wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział dziewiąty

Kurcze, nawet nie wiecie jak mnie zaskoczyliście tymi komentarzami. Ja tu panikuję, myślę o zawieszeniu... bo po co pisać jak opowiadanie nikogo nie zainteresowało u_u'? A tu, bum! Jestem przeszczęśliwa, naprawdę. Mam nadzieję, że nie przestaniecie tu zaglądać, może nawet znajdą się nowi czytelnicy? Chciałabym jednak przeprosić Liazetę, obiecałam, że w tym rozdziale będzie dużo Natka, ale nie zmieścił się. Wolałam rozdział dziewiąty urwać w takim momencie jakim urwałam. Następny to zrekompensuje, na pewno! I jeszcze dziękuję LadyArisu za wszystko, że jest przy mnie, gdy jej potrzebuję i wspiera. Za te małe, jakże miłe niespodzianki jakie ostatnio mi zrobiłaś <3. Enjoy...

***
     - Cannie, to dziwne, ale czuję jakbym obudziła się ze snu. Długiego, w którym pogrążyłam się by zapomnieć o rzeczywistości. O tobie... Wtedy sądziłam, że w ten sposób będę w stanie iść dalej. Jakoś sobie radzić. Radziłam, ale wbrew temu wszystkiemu, po prostu uciekłam przed problemami...
To ich nigdy nie rozwiązało. Jedynie zamknęłam własne serce, ogłuchłam na jego mowę. Początkowo musiałam się tego pilnować, by nie dopuścić do głowy jakichkolwiek wątpliwości. Później weszło to w nawyk, który stał się codziennością. Maska jaką przywdziałam scaliła się z moją twarzą. Nie chciałam jej zrzucać choć gdzieś w głębi odczuwałam niewyobrażalną pustkę. I potem... nagle...
     - Nie umiem tego opisać, ale coś w nim jest. Coś czego nie miał do tej pory nikt inny. Wciąż czuję jego ciepło... i podjęłam decyzję. Chcę je czuć.
Uśmiechnęłam się delikatnie wpatrując w jedną z dłoni.
     - Niezależnie od tego co to uczucie przyniesie.
Nadszedł czas by pogodzić się ze stratą, zaakceptować przeszłość i iść naprzód. To nie tak, że nagle się zmienię w starą Mei jaką byłam, gdy jeszcze żyła Canriette. To nie tak, że zapragnę rzucić się w jego ramiona bez żadnego wahania. Chcę jedynie się roztopić i zacząć żyć biorąc od losu wszystko co mi przyniesie. Umieć się cieszyć darami, godzić z przegraną. Jego osoba mnie na to otwierała.
     - Szkoda, że cię tu nie ma. Mogłabyś ocenić czy on też coś byłby w stanie... Wtedy, gdy przy mnie był. I wtedy, za pierwszym razem... naprawdę się przejął!
Przywołałam w myślach ostatnie spotkanie, a zaraz potem naszą pierwszą kłótnię.
     - Gdybyś tylko mogła mi powiedzieć, czy oni tak poważnie... Może nie jesteśmy idealną rodziną, ale nie chciałabym aby się rozwiedli. Czemu to nie może być łatwiejsze? - westchnęłam głęboko - Skoro kiedyś się kochali... a jeśli to było złudzenie?
Wtedy chyba lepszym byłoby, gdyby się rozstali i byli szczęśliwsi z kimś bardziej odpowiednim. Nie wyjaśnia to jednak ich wzajemnego okłamywania.
     - No nic. - wstałam z ławeczki ustawionej naprzeciw grobu - Czuwaj nade mną, proszę. Przyjaciółko...
Nigdy więcej cię nie zostawię. Obiecuję.
     Opuszczając mury cmentarza zerknęłam na telefon. Musiałam się wyrobić przed spotkaniem z Margarett. Przystanek był blisko, potem wsiadłam w autobus i ruszyłam ku kolejnemu celowi jaki postawiłam przed sobą na dziś. Musiałam coś odzyskać, coś cennego.
     Zapukałam. Raz. Drugi. Ktoś przesunął wizjerem wmontowanym w drzwi. Otworzyły się.
     - Mei? Dobrze pamiętam?
Uśmiechnęłam się lekko na widok kobiety. Cieszyłam się, że udało mi się zastać ją w domu.
     - Dzień dobry. Przepraszam za tak nagłe najście.
Brunetka przesunęła się chcąc wpuścić mnie do środka.
     - Nie szkodzi, wejdź. Coś się stało?
Pokręciłam głową przekraczając próg domu. Domu w którym mieszkałam przed przeprowadzką. Domu w którym przesiadywałam ze wszystkimi znajomymi, z Cannie. Domu w którym zamknęłam wiele wspomnień.
     - Wpadłam tylko na popołudnie, odwiedzić koleżankę. Z racji, że tu jestem, chciałabym wyszperać pewną rzecz ze swoich staroci. Mam nadzieję, nie robili Państwo porządków w piwnicy?
     - Nie, niespecjalnie. Nie ruszaliśmy nic z waszych rzeczy więc stoją tak jak stały. Chcesz się czegoś napić?
     - Wolałabym po prostu załatwić swoje i uciekać, trochę goni mnie czas. - posłałam jej przepraszający uśmiech.
Kobieta zamyśliła się na moment. Wspólnie z mężem wynajmowali od nas mieszkanie, dzięki temu wciąż pozostawało zadbane. Na wypadek, gdyby po przeprowadzce coś nie wyszło, rodzice postanowili przetrzymać je w ten sposób przez jakiś czas. Później pewnie zostałoby sprzedane. Być może temu młodemu małżeństwu.
     - W takim razie poczekaj chwilkę. Zaraz przyniosę klucz i cię tam wpuszczę.
     Na naszych rzeczach zapakowanych w kartonowe pudła nagromadziło się troszkę kurzu. Bez problemu jednak odnalazłam moje, wszystkie były podpisane imionami. Poza tym jednym, chowającym wspomnienia, które wymazywałam z pamięci. Strzepałam z niego szary pył i powoli otworzyłam. Stary pamiętnik, teczki z rysunkami, prezenty dostawane na każdą możliwą okazję. Oraz to czego szukałam. Schowane w mniejszym, zdobionym pudełeczku. Sięgnęłam po nie i sprawdziłam zawartość. Wciąż tam leżała. Kiedyś była mi niczym amulet. Wyjęłam ją oglądając w dłoniach. Nie zmieniła się zbyt wiele odkąd została tu schowana. Jak gdyby czas naprawdę stanął w miejscu. Założyłam ją na lewy nadgarstek.
     - I jak idą poszukiwana?
Uniosłam dłoń pokazując brunetce swoje znalezisko.
     - Mam wszystko czego chciałam.
     Z Margarett byłam umówiona na placu zabaw, blisko parku w centrum miasta. Dojechałam na czas, ale mimo to już na mnie czekała. Bujała się na huśtawce zeskakując z niej, gdy mnie spostrzegła. Pomachałam jej. Wyglądała przy tym jak małe dziecko, chyba każdy wtedy się tak bawił - kto dalej skoczy. Miałyśmy już swoje lata, ale sama też nie miałabym nic przeciwko oddaniu się temu zajęciu ponownie.
     - Kopę lat! - uśmiechnęła się ledwo wyhamowując tuż przed moją osobą - Co tak nagle cię tu ściągnęło?
Margarett była trochę wyższa ode mnie, jakieś pięć centymetrów. Miała fioletowe włosy sięgające ramion ozdobione opaską i intensywnie niebieskie tęczówki.
     - Nic się nie zmieniłaś. - odwzajemniłam jej gest - Choć nawet nie było ku temu czasu. A czuję się jakby minęły wieki...
     - To tylko cztery miesiące. Czas po prostu strasznie szybko leci. Zanim się obejrzymy skończymy liceum. - westchnęła - W każdym razie, naprawdę mnie zdziwiłaś.
     - Mamy weekend, jest ładna pogoda. A ty pytałaś... pomyślałam - czemu by nie?
Zdała się nie być nazbyt przekonana, nie wdawała się jednak w szczegóły. Zapewne nie chciała wracać do żadnego z tematów tabu. Zauważyłam jednak jak jej wzrok mimowolnie powędrował ku ozdobie na nadgarstku.
     - Myślałam, że już jej nie nosisz... - ściszyła ton.
     - Nie nosiłam, ale już jest w porządku.
     Poszłyśmy do kawiarni. Jeszcze, gdy mieszkałam w Voironie często tu bywałyśmy. My i nie tylko. Choć miejsce zdołało zmienić wystrój już kilka razy, wciąż było tak samo bliskie memu sercu. Już na wejściu poczułam unoszący się w powietrzu, zapach brązowych ziarenek. Margarett zamówiła Cappuccino, ja Cafe Latte. Uwielbiałam tą bitą śmietanę ozdobioną wiórkami czekolady.
     - Pyszna jak zawsze. - wcisnęłam do ust łyżeczkę białej pianki. - Nigdy mi się nie znudzi.
     - Maniaczka. Gdybym ja jadła takie ilości słodyczy, ważyłabym już ze dwadzieścia kilo więcej.
     - Mam dobrą przemianę materii.
Fakt, mogłam wpychać w siebie ile wlezie, a i tak nie pojawiały się na moim ciele jakieś zbędne krągłości. Co ja bym zrobiła, gdybym musiała odmówić sobie tylu rzeczy? Nie było opcji żebym przetrwała choć dnia bez czekolady.
     - Zazdroszczę ci, ale opowiedz lepiej jak ten szkolny bal!
W liceum fioletowowłosej nie organizowano takich wydarzeń. Właściwie dopóki nie trafiłam do Słodkiego Amorisa nie wiedziałam, że w jakiejkolwiek szkole organizują podobne uroczystości. To pasowałoby bardziej do prywatnych liceum niż publicznych. Te pierwsze byłoby na nie stać.
     - Był apel, przedstawienie, wystawy... no i tańce.
     - Ile ja bym dała żeby coś takiego przeżyć. Jaką miałaś sukienkę? Pewnie wybawiłaś się za wsze czasy.
Spojrzała na mnie z podekscytowaniem czekając na bardziej szczegółową relację.
     - Czeka cię jeszcze studniówka więc będziesz miała okazję tego doświadczyć. A co do sukienki... niebieską, taką zwiewną. Znajoma stwierdziła, że wyglądam w niej jak pastereczka.
Margarett zakrztusiła się swoją kawą.
     - No co? Główny gospodarz ma taką siostrę... uwzięła się na mnie i wymyśliła ksywkę "koza", "owca".
     - Jakby się tak zastanowić... masz puszyste włosy. - zachichotała.
     - Dzięki... - wytknęłam język - Jej chodziło raczej o imię. Wiesz, Mei. Meeei.
Przeciągnęłam ostatnie słowo przykuwając kilka ciekawskich spojrzeń.
     - Rany, co za wstyd.
     - Ale to taka słodka owca! - zamieszała napój - Chociaż dziwne, że gospodarz szkoły ma siostrę-idiotkę.
Pokiwałam lekko głową.
     - Otóż to, zwłaszcza, że sam, nawet prywatnie, jest jej zupełnym przeciwieństwem. Słowo daję, poskarżę mu się kiedyś.
     - Prywatnie, co? - zapytała dwuznacznym tonem.
     - Jest sympatyczny, ale to nie to co myślisz! - zmieszałam się.
     - Tym lepiej.
     - Dlacz...?
W tym momencie zadzwonił jej telefon. Sądząc po krótkim dźwięku, otrzymała smsa. Sięgnęła do torebki wyciągając go z niej.
     - Wybaczysz na moment?
Wpatrywałam się jak wciska poszczególne klawisze komórki, jednocześnie dokańczając konsumpcję bitej śmietany. Potem zabrałam się za kofeinę. Na twarzy towarzyszki wymalował się niewielki grymas.
     - Co za debile chodzą po tym świecie. - burknęła odkładając telefon na stolik.
     - Coś się stało?
     - Nic wielkiego. O której masz busa?
Spojrzałam na zegarek.
     - Za półtorej godziny.
     Poszłyśmy jeszcze do centrum handlowego. Margarett chciała kupić upatrzone wcześniej perfumy o woni kwiatu pomarańczy. Potem urządziłyśmy sobie spacer po parku, tym w którym się spotkałyśmy, ostatecznie lądując ponownie na placu zabaw. W tym czasie jeszcze kilkakroć ktoś zawracał jej głowę wiadomościami. Głownie kwitowała je jedynie westchnieniem.
     - Dalej Mei! Raz, dwa...
Rozbujałam się tak, że huśtawka wahała się niemal pod kątem stu osiemdziesięciu stopni.
     - Jak sobie złamię nogę, będę u ciebie nocować!
     - Trzy!
Skoczyłam. Wydawało się, że jest wysoko, choć wcale tak nie było. Gdy byłam dzieckiem huśtawka nie znajdowała się niżej. Wtedy nawet stopami nie sięgałam ziemi. Kwestia przyzwyczajenia. Wylądowałam kilka centymetrów dalej od towarzyszki.
     - Wygrałam! - uśmiechnęłam się triumfalnie.
     - To nie koniec. Moja kolej.
Ruszyła w kierunku wciąż rozbujanej huśtawki, otrzymując kolejny sms. Stanęła w miejscu odwracając się do mnie.
     - Słuchaj... jest taka sprawa.
     - Hm?
Zawróciła podchodząc bliżej, jej ręce zaraz wylądowały na moich ramionach.
     - Obiecaj, że cokolwiek się stanie, nie obrazisz się na mnie.
     - Dlaczego bym miała?
Odwróciła mnie tyłem do siebie. Mimowolnie otworzyłam szerzej oczy zdumiona tym kogo dostrzegłam w oddali. To nie tak, że się nie spodziewałam. To po prostu nie mieściło się w jakiejkolwiek skali przepuszczalności, zupełnie jak fatamorgana. Przewidzenie.
     - Odkąd dowiedział się, że wyjechałaś, nie dawał mi spokoju, wciąż prosił o jakiś kontakt... Nie mogłam od tak dać mu twojego maila czy numeru telefonu. Pomyślałam, że lepiej będzie jeśli się zobaczycie i sami poukładacie wasze relacje. Jedyne co mogłam zrobić to...
     - Powiedziałaś mu, że przyjeżdżam?! - odwróciłam się do niej.
Nie mogłam w to uwierzyć. Czego mógł ode mnie chcieć? Po tylu latach? Dla mnie nie miał już żadnego znaczenia, to było głupie zauroczenie. Nawet jeśli mogło być czymś więcej, popsuł to i nie było możliwości naprawy.
     - Daj mu szansę, niech się tłumaczy. Wie, że zachował się jak kretyn. Wiesz ile się zastanawiał czy powinien przyjść? Może się zmienił? Lubiłaś go przecież.
     - Ale on już nic...
     - Cześć.
Sylwetka Colina zamajaczyła gdzieś po mojej prawej stronie. Margarett opuściła dłonie. On też niespecjalnie się zmienił. Może teraz bardziej przypominał jednak skejta.
     - Cześć. - nie wiedziałam co więcej mogłabym mu powiedzieć.
     - Zostawię was lepiej. Dziękuję za miłe popołudnie Mei, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wpadniesz.
Uśmiechnęła się na odchodne i faktycznie nas zostawiła. Cisza zdała mi się przybrać w kształcie coś strasznie ciężkiego. Jakąś ciecz wiszącą w powietrzu.
     - Nie wiedziałem, że wyjeżdżasz. - zaczął.
     - Nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu, skąd miałbyś to wiedzieć?
     - Racja. Jednak cieszę się, że cię widzę...
Powędrowałam w kierunku placu, siadając znów na huśtawce. Miałam ochotę załamać ręce, ostatecznie przywarłam czołem do metalowego prętu. Chłopak podążył w moje ślady, ostatecznie stając naprzeciw. Przyjrzałam mu się po chwili.
     - Wciąż jeździsz na desce?
     - Tak, ale teraz chyba bardziej to po mnie widać?
     - Czapka, luźne ciuchy... mówią same przez się.
Uśmiechnął się, aczkolwiek niepewnie. Prawdę mówiąc nigdy nie widziałam u niego takiego wahania.
     - A-a u ciebie co słychać? - zapytał, gdy cisza znów zaczęła ciążyć w powietrzu.
Nie był chyba jednak pewien czy ma prawo to wiedzieć. Słusznie, bo dziwnie ono brzmiało w tej sytuacji.
     - W porządku, nic niezwykłego. Nowa szkoła, nowi ludzie. Ostatnio obchodziliśmy rocznicę założenia szkoły. Był bal i takie tam... Margarett ci nie wspominała? - uniosłam jedną brew.
Podrapał się w tył głowy siadając na obrzeżu piaskownicy. Skoro tak często o mnie dyskutowali, kto wie czego się dowiadywał.
     - Mówiła, co nieco. Słuchaj...
Zamilkł na ponów, szukając odpowiednich słów by wyrazić to co miał na myśli. W każdym razie takie sprawiał wrażenie.
      -  Masz mi dalej za złe to co się wydarzyło?
Naprawdę zamierzał o tym rozmawiać? Westchnęłam nie wiedząc jak się zachować. Cieszyłam się, że coś chłodnego choć odrobinę studzi teraz moje myśli.
     - Colin, dla mnie to już nie ma większego znaczenia. Było minęło. Nie rozumiem po co do tego wracać.
     - Ponieważ to był błąd z mojej strony... zachowałem się jak dupek. - spuścił wzrok - I chciałem za to przeprosić.
Wpatrywałam się w niego tępo. Kiedy Canriette mówiła o wywróżeniu mi blondyna, teraz do tego opisu bardziej zdawał mi się pasować Nataniel. Mimo, że nic nas nie łączyło. To nie tak, że wciąż miałam mu za złe, że wciąż bolało. Zapomniałam, naprawdę. Jednak wtedy, gdy potrzebowałam aby był obok... za każdym razem widząc jego bądź Lisę, stawała mi przed oczyma scena ich pocałunku. Pocałunku, który wtedy powinien należeć się mnie. Wiem, że może nazbyt skupiłam się na swojej rozpaczy, że wszystko zaczęło obracać się wokół Cannie. To jednak było ode mnie silniejsze, a jeśli nie był w stanie przetrwać u mojego boku cokolwiek by się nie działo... jeśli wolał coś co łatwo mu przyjdzie. Dobrze, że tak się skończyło. No, może nie do końca "tak", ale gdyby nie to... teraz może skłonna byłabym inaczej na niego patrzeć.
     - Nie gniewam się, właściwie to... nic nie czuję już odnośnie tej sytuacji.
     - Nie rozumiesz, Mei. - zdjął czapkę i przeczesał dłonią włosy - Wtedy, po tamtym zdarzeniu, cokolwiek łączyło mnie z Lisą, nie trwało długo. Dotarło do mnie, że straciłem coś znacznie cenniejszego.
     - "To nie trwa długo." - zacytowałam jego słowa sprzed lat - Zdradziłeś mnie, nazwijmy to po ludzku.
     - To nigdy nie powinno było się wydarzyć...
Zaczerpnęłam głębokiego wdechu podnosząc się, następnie zerknęłam na godzinę. Jeszcze niecałe trzydzieści minut, czas się zbierać. Blondyn śledził spojrzeniem każdy mój gest.
     - Znowu uciekasz?
     - Mam niedługo powrotnego busa. Nie chcę tego słuchać...
Zaczął mnie irytować. Miałam masę innych rzeczy na głowie, nazbyt skomplikowanych aby jeszcze bardziej wszystko mieszać. Teraz, gdy choć na chwilę opuściłam dom i byłam z dala od kłamstw, gdy przyjechałam by zegar życia zaczął znów przesuwać swoje wskazówki, musiał pojawić się on.
     - Powiedz mi, jakie w tej chwili ma to znaczenie? Co się stało to się nie odstanie.
     - Chcę naprawić ten błąd. Przez te wszystkie lata ciągle o tobie myślałem. Jak się czujesz, co robisz, czy nikt nie zajął mojego miejsca... - ostatnie słowa wypowiedział ciszej.
Zmarszczyłam brwi.
     - Czuję się dobrze, mam cudownych znajomych, wspaniale się bawię. Mieszkamy w osobnym miastach. Idę naprzód, rozumiesz?
Ciężko było mi wierzyć w jego słowa, ale nawet jeśli były prawdziwe, nie umiałabym zaczynać tej szopki na nowo. Nie chciałam. W gimnazjum darzyłam go sympatią, ale z biegiem czasu dotarło do mnie, że to uczucie wcale nie było aż tak silne. Ot, młodzieńcze zauroczenie. Pobolało i przestało. Lubiłam go, rozśmieszał mnie, jednak jego osoba nigdy mnie nie fascynowała w dosadny sposób. Może z biegiem czasu, przybrałoby to na sile, ale...
Chłopak wstał zmierzając w moim kierunku.
     - Za każdym razem, gdy chciałem się do ciebie odezwać bałem się, że mnie odrzucisz... Dopiero, gdy dotarła do mnie informacja o przeprowadzce, że cię już nie ma, dostałem kopniaka. Nie mogłem zrobić zbyt wiele, ale teraz... nie zamierzam pozwolić ci od tak odejść.
     - Ale ja nie chcę próbować. Są rzeczy, których naprawić się nie da. - wbiłam wzrok w jego oczy by potwierdzić szczerość słów.
     - Więc... na nic to wszystko? Nie obchodzi cię co czuję?
Zastanawiałam się czy jego wtedy obchodziło co ja czułam.
     - Nie mogę nic więcej powiedzieć prócz tego, że nie chowam do ciebie urazy. Jednak nie potrafiłabym znów być z kimś kto tak postępuje. Wybacz...
     - Nawet jeśli ten ktoś zrozumiał swój błąd?
Pokręciłam głową.
     - Nie umiem wymazać sobie pamięci.
Nie umiałam, nawet gdybym chciała. Jedyne co mogliśmy zrobić to nauczyć się żyć z tym co nas spotkało. Wyciągać wnioski z błędów i więcej ich nie powielać. Iść naprzód godząc się z przeszłością. Jakakolwiek by nie była. Z jakiegoś powodu mimo wszystko w mojej duszy zatliła się resztka sympatii do jego osoby. Osoby, którą znałam do tamtego momentu. Później zrozumiałam, że do siebie nie pasujemy. Chłopak spuścił wzrok z moich oczu skupiając się na czymś innym. Zrozumiałam to dopiero, gdy jego dłoń nagłym gestem, zabrała trzymany przeze mnie telefon.
     - Oszalałeś? Co robisz?!
W oka mgnieniu zareagowałam chcąc odzyskać własność.
     - To co powinienem...
Wystukał coś na dotykowym ekranie i przyłożył aparat do ucha, nie zwracając na mnie uwagi. Z racji, że był znacząco wyższy ciężko było mi tę walkę wygrać. Jakąkolwiek sympatię przed chwilą odczułam, wyparowała. Zaraz rozbrzmiała nieznana mi melodia. Blondyn zakończył połączenie oddając komórkę. Niemalże wyrwałam mu ją jak gdyby odebranie jej teraz stanowiło jakąś trudność.
     - Co to ma znaczyć?! - czułam, że czerwienieję ze złości.
Wcisnął dłoń w spodnie, gdzie znajdowało się źródło nieznanego mi dźwięku.
     - Mówiłem już, nie pozwolę ci od tak odejść.
     - Usuń go!
     Zignorował mnie. Nie wiedząc co mogę z tym fantem uczynić i jednocześnie się spiesząc, odwróciłam się zostawiając go w tamtym parku. Miałam wrażenie, że powiedział szeptem coś jeszcze, gdy się oddalałam, ale nawet nie chciałam tego dosłyszeć. Bus pojawił się z niewielkim spóźnieniem. Zniecierpliwiona wsiadłam zajmując jedno z wolnych miejsc przy oknie. Po chwili rodzinne miasto zaczęło się oddalać, po raz kolejny. Aż w końcu zniknęło odcinając grubą linią przeszłość od przyszłości. Zerknęłam na telefon. SMS. Od: Margarett. Treść: Nie gniewasz się na mnie, prawda? Powiedz, nie było tak strasznie? On naprawdę nie chciał źle. Podparłam głowę na ręce, wplatając palce we włosy. Odszukałam numeru na który ostatnio wykonano połączenie. Wbiłam w niego tępo wzrok. Czemu nie mógł zrozumieć słowa "nie"? Bez wahania, usunęłam go mając nadzieję, że już więcej się przed moimi oczyma nie pojawi. Chociaż tyle mogłam zrobić by o tym później nie myśleć.

sobota, 3 sierpnia 2013

Rozdział ósmy

     Sobota, wieczór. Skrzynka email. Utwórz nową wiadomość. Do: Margarett. Treść: Nie odpowiedziałam ci na jedno pytanie, teraz będziesz miała swego rodzaju niespodziankę. Wpadnę jutro. Co do godziny, dam ci znać smsem. Do zobaczenia ;3. Wyślij.
     Podjęłam decyzję, coś zrozumiałam. To, że uciekasz od przeszłości, nie znaczy, że się z nią pogodziłaś. Czas spojrzeć jej w oczy, czas zacząć iść naprzód bo choć wydawało mi się, że to robię, tak naprawdę wciąż stałam w miejscu. Chodziłam ze sztywną maską na twarzy. Do tej pory to ty byłaś przy mnie Cannie, zawsze, gdy działo się coś złego. Później otoczyła mnie pustka. Głucha, zimna, bezkresna. Zamknęłam się na wszystko co mnie otaczało, starałam się wyrzucić cię z pamięci jak gdybyś nigdy nie istniała. Teraz... to ciepło, obudziło mnie z długiego snu. Musiałam cię zobaczyć, musiałam z tobą porozmawiać.
     Wpatrywałam się w swoją prawą dłoń, nie mogłam prędko zasnąć. Natłok myśli ciągle wybijał mnie ze stanu zmęczenia. Wstałam wcześnie, aby zdążyć na pociąg. Nie mówiłam rodzicom dokąd jadę, nie byłam pewna ich stosunku do tego pomysłu. Nie chciałam z nimi też rozmawiać. Do Voironu dojechałam o czasie, właściwie jeszcze przed południem. Uśmiechnęłam się na widok znajomego miejsca. Tego w którym wychowywałam się i poznałam ciebie. Pierwsze co miałam w planach to właśnie ty, byłaś celem mojej podróży. Zastanawiałam się czy jesteś zła, właściwie ogarniały mnie wyrzuty sumienia. Byłam słaba, obie byłyśmy.
     Wsiadłam w autobus z każdym kilometrem będąc coraz bliżej celu. Zatrzymałam się jeszcze przed kwiaciarnią. Akurat mieli słoneczniki, toteż bez większego zastanowienia kupiłam kilka z nich. Przekroczyłam zaraz progi szarego muru, to było miejsce w którym wiatr zawsze zdawał się być zimniejszy. Miejsce melancholii i zadumy. Stanęłam wreszcie naprzeciw marmurowego grobu. Był zadbany, choć ostatnio zapalone znicze, zdołały już przestać płonąć.
     - Witaj, Canriette.

     Dziesięć lat temu.
     - Gina, musisz już iść? - wpatrywałam się w koleżankę trzymając w dłoni jedną z foremek do robienia babek z piasku.
Szatynka pokiwała główką.
     - Mama będzie zła jeśli nie wrócę na kolację.
Nie chciałam zostawać sama, choć zawsze tak było. Prawdopodobnie byłam jedynym dzieckiem, które tak dużo czasu spędzało na dworze. Może nie zawsze, ale jednak w "te dni" wolałam trzymać się od niego z daleka. Było mi smutno, co miałam jednak zrobić?
     - Zobaczymy się jutro?
     - Z samego rana!
Uśmiechnęła się szeroko zabierając swoje zabawki i znikając zaraz za najbliższym zakrętem. Westchnęłam. Miałam sporo koleżanek, w tym wieku nie trudno było znaleźć towarzystwo i wspólny język. Jednakże, czasami mimo to czułam się samotna.
Wysypałam resztę piasku z wiaderka i zaczęłam łopatką wklepywać go w piaskownicę. To wtedy ją poznałam. Zjawiła się jak grom z jasnego nieba.
     - Nudzisz się?
Miała włosy koloru słomy i ciemnoniebieskie oczy. Nigdy się nie farbowała, a nawet gdyby miała taki pomysł, zdecydowanie wytłukłabym jej go z głowy. Wtedy jednak widziałam ją po raz pierwszy, z zaskoczenia otworzyłam szerzej oczy. Dziewczynka trzymając pluszowego misia wpakowała się do piaskownicy siadając obok mnie.
     - Troszkę, jest późno więc wszyscy poszli już do domu. - wyjaśniłam.
     - A ty nie wracasz?
Spuściłam wzrok kręcąc lekko głową.
     - Nie lubię słuchać jak rodzice się kłócą.
W jej oczach zauważyłam ciepło, jak gdyby chciała otoczyć mnie swoją opieką jednocześnie rozumiejąc jak się czuję.
     - W takim razie, pobawmy się razem.
Wcisnęła na moje kolana pluszaka.
     - Nazywa się Bean, ja jestem Cannie. A ty?
     - Mei. - uniosłam kąciki ust chwytając jej delikatną rączkę.
     Nazajutrz poznałam ją z resztą dzieci. Cannie jednak spędzała najwięcej czasu ze mną, jej rodzice pracowali do późna, mi w domu się nudziło. Wolałam towarzystwo nowej znajomej. Zaprzyjaźniłyśmy się. Była pogodną osobą, pełną życia i tego wewnętrznego ciepła z którym przyszło mi się zetknąć już podczas pierwszego spotkania. Nawzajem się rozśmieszałyśmy, razem wygłupiałyśmy. Miałyśmy podobne osobowości, właściwie im dłużej ją znałam, tym bardziej byłam pewna, że jesteśmy jak jedna dusza rozdzielona na dwa ciała. Lata mijały, a my wciąż trzymałyśmy się razem. Niby w grupie, a jednocześnie nierozerwalnym duecie. Choć szkołę podstawową kończyłyśmy osobno, postanowiłyśmy razem iść do gimnazjum. W końcu zabawnym byłoby się razem uczyć, odrabiać lekcje, ściągać na sprawdzianach.
     - Cannie, a co myślisz o tej?
Wertowałyśmy ulotkę z reklamami szkół.
     - Jakie mają koła zainteresowań?
     - Plastyczne, teatralne, dziennikarskie, naukowe, językowe, sportowe. Ponad to co roku organizują wycieczki za granicę i...
Klasnęła w dłonie.
     - Zapiszesz się do plastycznego, prawda?
     - Taki mam zamiar. A ty? Może teatralne?
     - Wyobrażasz sobie mnie tam?
     - Lubisz przebieranki, odgrywanie scenek. Poza tym świetnie zmieniasz głos, gdy kogoś naśladujesz. - uśmiechnęłam się.
     - Panienko Mei, wcale nie jesteś w tym gorsza! - zaintonowała jedną z naszych zrzędliwych sąsiadek.
Zaśmiałam się.
     - Jednak nie mogę zapisać się w dwa miejsca na raz.
     - A właśnie, obiecałaś mi coś. Pamiętasz?
Udałam znudzenie przewracając oczami.
     - Tak, tak... zrobię to.
     - Kiedy? - chwyciła ulotkę przeglądając dalsze oferty.
     - Teraz. Obiecaj mi jednak, że chociaż spróbujesz. Dobrze?
     - Niech ci będzie, w zamian masz mnie wspierać i przychodzić na próby. Słowo?
     - Słowo!
     - Na...?
Rozejrzałam się po pokoju.
     - Na... na to ciastko! - wymierzyłam palcem w oblaną czekoladą słodkość.
Wzięłam je zaraz i przełamałam na pół zjadając z przyjaciółką. Była ona również pierwszym człowiekiem jakiego naszkicowałam. Wybrałyśmy się wtedy nad rzekę. Niebieskooka rozsiadła się na trawie, ja z resztą również. Moim zdaniem nie wyszło rewelacyjnie, ale jej się podobało. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się przy straganie z różnymi ozdóbkami. Wypatrzyłyśmy identyczne bransoletki i postanowiłyśmy kupić jako symbol łączącej nas więzi.
     - Kiedyś myślałam, że takie rzeczy robią tylko pary. - oglądałam rzemyczek zwisający z mojej dłoni.
     - Kiedyś pewnie i takie będziemy nosiły. - poczyniła to samo - Piękne są.
     - Masz ideał chłopaka?
Zamyśliła się przykładając palec do ust.
     - Ideały nie istnieją, ale chciałabym aby był typem romantyka. Takiego z polotem, wiesz... aby umiał zaskoczyć. Ktoś na kim można by polegać i bezgranicznie ufać.
     - A jednak brzmi to idealnie, jak z jakiejś książki. - uśmiechnęłam się na tę myśl.
     - Poszukajmy takiego zatem. Do ciebie pasowałby jakiś blondwłosy anioł.
     - Białego konia też będzie miał? - spojrzałam na nią z błyskiem w oczach.
     - Konia... - parsknęła śmiechem - Na pewno!
     Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, zapisałyśmy się do planowanych klubów. Ja plastycznego, ona teatralnego. Zawsze pasowała mi na aktorkę. Była bystra, piękna, umiała roztoczyć wokół siebie niesamowity czar. Poznałyśmy wtedy także Margarett, Lisę, Dianę, Colina, Johana i innych. Szybko zgrałyśmy się z klasą. Margarett była bardzo otwartą osobą, Lisa to niemalże szkolna piękność, Diana była cichsza, ale dobrze się uczyła co owocowało wszelakim zainteresowaniem jej pracami domowymi. Colin i Johan tworzyli wyluzowanych, sympatycznych kumpli. Zwłaszcza ten pierwszy, ciemny blondyn siadający zawsze w pobliżu mojej i Cannie ławki. To od niego zawsze obrywałam piłką na w-fie. To on targał moje włosy i na irytacje odpowiadał przysłowiem "kto się lubi ten się czubi". Canriette przypadła do gustu opiekunce organizującej szkolne przedstawienia. Szybko wbiła się w najważniejsze role. Oczywiście, dotrzymując słowa przyszłam na jej występ. Pamiętam do dziś jak się stresowała. Ubrana w piękną, renesansową suknię. Wachlowałam jej stertą kartek, a ona głęboko oddychała chcąc zapanować nad nerwami. Zaparła dech w piersiach, była taka krucha i wrażliwa. Wtedy zainteresował się nią Loren. Ciemnooki brunet. Romantyk. Wypatrzył ją sobie z tłumu. Zwróciła na niego uwagę. Po jakimś czasie stworzyli parę. Często czekał na nią po zajęciach i zabierał na długie spacery. Ja wtedy przesiadywałam z resztą ludzi, rysowałam. Szło mi to coraz wprawniej, zajęcia na kole plastycznym też coś dawały. Były jednak takie dni, gdy brakowało mi jej. Cieszyłam się jednak, że jest szczęśliwa.
      - Co tam znów bazgrzesz?
Colin przysiadł się. Skwer niedaleko szkoły był jednym z ulubionych miejsc moich przesiadywań. Przycisnęłam odruchowo kartkę do klatki piersiowej.
     - Pokażę dopiero jak skończę. Musisz poczekać. - wytknęłam język.
     - Długo ci to zajmie?
     - Jak będziesz przeszkadzał, nawet wieczność!
Westchnął wyraźnie znudzony.
     - Zatem nie ma szans aby cię od tego oderwać?
Uniosłam jedną brew zerkając zaraz na trzymaną przez niego deskorolkę. Często na niej jeździł chociaż nie nosił się jak typowy skejt.
     - Ty będziesz jechał, ja będę biegła?
     - Możemy się zamienić. - zaśmiał się z dozą wredności.
     - Nigdy nie jeździłam na czymś takim. Trudne to?
Chłopak wstał kładać deskę na ziemi. Następnie na niej stanął i odepchnął się lekko nogą.
     - Chcesz spróbować? Wystarczy trzymać równowagę.
     - Właściwie... czemu nie.
Schowałam szkic do teczki, a tą następnie do torby. Potem przejęłam od Colina jego zabawkę na czterech kółkach. Zdającą się być łatwą w obsłudze. Stanęłam i odepchnęłam się nogą jak i on to robił. Zachwiałam się. Deskorolka pojechała wprzód, ja poleciałam w tył. Złapał mnie śmiejąc się na całego. Moje serce wtedy zadrżało. Był blisko, a ja najwyraźniej go lubiłam.
     - Wywrotna jesteś.
Starał się nauczyć mnie tej sztuki jeszcze przez kilka godzin. Nawet się udało. Nawet.
Canriette latała jak w skowronkach, rozmarzona. Z westchnieniem oczekując kolejnego spotkania. Po każdym zaś zdawała mi szczegółową relację. Sobota zawsze była "naszym" dniem, gdzie nikt inny nie miał prawa wstępu.
     - Przyszedł przed czasem, jak zawsze. Potem wręczył mi bukiet czerwonych róż, a w nich jedna była sztuczna. - ciągnęła - Wiesz co powiedział? Że, gdy reszta zwiędnie, ta jedna zostanie przy mnie na zawsze aby mi o nim przypominać.
     - Jest strasznie romantyczny... - uśmiechnęłam się bujając na huśtawce - Sama go sobie kiedyś wywróżyłaś, pamiętasz?
Zamachałam nadgarstkiem pokazując naszą bransoletkę przyjaźni.
     - A tobie wywróżyłam blondyna i... oto Colin!
     - Nie jesteśmy parą.
     - Co nie zmienia faktu, że ma cię na oku. Kwestia czasu.
Miała rację. Zaczęliśmy się spotykać, w drugiej klasie zostaliśmy parą. Byłam szczęśliwa. Miałam cudowną przyjaciółkę, znajomych, chłopaka. O problemach w domu zdarzało mi się zapominać, nie bywałam tam zbyt często. Wychodziłam rano, wracałam wieczorami. Szkoda, że nie mogło tak już zostać.
     Po feriach zimowych Cannie więcej czasu zaczęła spędzać ze mną i Margarett. Odkładane spotkania z Loren'em tłumaczyła jego nadmiarem obowiązków. Mój związek z Colinem zaś nie był tak głęboki. Łaziłyśmy po szkole do kawiarni, parku, sklepów. Zdawało się, że wszystko jest w porządku. Aż pewnego razu, w ich rocznicę umawianą już od dłuższego czasu, Canriette zastukała do moich drzwi. Wpuściłam ją, po czym zaszyłyśmy się w moim pokoju. Płakała, a ja ją przytulałam. Powiedziała, że wywinął się gadką o chorej babci. Właściwie w ogóle nie pamiętał. To samo z innymi spotkaniami. Ciągle coś mu wypadało. Zaczęła myśleć, że jej unika, a gdy powiedziała o swoich wątpliwościach wyżył się na niej twierdząc, że jest egoistką i związek powinien opierać się na zaufaniu. Raz, przypadkowo zdało jej się, że widziała go na ulicy z inną. Co prawda nie trzymali się za ręce ani nic, ale miał wtedy robić zdecydowanie coś innego.
     - Mei, myślisz, że przesadzam?
Pociągnęła nosem wtulając się w moje kolana na których leżała od jakiegoś czasu. Gładziłam lekko jej włosy chcąc ją uspokoić.
     - Może ja naprawdę wariuję... - po jej policzkach spłynęły kolejne łzy.
     - Po pierwsze, nie powinien się na tobie wyładowywać. Nic dziwnego, że czujesz się zaniedbana. Zwłaszcza dziś... Po drugie, powinniście ze sobą rozmawiać jeśli jest coś nie tak. Nie zrobiłaś nic złego mówiąc mu o tym.
     - To dlaczego wyszło na to, że wszystko jest moją winą?
Podałam jej kolejną z chusteczek.
     - Poczekaj aż się zobaczycie, może wszystko ci wyjaśni. Jeśli mówił prawdę, może być zwyczajnie zestresowany.
Chciałam w to wierzyć. Chciałam aby ponownie się uśmiechała. Zależało mi na jej szczęściu. Cannie została wtedy u mnie na noc.
     Całe szczęście, stało się tak jak mówiłam. Spotkali się, zabrał ją do teatru przypominając, że to właśnie scena ich połączyła. Wszystko się wyjaśniło. Znów promieniała. Na chwilę. W jej oczach coś gasło, wciąż zdawała mi się być zaniepokojona. Nie wyglądali już jak ta para sprzed roku. Chodziła z cieniami pod oczami, ale starała się zachowywać normalnie.
     - Rozwodzą się?
Margarett przysłuchiwała się ze współczuciem opowiadaniom Lisy. My także. I Colin wraz z Johanem.
     - Przykro mi... Radzisz sobie? - wtrącił pierwszy z chłopaków.
Blondynka pokiwała głową, a zaraz potem zakryła twarz dłońmi.
     - Chyba nie do końca. Chcesz się przejść?
Przystała na propozycję Johana choć zdała się nie być nią do końca usatysfakcjonowała. Wstali z zamiarem opuszczenia naszego towarzystwa.
     - Dziękuję za troskę, Colin.
Rzuciła na odchodne. Nie zazdrościłam jej takich doświadczeń, wiedziałam jednak jak nieprzyjemne mogą być spięcia w rodzinie. Zwłaszcza te, na które nie mamy absolutnie wpływu. Cannie położyła mi dłoń na ramieniu uśmiechając się ciepło. Wiedziała w jakiej jestem sytuacji.
     Potem było tylko gorzej. Kłótnie mojej przyjaciółki i jej ukochanego stały się codziennością. Nie tylko prywatnie, ale i na forum. Zdawało się, że więź jaka ich łączyła na początku, była wyłącznie snem, świat jakby odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Ludzie zaczęli dziwnie na nich patrzeć, rzucać komentarze, które nie miały na celu polepszenia sytuacji. Jedne w kierunku jej, inne jego. Te drugie mówiły, że od dawna wiadomo iż był on podrywaczem. Canriette marniała, widziałam w niej bezradność. Przestała uczyć się tak jak do tej pory, zdradziła mi, że myśli o odejściu z kółka teatralnego.
     - Dlaczego?
Wpatrywałam się w nią z troską.
     - Nie mam na to siły. Nie umiem się skupić.
Zaśmiała się gorzko. Ten śmiech na siłę udający, że jest w porządku nadal brzmi w mojej głowie.
     - Cannie, nie sądzisz, że powinnaś się z nim rozstać? Chodzisz jak struta, jesteś nieobecna, ciągle patrzysz w telefon licząc, że zobaczysz od niego dziesiątki wiadomości...
     - Jestem głupia, prawda?
Przyłożyła sobie dłoń do twarzy, drugą zaś chowając komórkę w kieszeń spodni.
     - Wiesz... na początku skupialiśmy się wyłącznie na sobie. Z czasem, poznając coraz lepiej, nasze poglądy wydają mi się być kompletnie inne. Myślałam o tym. Sęk w tym, że wciąż go kocham i to jest silniejsze od problemów jakie przynosi ten związek.
Znudził się nią i nie miał odwagi o tym powiedzieć. Bawił się uczuciami. Nie rozumiałam tego. Dlaczego? Zrobił sobie z niej osobistą zabawkę. Ta jego tajemniczość nie była romantyzmem, a zwykłymi niedopowiedzeniami, by nie zdradzić swojej prawdziwej natury. Kłamca, owijający sobie dziewczyny wokół palca. Tyle o tym myślałam. Nie mogłam jednak za nią decydować, a jedynie być przy niej. Zjadałyśmy tony słodkości. I tak minął kolejny rok w ogóle nie przynosząc poprawy.
     - Mei, co się dzieje z Canriette?
Od tygodnia nie przychodziła do szkoły, złapała ją grypa.
     - Choruje.
     - Nie o to pytam. Widać, że coś ją martwi. To coś martwi też ciebie. Chodzi o Lorena?
Zamilkłam, nie chciałam rozpowiadać o jej prywatnych sprawach choć inni wiedzieli, że im się nie układa. Pokiwałam w końcu głową. Colin westchnął.
     - Chyba nie do końca do siebie pasują. Czemu wciąż ze sobą są?
     - Kiedy się poznali, wyglądało to inaczej.
     - Spójrz jednak na nas... my nie kłócimy się w ogóle.
Zaśmiałam się cicho.
     - Sądzisz, że my do siebie pasujemy?
     - Mimo to, że jesteśmy ze sobą długo, a do tej pory nie udało mi się dotrzeć nawet do pierwszej bazy?
     - Urządzasz jakiś maraton?
Opierałam się o mury szkoły, Colin wtedy podparł się o nie dłońmi tak, że znalazłam się pomiędzy nimi. Pochylił się zbliżając do siebie nasze usta. Czułam jak mimowolnie się rumienię. Pewnie skradłby mi pierwszy pocałunek, gdyby Margarett nie zaczęła gwizdać, a Diana bić brawo. Przeszkodziły. Wtedy byłam odrobinę zirytowana, dziś tego nie żałuję.
     Dotrwaliśmy do półmetku trzeciej klasy. Ostatniego roku w murach gimnazjum. Były urodziny Canriette, razem z Margarett wybrałam się po kupno prezentu. Potem złożyłyśmy jej wizytę. Nawet tego dnia jeszcze zakładała na siebie maskę, zmuszając się do uśmiechu. Margarett kupiła jej zdobiony wazonik, ja - pluszowe towarzystwo dla Beana, którego wciąż chowała w pokoju. Zostałam u niej dłużej. Śmiała się gorzko mówiąc, że Loren złożył jej życzenia smsem. Starałam się odwrócić jej uwagę, zająć czymś przyjemniejszym. Wtedy komórka wydała z siebie dźwięk wibracji. Czytając tamtą wiadomość, wysunęła się jej z dłoni. Przeczytałam ją. Wysłana przez pomyłkę na niewłaściwy numer. Od chłopaka, którego kochała do dziewczyny o której istnieniu nie miała pojęcia. Z czułymi słowami, tęsknotą do ponownego spotkania. Powinien w ten je dzień być z Cannie. Powinien być z nią zawsze, gdy potrzebowała czyjegoś wsparcia. Zadzwoniłam do niego. Odebrał i bez zastanowienia zaczął tłumaczyć, że to kolega pisał do dziewczyny. Pożyczył telefon bo sam nie miał nic na koncie. Nie chciałam tego słuchać. Ona zaś siedziała pod łóżkiem, skulona. Z twarzą schowaną w kolanach.
     - Mogłabyś zostawić mnie samą?
     - Cannie, nie powinnaś... przecież zawsze przy tobie jestem, a ty przy mnie. - kucnęłam naprzeciw niej.
     - Chciałabym jednak pomyśleć w samotności.
     - Jesteś pewna? Możemy posiedzieć w milczeniu razem.
     - Proszę... Mei.
Wpatrywałam się w nią jakiś czas. W końcu przystałam na tą prośbę. Posadziłam przed nią Beana i zniknęłam zamykając za sobą drzwi. Słyszałam jeszcze jak rzuciła mi cicho "Kocham cię, wiesz?".
     Postanowiłam poczekać do jutra, dać jej tą chwilę namysłu. Położyłam się wcześniej spać i ogarnął mnie kamienny sen. Ani razu się nie budziłam, ani razu nie przekręcałam z boku na bok. Sądzę, że to nie był przypadek, ale nie rozumiałam dlaczego tak to musiało wyglądać. Pierwsze co zrobiłam po otworzeniu oczu, było zerknięciem na telefon. Dostałam wiadomość. Od Cannie. Pewnie poczuła się lepiej - na tę myśl uśmiechnęłam się ciepło. "Nie mogę tak dłużej. Codziennie rano wstaję i czuję jakby moją duszę coś rozrywało. Ból nie do zniesienia. Czuję się bezsilna, nie umiem nad tym zapanować... Długo myślałam i podjęłam decyzję. Chcę zasnąć i nigdy więcej już tego nie doświadczać. Tylko to mogę zrobić. Przepraszam. Kocham cię.". Zerwałam się. Biegłam. Musiałam nią potrząsnąć, natychmiast. Nie mogła gadać takich głupot. Dotarłam do jej domu w przeciągu kilku minut. Słyszałam dźwięk pogotowia, czyjś płacz. Minęłam wszystkich nie zważając na to co się działo, zatrzymał mnie jednak policjant.
     - Dziewczynko, nie możemy cię tam wpuścić.
     - Tam mieszka moja przyjaciółka. Chcę się z nią rozmówić w pewnej sprawie. - strąciłam jego dłoń ze swojego ramienia.
     - Przyjaźniłyście się? Poczekaj tu w takim razie, będziesz mogła złożyć zeznania.
     - Zeznania? Nie mogę teraz, przecież mówię panu. Mam coś ważniejszego na głowie!
Nie docierało do mnie co mówił. Nie chciałam aby docierało. Kątem oka widziałam, że to jej mama płakała stojąc w objęciach ojca. Z domu zaraz wyłoniła się dwójka sanitariuszy wynosząc na noszach ciało schowane w ciemny worek.
     - Zgon nastąpił około czwartej nad ranem. Prawdopodobnie przedawkowała tabletki nasenne.
Jeden z nich zwrócił się do przeszkadzającego mi mężczyzny. To był jakiś żart? Czy ja dalej śniłam i miałam koszmary? Rozpłakałam się. Moja Cannie, gdzie ją zabieracie? Gdybym tylko wcześniej przeczytała tą wiadomość. Gdybym wczoraj nie pozwoliła jej zostać samej. Obwiniałam się za to. Obwiniam się nawet teraz.
     W szkole pierwsze kroki poczyniłam z myślą odnalezienia Lorena. Trafiłam na jego klasę, w końcu wypatrzyłam i jego. Nie panowałam nad emocjami. Miałam ochotę go zabić. Wymierzyłam cios prosto w twarz bruneta. Polała się krew.
     - Dobrze się bawiłeś?! Sprawiło ci to radość? Jak możesz tak głupio się uśmiechać wiedząc, że zrobiła to przez ciebie?!
Kilku z obserwatorów powstrzymało mnie od kolejnego zamachu. Loren schował nos w rękawie swetra.
     - Odbiło ci? Zrobiła to bo miała coś z głową. Nie będę brał na siebie winy za czyjąś głupotę.
     Na pogrzebie jednak się nie pojawił. Przyszła większość szkoły, a Collin trzymał moją dłoń, gdy zalewałam się kolejnymi łzami. Rzeczywistość bez Canriette strasznie opustoszała. Na każdej lekcji nie mogłam się skupić widząc puste miejsce obok. Miejsce, którego już nigdy miała nie zapełnić. Miałam masę znajomych, jednak tylko ją umiałam nazwać przyjaciółką. Zawsze przy mnie była, od momentu poznania. Wypełniła wszelką samotność. To jej się ze wszystkiego zwierzałam, z nią dzieliłam radości. Nie umiałam się odnaleźć. Nikt inny do tej pory nie był w stanie stać u mego boku na dobre i złe. Przepełniła mnie melancholia. Przepłakiwałam każdy wieczór. Początkowo wszyscy rozumieli mój stan, z czasem zaczęli się odsuwać. Nie byłam już tą Mei, która mogła szaleć po szkole. Wygłupiać się i szukać okazji w sklepach. Doznałam wtedy niewielkiego przebłysku. Miałam Colina, on uważał nas za idealną parę. Wierzyłam, że mogę na niego liczyć choć zrezygnowałam ze wspólnych spotkań na dłuższy czas. Sądząc, że jednak dobrym pomysłem jest się wygadać, oddać jakiemuś innemu zajęciu, postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nie poszłam na koło plastyczne, na którym i tak ostatnio nie mogłam się skupić. Po lekcjach postanowiłam złapać go w szatni. Czekałam na najbliższym zakręcie. Zauważyłam go z Lisą, on też czekał - na nią. Ubrała się, a następnie obdarowali się wzajemnym pocałunkiem. Przeciągnęła go zarzucając chłopakowi ręce na szyję. Oniemiałam.
     - Nie jesteś dzisiaj na zajęciach z plastyki?
Margarett odwróciła moją uwagę tym samym przykuwając spojrzenia obserwowanej dwójki. Colin puścił Lisę i ruszył w moim kierunku. Minęłam dziewczynę i uciekłam. Dogonił mnie jednak w szybkim tempie.
     - Mei, pozwól mi to wytłumaczyć!
Krzyknął, gdy wciąż nie zwalniałam.
     - Daj mi spokój!
     - Posłuchaj, to nie trwa długo. Lisa potrzebowała czyjegoś wsparcia, przecież wiesz, że jej rodzice się rozwiedli! Zbliżyliśmy się wtedy do siebie i...
Stanęłam w końcu odwracając się do niego.
     - Wy wszyscy jesteście tacy sami.
Gdyby Cannie żyła, byłaby teraz przy mnie. Wspierała, rozumiała. Potrzebowałam jej, czułam to jak nigdy wcześniej. Zostałam zraniona. Dlaczego ludzie tacy byli? Zakłamani, podli, egoistyczni. Znów byłam tym dzieckiem w piaskownicy, które nie miało gdzie się podziać. Tylko, że tym razem nikt nie miał przyjść i wyciągnąć do mnie ręki. Zostałam ze wszystkim sama. Odcięłam się od otoczenia. Byłam, ale jakby mnie nie było. Po prostu istniałam. Mijały miesiące, a każda noc przypominała o tamtym dniu. Moi rodzicie niespecjalnie zwracali na to uwagę, zainteresował się jednak szkolny pedagog.
     - Opuściłaś się w nauce, nie przychodzisz na zajęcia. Także te z koła zainteresowań. Wdałaś się w bójkę... Wszystko zaczęło się po śmierci przyjaciółki. Nie radzisz sobie z tym?
     - Rozmowa nie przywróci jej do życia. Nic już nigdy nie będzie takie samo.
     - Mei, nawet jeśli ona odeszła, ty nadal tu jesteś. Twoje życie trwa i jestem pewna, że Canriette nie chciałaby abyś go marnowała. Mylę się?
     - Ona nie zastanawiała się co będę czuła po tym... zdarzeniu. Nawet gdyby, co jeśli wcale nie jestem silniejsza od niej...?
Przyznam, zdarzyło mi się o tym myśleć. Chciałam pójść za nią bo nic mnie tu nie trzymało, ale za każdym razem się wahałam. Rysowałam, choć prywatnie. Chciałam przelać na papier to co czuję. Właśnie wtedy stworzyłam szkic jej osoby w post-apokaliptycznym świecie. Wszystko wokół niej umierało aż zabrało ze sobą także jej duszą. Tak bardzo różniła się od dziewczyny ze spaceru nad rzekę...
     Zaczęły się wakacje, wybrałam liceum i wciąż tylko istniałam. Ból po jej stracie nie malał, choć zaczęłam odczuwać z tego powodu irytację. Patrzyłam na ludzi i wracały wspomnienia o tej Mei jaką byłam kiedyś. Cannie straciła wolę walki, nie umiała się otrząsnąć. Ze mną zaczęło dziać się to samo. Dopóki o własnych siłach nie postanowiłam wstać. Ruszyć naprzód. Życie toczyło się dalej. Puste, ale wciąż jednak się przede mną rozpościerało. Chciałam je tak spędzić? Nie mogłam wciąż trzymać się wspomnień. Postanowiłam zapomnieć, jak gdyby nigdy ktoś o tym imieniu nie istniał. Schowałam wszystkie pamiątki, prezenty, zdjęcia, szkice. Ostatecznie nawet naszą bransoletkę. Wyniosłam je do piwnicy. Jedynym mankamentem mojej metody było to iż całkowicie wyłączyłam uczucia. Nie tylko te w stosunku do niej, do innych również.    
     Starałam się odzyskać kontakty i świat, który byłby normalny. Do szkoły średniej trafiłam razem z Margarett. Uśmiechałam się, znów poznałyśmy masę nowych znajomych. Ona zainteresowała się robieniem zdjęć. Wygłupy były na porządku dziennym. Przeszłość schowałam w najgłębszy zakamarek pamięci. Powiedziałabym, że było dobrze. Choć moje uczucia wciąż były zamknięte. Nikomu się nie zwierzałam, do nikogo nie przywiązywałam. Nauczyłam się żyć z maską na twarzy. Choć podświadomie miałam uraz do płci przeciwnej. Każdy adorator szybko rezygnował w zetknięciu z moją obojętnością. Nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Komu chciałoby się przebijać przez ten ogromny mur? Po półtora roku usłyszałam o przeprowadzce, bałam się ponownie tracić grunt pod nogami, budować po raz kolejny wszystkiego od zera. Z czasem uznałam, że zostawienie za sobą wszystkiego bez reszty może być jednak kolejnym krokiem na przód. A później spotkałam jego...

     Ułożyłam kwiaty na marmurowej płycie i zacisnęłam usta zakrywając je zaraz dłonią. Kolejne łzy spłynęły po moich policzkach. Wracając do wspomnień, wertując tą historię od początku, znów czułam ból jaki towarzyszył mi w tamtym czasie. I choć myślałam, że zniknął... jedynie zakopałam go w najodleglejszych zakamarkach serca.
     - Wybaczysz mi kiedyś? To wszystko...
Pogładziłam dłonią nadgarstek na którym niegdyś nosiłam pamiętną bransoletkę.