cześć Mei, nadal macie zajęcia?
Pokręciłam lekko głową.
     - Właśnie skończyliśmy, tylko... - wbiłam wzrok w przeglądane przez blondyna dokumenty - Dużo tam tego masz?
Skinęłam głową w odpowiednim kierunku na co chłopak odpowiedział westchnięciem. Zlustrował je wzrokiem i pomasował zaraz dłonią skroń.
     - Mam nadzieję do osiemnastej zdążyć.
     - Osiemnastej? Żartujesz? - podeszłam bliżej biurka zerkając na to co tak pochłaniało jego czas - Czemu zostawiają cię z tym samym? Przecież to nie jest fair...
     - Obowiązek głównego gospodarza.
     - A nie przypadkiem dyrekcji? Bądź co bądź jesteś przecież uczniem tego liceum. - sięgnęłam po jedną z kartek leżących przed blondynem. - To są jakieś rachunki?
     - Rachunki, inna korespondencja... - przejrzał kilka następnych stosów - A także zwolnienia, grafiki zajęć...
Odłożyłam papier spoglądając na niego ze współczuciem.
     - Poniekąd sam się na to zgodziłem.
     - Miałbyś coś przeciw gdybym ci pomogła...?
Złotooki zdał mi się być zdziwiony tą propozycją, ale po chwili na jego usta wtargnął delikatny uśmiech.
     - Nie przeczę, że by się przydała.
Zdjęłam torbę przewieszoną przez ramię i odsunęłam krzesło obok siadając zaraz na nim.
     - Zatem, od czego mam zacząć Panie Prezesie?
Blond włosy chłopak sięgnął po jedną z kupek papierów kładąc przede mną część z nich. Rozłożył je ukazując jakieś rubryczki do uzupełnienia.
     - Ty zajmiesz się zwolnieniami. Popatrz, masz wypisane nazwiska wszystkich osób z nieusprawiedliwionymi godzinami. Tutaj są zwolnienia. - wskazał drugą kupkę kartek - Trzeba sprawdzić kto je oddał i tam zaznaczyć przy nazwisku. Pozwolisz, że rachunkami zajmę się ja.
Sięgnęłam po długopis z kubeczka stojącego na biurku.
     - Nie będę się sprzeciwiała. Wszyscy wiemy, że z matematyki nie jestem najlepsza.
Wytknęłam język wyczuwając w jego słowach aluzję na co ten odpowiedział śmiechem.
     - W każdym razie spadłaś mi z nieba.
     Nie powiem abyśmy uporali się ze wszystkim w mig, ale nie siedzieliśmy tam do wspomnianej osiemnastej. Mimo wszystko nawet tych zwolnień było całkiem sporo. Zaczęłam się zastanawiać ilu tak dokładnie uczniów ma Słodki Amoris? Po wypełnieniu rubryczek, poprosił mnie to samo zrobić z grafikiem zajęć. Dokładniej to czy się odbyły, kiedy i co na niech dana klasa robiła. Nauczyciele często zapominają sami je uzupełnić w dziennikach. Później powstaje bałagan, który spada na ręce Nataniela. Jednak jak stwierdził, sam się na to zgodził. Może siedzenie tu po zajęciach nie było dla niego aż tak wielką karą? Zerknęłam na niego kilkakroć jakbym cokolwiek mogła wyczytać w ten sposób z jego myśli. Blondyn w tym czasie prowadził kolejne obliczenia. Nie zagadywałam go bo nie chciałam żeby przypadkiem się pomylił. Przecież przyszłam tu żeby pomóc, nie przeszkadzać. Wypełnione formularze złożyłam w jedną kupkę i sięgnęłam po teczkę na nie przeznaczoną. Wysunęło się z niej kilka kartek zapełnionych notatkami i jakiś szkic. Szkic, który wylądował zaraz przed moimi oczyma. Trochę pobrudzony, w kilku miejscach lekko naddarty. Nie mogłam uwierzyć, że go widzę. To był przecież mój szkic! Ten, który wyrzuciła Amber. Skąd się tu wziął? Lustrowałam obrazek wzrokiem, wciąż pełna zdziwienia. Nie żeby był jakiś szczególnie udany i piękny, ale nie przepadł co wzbudziło we mnie niemałe zaskoczenie.
     - To nie ta. Musiałem je pomylić, mam taką samą.
Nataniel wysunął szufladę wyjmując z niej drugą, tym razem właściwą teczkę, którą zaraz mi podał tym samym wyrywając z zamyślenia.
     - Niezły jest, prawda?
Zamrugałam kilkakroć nie bardzo wiedząc co mam powiedzieć.
     - Skąd go masz? - spakowałam papiery tak jak miałam to przed chwilą w zamiarze.
     - Znalazłem kilka tygodni temu przed szkołą. Albo ktoś go zgubił, albo wyrzucił. Ktokolwiek to był, ma talent. - posłał mi uśmiech.
Zmieszałam się, to było miłe. I nawet zabawne bo zupełnie nieświadomie w tym momencie prawił mi komplement. Prawdą było, że Nataniel nie miał pojęcia o tym, że rysuję. Właściwie wiedziała o tym tylko Violetta. Nie wliczając Amber i spółki. Zaśmiałam się mimowolnie.
     - Nie uwierzysz...
     - W co takiego? Wiesz kto go narysował?
Złotooki przypatrywał się mi.
     - Tak. - zamilkłam na moment nie wiedząc jak zabrzmi odpowiedź - Ja. - kontynuowałam - I w życiu bym nie pomyślała, że wpadnie akurat w twoje ręce!
Na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie, raczej tego się nie spodziewał. Zupełnie jak ja tego, że kiedykolwiek jeszcze zobaczę ten bazgroł.
     - To musiało być przeznaczenie! - również się zaśmiał po chwili zmieniając ton na normalny - Chcesz go pewnie odzyskać?
Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na rysunek przypominając sobie kiedy go tworzyłam. Pokręciłam przecząco głową.
     - I tak już raz go straciłam. Skoro znalazł się u ciebie to niech tu zostanie.
     - W takim razie mam prośbę.
Posłałam mu pytające spojrzenie.
     - Podpiszesz go dla mnie?
Spełniłam życzenie blondyna stawiając parafkę w prawym dolnym rogu kartki. Następnie zapakowałam zawartość teczki oddając mu ją. Choć prawdę mówiąc trochę krępujące było, że dostał pamiątkę w nie najlepszym jakościowo stanie. Przeznaczenie mówisz? Może faktycznie coś w tym było. Złotooki w niedługim czasie skończył swoją pracę. Zapakował rachunki w koperty, które później miał oddać dyrektorce. Przynajmniej reszta była już na jej głowie. I tak moim zdaniem robił zbyt wiele. Był jak jakiś skarbnik lub coś w tym stylu, mogli mu za to płacić normalne pensje. Ja w tym czasie uporządkowałam biurko odkładając rzeczy do szafek. Ilekroć tu zaglądałam, zdawało mi się, że od wieków zajmowały tylko to miejsce. Jakby blat pierwszy raz ujrzał światło dzienne. Uśmiechnęłam się sama do siebie, na swój sposób podobała mi się ta praca. Może powinnam była dołączyć do grona gospodarzy?
     - Możemy iść. - rzucił zabierając swoje rzeczy - Wybacz, że trwało to aż tyle.
     - Daj spokój, sama zaproponowałam ci pomoc. Poza tym, wiesz, że nawet mi się podoba takie praca?
Przejechałam palcem wzdłuż biurka kierując się do drzwi. Byliśmy prawie jak Prezes i jego Sekretarka.
     - A właśnie... wypadło mi z głowy. - puknął się dłonią w czoło - Miałaś do mnie jakąś sprawę kiedy tu przyszłaś?
Sama też o tym zapomniałam. Przyszłam bez konkretnego celu, chciałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Gdzieś się zaszyć. Jego towarzystwo, a przy okazji pomoc mu była dla mnie dobrym i właściwie jedynym wyjściem. Pomijając fakt, że moje serce miało słabość do Nataniela, zwyczajnie go lubiłam. Nawet jeśli miał kiepskie poczucie humoru, potrafił poprawić nastrój. Poza tym niespodziewanie odnalazłam swoją zgubę. Wyszliśmy z pokoju gospodarzy kierując się holem do szafek.
     - Ja tylko... niespecjalnie mam ochotę wracać do domu. - wpatrywałam się w biegnące przez podłogę linie stawiając kolejne kroki.
Czułam jak chłopak spojrzał na mnie kątem oka. Poruszanie tego tematu nie było dla mnie specjalnie łatwe, ale nie chciałam wymyślać więcej wymówek.
     - Jak się czujesz? - zapytał po krótkiej chwili.
Wzruszyłam lekko ramionami.
     - Nie wiem co o tym myśleć, a nawet gdybym wiedziała i tak nie mam na to wpływu. Wolę ich unikać na tyle ile się da.
W rodzinie zawsze czułam się jak piąte koło u wozu. Jak taki ktoś, kto mimo iż do niej należał, oddzielany był grubą kreską od spraw ich dotyczących. Kusiło mnie aby o tym porozmawiać, zrozumieć. Gdybym tylko mogła, ale nie mogłam.
     - Zazdroszczę tym, którzy mają normalny dom. Taki ciepły, gdzie wszyscy się kochają, szanują i wspierają. - ciągnęłam.
U mnie tego nie było. Przynajmniej od dawna. Ostatnie wspomnienie o nas przypominających całość przypadało na okres, gdy miałam cztery czy pięć lat. Później coś zaczęło pękać, coraz bardziej i bardziej. Oni się kłócili, ja siedziałam sama. Zaczęłam od tego uciekać mając nadzieję, że dzięki temu choć trochę będzie mi łatwiej. Nie będę o tym myślała jak gdyby nic się nie działo. To przypomniało mi sytuację z Cannie. Czy ja od zawsze taka byłam? Uciekałam przed wszystkim co było w stanie mnie zranić?
     - Więc chyba siedzenie ze mną nad papierkową robotą nie było najgorsze. - uśmiechnął się.
Nataniel, jak wiele chowałeś w sobie pod tą maską? Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak dobrze rozumiał to o czym mówiłam. Odwzajemniłam jego gest.
     - Przeciwnie, było najlepszym co mogło mnie spotkać.
Policzki blondyna nabrały intensywniejszego odcieniu różu. Dopiero po tym zrozumiałam jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Zabraliśmy z szafek wierzchnie odzienie opuszczając mury liceum. Wyglądało na to, że nasze drogi w tym momencie się rozejdą. Co prawda nie wiedziałam, gdzie on mieszka, ale na pewno nie było to w pobliżu mojego domu. W przeciwnym razie zdaje się, że częściej na siebie byśmy wpadali.
     - Skoro nie spieszy ci się, myślę, że mógłbym ci coś jeszcze pokazać.
     Przystając bez większego namysłu na propozycję, podreptałam za nim. Gdziekolwiek zamierzał mnie zabrać, było to dla mnie satysfakcjonujące. Akurat koło tej godziny ojciec zwykle wracał do domu, o ile nie zatrzymywało go nic w pracy. Mama powinna być już od godziny. Dochodziła siedemnasta, dzień się wydłużał więc wciąż było widno. Ruszyliśmy w lewo jedną z alejek. Potem skręciliśmy w ulicę główną mijając niewielkie sklepiki, w końcu dochodząc do parku. Początkowo przez myśl przeszło mi, że to on jest celem naszej podróży, ale obeszliśmy go znajdując się zaraz między starymi kamienicami. Nie bardzo wiedziałam po co tam idziemy, zdezorientował mnie. Jedyną odpowiedzią jaką znalazłam w głowie było to, że mieszka tu ktoś z jego znajomych. Zatrzymaliśmy się na deptaku po czym złotooki zdjął torbę z ramienia przeczesując jej zawartość. To była cicha dzielnica, wyobraziłam sobie, że otaczające nas mieszkania muszą w większości być zajmowane przez starszych ludzi. Z drugiej strony panujący tu klimat, nocami pasowałby do scenerii z horrorów lub kryminałów, które tak lubował mój towarzysz. Skupiłam wzrok na zajęciu chłopaka, nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż między moimi nogami przemknęło coś co efektownie się o nie otarło. Drgnęłam, orientując się w następnych sekundach o co tu chodzi. Rudy dachowiec pląsał teraz także przy spodniach blondyna. Zupełnie jak spod ziemi, wokół nas zjawiła się reszta jego sierściowych towarzyszy.
     - O matko, ile ich tutaj jest!
Przykucnęłam dając się jeszcze bardziej otoczyć kotom. Uśmiechnęłam się mimowolnie głaskając co rusz te znajdujące się bliżej. Miałam słabość do wszystkiego co słodkie, nawet jeśli żyło i posiadało cztery łapy. Nataniel wysypał im z pojemniczka jedzenie, a te zaraz zabrały się za konsumpcję.
     - Od czasu do czasu przychodzę je dokarmiać. Wszystkie są bezdomne. - wyjaśnił dołączając do mojej pozycji.
     - Skąd wiedziałeś, że akurat tutaj jest ich aż tyle?
Spojrzałam na chłopaka odrywając się od futrzaków, te z resztą i tak bardziej zainteresowały się teraz przyniesioną im przekąską.
     - Wiesz, koty moim zdaniem to wyjątkowe zwierzęta... Kiedyś chciałem mieć własnego, ale moja mama jest uczulona na sierść. - przejechał dłonią po grzbiecie szarego dachowca, który znalazł się bliżej niego - Raz wracając do domu jeden zwrócił moją uwagę. Błąkał się, miauczał. Pomyślałem, że się zgubił, ale, gdy chciałem się do niego zbliżyć ten dopiero ruszał przed siebie.
     - Zupełnie jakby cię prowadził. - zaśmiałam się cicho.
     - Dokładnie. Aż zaprowadził właśnie tu.
To było naprawdę kochane z jego strony, większość ludzi nie zwraca uwagi na takie rzeczy. Dzięki temu przynajmniej miał choć tyle z realizacji dawnego marzenia. Zamyśliłam się na chwilę wpatrując w zwierzaki.
     - Nadałeś im jakieś imiona? - zapytałam spoglądając zaraz na blondyna.
Złotooki przeanalizował krótko mój pomysł w myślach.
     - Nie, koty chodzą własnymi drogami. Często pojawiają się nowe, inne znikają.
Znikają. Powtórzyłam mentalnie to słowo. Czyli inni biorą je pod swoją opiekę, zmieniają terytorium lub...? Trzeciej opcji nie chciałam przywoływać na myśl. Zrobiło mi się ich szkoda, nawet jeśli wbrew pozorom było to coś naturalnego. Pogłaskałam ponownie rudego kociaka, który znów ocierał mi się o nogi.
     - Ten chyba cię bardzo polubił. - dodał widząc zachowanie adorującego mnie przybłędy.
     - Najwyraźniej. Myślałeś kiedyś o tym, że lepiej byłoby im w schronisku? - barwa głosu jakoś mimowolnie mi zmarkotniała.
Nigdy nie chodziłam do takich miejsc, wiedziałam, że gdybym zobaczyła te wszystkie boksy, wpatrzone we mnie, błagalne oczy, najchętniej wyniosłabym stamtąd i uszczęśliwiła wszystkich ich właścicieli. Mimo wszystko tam miały jakąś opiekę.
     - Nie do końca. Jeśli nikt by ich nie przygarnął, prędzej czy później zostałyby uśpione. Kotów jest szczególnie dużo i nikogo nie dziwi jeśli gdzieś się jakiś błąka. Gdyby mieli je wszystkie wyłapać, pewnie zabrakłoby na nie miejsca. Poza tym one wolą wolność.
Pochłonęłam to co mówił starając się przestać przesadnie martwić. Jakby nie patrzeć, miał rację. Nataniel wstał po chwili zarzucając bagaż na ramie.
     - Fakt, że są tutaj w tak licznej grupie świadczy o tym, że nie tylko ja je dokarmiam. - posłał mi pocieszające spojrzenie.
     - W każdym razie, jeśli kiedyś znowu będę miała tu przyjść, kupię im coś także od siebie.
     Po powrocie padłam na łóżko. Przekraczając jednak próg zwróciłam uwagę na to kto z domowników poza mną już tu jest. Wyjątkowo, wszyscy w komplecie. Rzuciłam im krótkie "już jestem" i powędrowałam do swojego pokoju. Leżałam tak dłuższy czas wpatrując się w sufit. Kompletnie wyłączyłam myśli. Taki stan w moim wykonaniu potrafił trwać godzinami, gdzieś tylko przez wszelkie możliwe zapory wkradała się świadomość, że muszę jeszcze zejść na dół po jakiekolwiek jedzenie. Powoli zaczynało burczeć mi w brzuchu. Odruchowo położyłam na nim dłoń. Właściwie dobrze, że dopiero teraz, a nie choćby wtedy, gdy Nataniel karmił koty. Chcąc nie chcąc podniosłam się znajdując zaraz w pozycji siedzącej. Założyłam na stopy kraciaste kapcie i udałam się do kuchni. Mama siedziała przy stole popijając kawę. Od razu wyczułam intensywny zapach napoju. Wertowała wzrokiem gazetę.
     - W lodówce są resztki obiadu, jeśli chcesz podgrzej sobie. - uniosła wzrok przerywając lekturę.
     - Dzięki.
Zajrzałam do wskazanego przez nią miejsca odnajdując zaraz klopsy w sosie pomidorowym. Wyjęłam garnuszek stawiając go na blacie.
     - Tam niżej jest też ryż. - dodała, wracając do przerwanej czynności.
Zabrałam się za przygotowywanie kolacji, odgrzewając wskazane rzeczy. Swoją drogą klopsy były jednym z moich ulubionych dań, ale może to dlatego, że mama nie miała problemów z gotowaniem. Wszystko co robiła, każdemu przypadało do gustu. Kiedyś wspominała, że za młodu chciała zostać kucharką. Nie wiem czemu zrezygnowała z tego pomysłu. Tata minął próg kuchni dołączając do naszego towarzystwa.
     - Mei, mogłabyś podłączyć przy okazji wodę? - zajął miejsce naprzeciw mojej rodzicielki - Też chyba zrobię sobie kawy.
     - Ciężki dzień? - szatynka nie oderwała tym razem wzroku od prasy.
     - Ciężki to on będzie dopiero jutro.
Zerknęłam na nich przez ramie mieszając gotujący się sos. Potem tak jak prosił, wstawiłam również wodę. Ton głosu taty zdawał mi się być znużony. Wbrew wszystkiemu ich relacje nie odbiegały od normy, właściwie jakby nic się nie działo. Gra pozorów? Jak długo można bawić się w ten sposób? Wzięłam jeszcze tylko szybki prysznic i wróciłam w objęcia błękitnej pościeli. Nie żeby spać, przede mną były jeszcze lekcje, ale wolałam nie mieć już nic więcej do roboty. Sięgnęłam po telefon z zamiarem sprawdzenia godziny. Nie myślałam aby było już późno, jednak zmęczenie dawało mi się we znaki. Kliknięcie w odpowiedni guziczek. Ekran się rozjaśnia. "Masz jedną nieodebraną wiadomość". Otwórz. Treść: "Cześć Mei, zapisałaś mój numer? Pomyślałem, że skoro jest już poniedziałek, napiszę i zapytam jak minął ci dzień? Mam nadzieję, że dobrze. Nie powinnaś tracić uśmiechu, chciałbym go znowu zobaczyć. Sobota chyba była nazbyt nerwowa, nie miej mi za złe tego co zrobiłem... Colin.". Która to była godzina? Ah, tak. Minęła dwudziesta pierwsza.