poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział siódmy

     Nastał słoneczny, piątkowy dzień. Generalnie można było uznać go już za weekend, odwołali dzisiejsze zajęcia. W szkole mieliśmy pojawić się dopiero na szesnastą. Zdołałam zatem się wyspać, spokojnie umyć włosy i zjeść śniadanie. Byłam w dobrym humorze, ale to chyba normalne skoro nie zostałam obudzona donośnym dźwiękiem budzika, a promienie słońca przedzierały się przez firankę rzucając jasne snopy światła na moją pościel. To jakimś sposobem dodawało mi niesamowitego zastrzyku energii. Czułam się jakby było już lato, nawet niebo było niezwykle przejrzyste. Rodziców nie było w domu, toteż panował kompletny spokój. Siadłam na moment przed komputerem aby przejrzeć pocztę. Od czasu, gdy odezwała się Margarett często pisałyśmy do siebie. Teraz też w skrzynce znalazłam wiadomość od niej. Przez chwilę poczułam się nawet jak za starych czasów. Choć przecież brakowało tu jednej osoby. Aktualnie dyskutowałyśmy o największym z wydarzeń w starej szkole jakim była wystawa fotograficzna. W konkursie brały udział też inne licea. Obmawiałyśmy również wchodzący na ekrany film, oparty na książce, którą kiedyś czytałyśmy. Pojawiło się także z jej strony pytanie czy wpadnę w odwiedziny. Przeprowadzka była swego rodzaju ucieczką od przeszłości. Odcięciem się od tego co było. Nie wiedziałam zatem czy dobrym pomysłem było wracanie do czegoś, o czym pragnęło się zapomnieć. Po uprzątnięciu zbędnych maili zabrałam się za przygotowanie do wyjścia. Miałam wciąż sporo czasu, zatem gdybym nie miała już co robić, zamierzałam zrelaksować się słuchając muzyki. Usiadłam w fotelu ustawiając przed sobą podręczne lusterko. Wyjęłam z kosmetyczki potrzebne rzeczy i zajęłam się makijażem. Standardowo linię górnej powieki pociągnęłam eyelinerem, potem wytuszowałam rzęsy. Na ustach wylądowała pomadka w łososiowym odcieniu, a na policzkach róż. Zgarnęłam dłońmi włosy przytrzymując je z tyłu, następnie splątując je w kok. Pozostawiłam jednak kilka luźnych pasemek po bokach twarzy. Zerknęłam na zegarek, wciąż było za wcześnie, a pozostało już tylko się ubrać. Padłam na łóżko sięgając po mp3. Odpaliłam wolną melodię skomponowałam na skrzypcach i pianinie. Uprzednio szybko bijące serce od stresu, teraz jakby zwolniło rytmu. Wzięłam głęboki wdech i zanim się obejrzałam, usnęłam.
     Ponowne otworzenie oczu wywołały dopiero wibracje dochodzące gdzieś z pobliża mojej głowy. Chwyciłam telefon przenosząc go sobie przed twarz. SMS. Odebrałam. Nadawca: Iris. Treść: Gdzie jesteś? Czekamy na sali. Momentalnie spojrzałam na godzinę. Piętnasta czterdzieści pięć. Zerwałam się niemalże wyrywając jedną ze słuchawek, która wciąż tkwiła w moim uchu. Rozbieganym wzrokiem przestudiowałam pokój, zatrzymując się w końcu na ułożonej, na łóżku sukni. Wcisnęłam na siebie cienkie rajstopy, a potem błękitny ciuch i dokupione do niego buty. Chwyciłam jeszcze torebkę i zbiegłam po schodach. W przedpokoju narzuciłam na siebie płaszcz i zamykając za sobą drzwi popędziłam w kierunku liceum. Zaczepiłam kilka razy, jednocześnie narzekając w myślach, że nie tak to miało wyglądać. Całe szczęście nie miałam daleko. Wolnym krokiem około piętnastu minut, biegiem - nawet i pięć. Wpadłam zdyszana na dziedziniec - w koło były już pustki - a potem na salę. Dopiero tu, słysząc wciąż prowadzone przez rówieśników rozmowy postanowiłam na chwilę się zatrzymać aby złapać oddech. Zdążyłam. Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam oczy. Z pośpiechu dosłownie zakręciło mi się w głowie.
     - Mei!
Z tłumów wyłoniła się machająca ręka, jak się zaraz zorientowałam - należąca do Melanii. Osobą, która jednak krzyczała moje imię była Laurine. Obok niej dopatrzyłam się również Iris zdającej się być dość zniecierpliwioną. Przecisnęłam się między pozostałymi uczniami szkoły, docierając po chwili do koleżanek.
     - Przez moment myślałam, że już nie przyjdziesz. - rudowłosa westchnęła cicho.
Nie odpisałam jej na wiadomość, faktycznie. Ale nie miałam czasu jeśli chciałam zdążyć, choćby na ostatnią minutę. Wygładziłam dłońmi sukienkę i uśmiechnęłam się lekko.
     - Przepraszam. Przysnęłam.
Lu parsknęła śmiechem.
     - Więc to dlatego.
     - Uhm. - pokiwałam głową.
     - Nie o tym mówię. - zachichotała ponownie.
Wszystkie trzy wlepiły we mnie spojrzenia. Zamrugałam zdezorientowana.
     - Trochę się potargałaś. - wtrąciła nieśmiało szatynka.
Zdębiałam chwytając odruchowo za zrobiony kilka godzin temu kok. Nie widziałam go, ale uwierzyłam na słowo. Leżenie, a potem wciskanie sukienki i bieg w takim tempie zdecydowanie mogły zafundować mi na głowie szopę. Właściwie byłam tego pewna, wiedziałam jak wygląda moje poranne odbicie w lustrze. Obecnie nie mogło się zbyt wiele różnić. Poczułam, że na twarzy wymalowała mi się panika.
     - Poczekaj, poprawię ci. - Iris zdjęła moje dłonie z upięcia włosów i zaczęła przy nich majstrować.
     - Szukałem cię. Dyrektorka prosiła abyś do niej przyszła.
Nataniel wyrósł dosłownie spod ziemi. Miałam ochotę zakryć twarz rękoma wierząc jak małe dziecko, że dzięki temu stanę się niewidzialna. Niestety z wiekiem wiedziałam, że tym sposobem przykułabym jedynie więcej uwagi. Odprowadziłam wzrokiem poinstruowaną przez niego Melanię, która pospiesznie zniknęła między ludźmi.
     - Jest prawie dobrze. - odsunęła się, mówiąc pocieszycielskim tonem.
     - Trochę tylko sterczą ci pojedyncze kosmyki, ale wyglądają jakby specjalnie miały takie być. - dodała niebieskooka.
Moja kwaśna mina ani odrobinę nie uległa zmianie. Cały ranek mogłam się szykować, poprawiać, kombinować, a ostatecznie ląduję na szkolnej imprezie o nieco innej tematyce niż Halloween do którego pewnie bardziej bym pasowała.
     - Coś się stało? - wtrącił w końcu złotooki, który do tej pory tylko nam się przyglądał.
     - Miała małe... urwanie głowy. - Iris położyła mi dłonie na ramionach.
Nie mogłam znieść tego spojrzenia, zbytnio mnie krępowało. Nie powinno, ale w tym momencie było to ode mnie silniejsze. Z resztą, przecież nikt nie chciałby być oglądany przez kogokolwiek, gdy wygląda jak...
     - Nie chcę być owcą...! - zacisnęłam pięści na mojej sukni.
     - Owcą? - po chwili zaskoczenia, blondyn się zaśmiał. - Przecież wyglądasz idealnie.
Dopiero teraz zauważyłam jak on był ubrany. Miał na sobie ciemny garnitur. Pod nim koszulę i standardowo krawat, choć inny niż ten, który nosił codziennie. Może nie różnił się od tego Nataniela, jakiego widywałam dotychczas, ale mimo wszystko był bardziej dostojny. Zwyczajnie pasowało mu to. Kilka sekund potem, salę przeciął charakterystyczny dźwięk mikrofonu. Ten, przy którym ma się ochotę zatkać uszy. Następnie usłyszeliśmy głos dyrektorki. Ucichły rozmowy, wszyscy stanęli jak na apelach przystało. Zaczęło się.
     - Witajcie drodzy uczniowie! Na wstępie chciałam podziękować każdemu, kto zaangażował się w przygotowania. Dzięki wam, pomimo drobnych opóźnień, udało się wszystko zorganizować na czas. Cieszy mnie również, że pomimo mijających lat, wciąż w "Słodkim Amorisie" przybywa uczniów, a to święto nie traci na ważności. Bo mamy przecież ciekawą historię. Ci, którzy jej jeszcze nie znają, będą właśnie mieli okazję usłyszeć.
Przerwała w tym momencie, a zaraz do niej dołączyła Melania. Przełożyła między sobą kilka kartek trzymanych w rękach i zatrzymując się na właściwej, zerknęła w kierunku przybyłych osób.
     - Jesteście gotowi? Zatem, możemy zaczynać. Właściwie dotyczy ona bezpośrednio waszych rówieśników, ale jeśli ktoś zmierza przeszkadzać, lepiej niech od razu opuści salę i nawet nie próbuje psuć tego dnia. - wytłumaczyła, wypowiadając ostatnie zdanie jak jakąś groźbę.
Starsza pani odeszła na bok i miejsce za mikrofonem zajęła szatynka.
     - Liceum w którym się znajdujemy jest wyjątkowe. Nie powstało ono z myślą o samej edukacji, ale dla faktu iż miejsca jak to umożliwiają tworzenie więzi międzyludzkich...
     - Zaczyna się prawdziwa katorga. Ile razy można słuchać tego samego?
Lu chwytając mnie i Iris za ramiona, wcisnęła się do naszego rzędu, tym samym popychając mnie na Nataniela. Zrobiło się przez to trochę ciasno, mógł się odsunąć albo wycofać, ale tego nie zrobił. Mimo to, było mi głupio. Postanowiłam jednak skupić się na przemowie koleżanki.
     - Przecież słyszysz to dopiero drugi raz, dla niektórych poznanie historii szkoły jest czymś nowym. Weź pod uwagę pierwszoroczniaków albo Mei. - wtrącił ściszonym głosem.
     - Zapoznają nas z nią na stronie szkoły, tablicach ogłoszeń. Schemat obchodów jest dość podobny za każdym razem, można się tego dowiedzieć od wyższych klas. Poza tym Mei słyszała co nieco o tej historii.
     - Naprawdę nic ci się w niej nie podoba? Żadna z pozostałych części?
Blondynka na chwilę zamilkła.
     - Apele są po prostu nudne.
Iris podobnie jak ja oglądała, a raczej skupiała bardziej uwagę na Melanii. Patrzyła w naszą stronę kontynuując opowieść. Chyba w naszą bo tak właściwie nasze spojrzenia się mijały. Pochłaniała wzrokiem jakiś inny, bliski mi punkt. Po zakończeniu przemowy, złotooki opuścił nasze towarzystwo zajmując miejsce znajomej. Wspomniał o kilku innych formalnościach i zapowiedział przedstawienie. Na salę wniesiono też krzesełka. Zaciekawiło mnie czemu nie zrobiono tego wcześniej, każdemu zapewne byłoby wygodniej, ale to i tak był szczegół. Postanowiłam cieszyć się ostatkiem chwil wolności od Amber. Kto wie, może nawet miałabym okazję się jej odgryźć po dzisiejszym dniu? Nataniel nie wspomniał o tym aby miała talent, gdy widzieliśmy ją podczas prób. Zajęliśmy we trójkę miejsca. Laurine przeczesała wzrokiem pozostałych uczniów w poszukiwaniu kogoś. Z resztą nie było trudno zgadnąć kogo. Poszłam w jej ślady, musiała być zawiedziona bo Kastiel raczej duchem się nie stał. Zauważyłam za to Violettę, ponownie Melanię i w drugim końcu sali Rozalię w towarzystwie dwójki chłopaków. Jednego z nich znałam - Lysandra. Drugi musiał być jej partnerem. Wszyscy tak podobnie się ubierali. Zastanawiając się ile osób jeszcze zaprosiło kogoś z poza liceum, ponownie przejrzałam rzędy krzesełek. Ciężko było jednak to stwierdzić, gdyż znałam zaledwie garstkę z tych twarzy. Odwróciłam się w końcu, siadając normalnie. Na przedzie, spostrzegłam wtedy większość nauczycieli. Na scenę wyszła też pani Madner ponawiając zapowiedź sztuki. Ponownie nastała cisza, a potem kurtyna osłaniająca podest zniknęła ujawniając pierwszy z aktów. Grała tam nie tylko Amber, ale również jej koleżanki. Były jeszcze dwie inne dziewczyny i trzech chłopaków. Oczywiście blondynka była postacią pierwszoplanową. Spektakl przedstawiał historię młodości założycielki szkoły. Dokładniej moment poznania powodu dla którego założyła placówkę, oraz wyrywki z ich dalszej znajomości. Gdy kończyli naukę będąc razem, gdy brali ślub, wspólnie poparli marzenie o "Słodkim Amorisie". Przyznam, było ciekawiej niż słuchając gołych faktów. Było romantycznie, zwłaszcza chwila, gdy jej się oświadczył podczas spaceru po plaży. William - bo tak miał na imię, ukrył pierścionek na jednej z pobliskich skał, zachęcając do szukania muszelek. Oczywiście skarb był tak ułożony aby łatwo na niego trafiła. Amber naprawdę miała wtedy łzy w oczach. Patrzyli na siebie jakby byli prawdziwie zakochani. Ewidentnie umiała udawać, przydawało jej się to nie tylko do manipulowania ludźmi. Nie doszukiwałam się jednak wpadek. Właściwie, zapomniałam o fakcie iż działała mi na nerwy. Przedstawienie było dość długie aby wyuczyć się całej roli w te kilka dni, nawet jeśli to samo grała rok temu. Dlaczego chwilami aktorzy korzystali z pomocy suflera. O ile w prawdziwym teatrze nie było tego widać, tak tu można zauważyć, czasem nawet usłyszeć. To ostatnie wywołało ciche chichoty wśród widowni. Ciche - bo nie chciano podpaść rozckliwiającej się nieopodal dyrektorce. Przyłapałam się na uśmiechu, gdy na nią zerknęłam. Wszystko było takie bajkowe, aż mało realne. Może jednak warto próbować? Może nie wszystko musi kończyć się tragedią? Westchnęłam głęboko, klaszcząc na zakończenie przedstawienia. Potem grupa chętnych pomogła wynosić uprzednio ustawione krzesełka oraz rekwizyty ukryte podczas spektaklu. W końcu sala wróciła do uprzedniego wyglądu. Następnie, na środek wyszła Melania wraz z inną dziewczyną pełniącą funkcję gospodarza jednej z klas, zachęcając resztę do oglądania wystawy zdjęć, informując o stworzonym na tą okazję bufecie w którym można było się napić, zjeść czy porozmawiać. Znajdował się on na jednym z holi. Zaprosiły ostatecznie na bal, życząc miłych obchodów rocznicy. Coś podobnego powiedziała po nich też dyrektorka, prosząc o włączenie muzyki. Z głośników po brzmiał utwór. Najpierw ciszej, potem stawał się coraz donośniejszy. Uczniowie rozeszli się robiąc większą przestrzeń, nie stali już tak zwarci jak podczas przemówienia. Iris zaproponowała poszukanie większej ilości znajomych. Odnalazłyśmy w pierwszej kolejności Kim. O ile nie potrafiłam wcześniej wyobrazić jej sobie w sukience, tak teraz miałam ją tuż przed sobą. Właściwie nie wyglądała tak nadzwyczajnie. Jej sukienka była dość podobna do stroju Laurine, z tym, że mniej błyszczała i była ciemnogranatowej barwy. Niedługo potem dołączyła do nas Melania z Violettą. Fioletowowłosa przeprosiła za zrzucenie pracy z rozwieszaniem plakatów na mnie. Nim zdążyłam się obejrzeć, Iris obróciła mnie w piruecie. Tak też spędziłyśmy jakiś czas bawiąc się we własnym towarzystwie. Po kilku piosenkach odłączyła się od nas szatynka, zmierzając w kierunku blondyna, który na moment mignął gdzieś w tłumie. Nie wiedzieć czemu, poczułam wtedy dziwne ukłucie. Dopatrzyłyśmy się w końcu również Rozalii, nie podchodziłyśmy jednak do niej bo nie chciałyśmy przeszkadzać. Ostatecznie ona to zrobiła ciągnąć ze sobą dwójkę towarzyszy. Tego pierwszego przedstawiła jako wspominanego już wcześniej Leo. Dowiedziałam się również, że jest starszym bratem Lysandra. Wyjaśniło to powód dla, którego trzymali się razem. Białowłosy wspomniał też, że usiłował namówić Kastiela na przyjście, ale ten był zdania, że imprezy tego typu nie są w jego stylu. Teraz bez wątpliwości nasze towarzystwo musiało wystarczyć Laurine. Nie załamując się zbytnio postanowiła wymyślić idealną parę dla Lysandra. Jako iż się wyróżniał stylem, sprawiał wrażenie tajemniczego i ciężko kogoś było dopasować. Pomyślałam, że jeszcze się chłopak załamie przez jej bezowocny casting, ale on tylko skwitował iż blondynka też jest sama. Odcinając się od rozmów, którym i tak bardziej się przysłuchiwałam niż w nich uczestniczyłam, rozejrzałam się po pomieszczeniu, lustrując wzrokiem wystrój. Ten nad którym ostatnio pracowaliśmy tyle dni, a potem usłyszałam jak z głośników zaczyna wydobywać się spokojniejsza melodia. Postanowiłam wyrwać się oznajmiając, że zajrzę do bufetu. Tak też zaraz zrobiłam, opuszczając salę. Ruszyłam przez dziedziniec, docierając zaraz na szkolny hol. Poza mną znalazłam tam raptem dwie inne osoby i... Kentina, jako obsługę bufetu. No tak, nie widziałam go od czasu, gdy pomagał przy przedstawieniu.
     - Ken! Nie nudzisz się tutaj?
Podeszłam od razu do lady za którą widniały ciastka, surówki i inne przekąski. To pierwsze wyglądało naprawdę kusząco.
     - Nie, wolę spokojniejsze miejsca. Poza tym, nie umiem zbyt dobrze tańczyć. - posłał mi uśmiech - Masz na coś ochotę?
Spojrzałam ponownie na zawartość lady, coś jednak ścisnęło mnie w żołądku, gdy wspomniał o tańcach.
     - Ale apel cię nie ominął? - uniosłam wzrok.
Zrobiło mi się go szkoda na myśl, że mógł być aż tak wykorzystywany.
     - Chyba był obowiązkowy dla wszystkich. Później pomagałem dalej przy przedstawieniu, ale mogłaś mnie nie zauważyć.
Racja, właściwie nie rozglądałam się za nim jakoś specjalnie. Mogłam go pominąć, bardziej zaciekawiona wtedy byłam dziewczynami.
     - Co do jedzenia, podziękuję na razie, ale możliwe, że jeszcze zajrzę. - odpowiedziałam w końcu.
     - Zapraszam. Będę tu stał aż do końca zabawy. - ponowił uśmiech.
Odwzajemniłam ten gest, a potem odeszłam kierując się dalej w głąb holu. Dokąd chciałam dojść? Tak właściwie nie wiedziałam, potrzebny był mi jednak chociaż krótki spacer, z dala od hordy ludzi. A może po prostu nie chciałam widzieć klejących się do siebie par, a wśród nich... Nawet jeśli dyrektorka miała tak szczytny cel. Szkoła była cała oświetlona pomimo dość późnej godziny. Na tyle później, że za oknami zdołało się ściemnić. Wtedy wpadło mi coś do głowy. Skoro wszyscy byli zajęci obchodami rocznicy, nikt raczej nie pomyślałby aby zaglądać na dach. Świeże powietrze i wolna przestrzeń, gdzieś, gdzie mogłam pobyć zupełnie sama. Uprzednim razem nie do końca mi się to udało, teraz jednak były większe szanse. Wchodząc na ostatnie piętro, nie minęłam ni jednej żywej duszy. Otworzyłam ostrożnie drzwi rozglądając się za innym możliwym ukrytym gościem. Jak okiem sięgnął, nikogo nie było. Weszłam pewniej, pozostawiając uchylone wejście. Zachęcił mnie widok nieba. Było na nim co prawda kilka chmur, ale nie przeszkadzały w zauważeniu ilości gwiazd jakimi było usłane. Przebijał się przez nie również blask księżyca tworząc nieziemski krajobraz. Rozchyliłam dosłownie usta wpatrując się w nie. Zaraz potem mimowolnie ogarnął mnie smutek. Czy takich widoków nie powinno oglądać się w towarzystwie najbliższej osoby? Dopełniałaby tylko ich piękno. Przeniosłam wzrok na dach, przyglądając się teraz cienkim liniom przecinającym jego strukturę. Przymknęłam oczy biorąc głęboki wdech, a potem ruszyłam krok za krokiem po wyznaczonym torze.
     - Co ty tu robisz?
Niespodziewany głos wybił mnie z równowagi. Zachwiałam się machając odruchowo rękoma, zupełnie jakby był to krawężnik i mogłabym z niego spaść. Odwróciłam się skrępowana pytaniem.
     - Mówiłem już kiedyś, że jesteś zabawna? - złotooki podszedł nieco bliżej.
     - Nie przypominam sobie. Nie powinieneś być na sali?
Było mi głupio, że zostałam przyłapana na tak infantylnej zabawie.
     - O to samo pytałem ciebie. - uniósł wyczekująco jedną brew.
     - Chciałam trochę odpocząć. Nie planowałam, że zawędruję aż tutaj. Wybacz, jeśli sprawiłam kłopot.
     - Większość dziewczyn woli być tam aby móc z kimś zatańczyć.
Jakimś trafem przypomniałam sobie scenę znikającej w tłumie Melanii.
     - Chyba nie jestem jak większość. - zaśmiałam się gorzko - A ty? Jestem pewna, że mógłbyś poszczycić się sporą kolejką.
Oparłam się o siatkę ogradzającą dach.
     - Skąd ten pomysł? - miałam wrażenie, że na jego policzkach pojawiły się delikatne rumieńce - Melania mnie o to prosiła, ale akurat zamierzałem cię poszukać.
Po co? Zadałam sobie pytanie w myślach czując jak podświadomie moja bujna wyobraźnia buduje przeróżne scenariusze. Odgoniłam je jednak szybko.
     - Dlaczego? - spojrzałam na niego, mimo wszystko zaciekawiona.
Mógł mieć miliony powodów.
     - Pomyślałem, że osobiście podziękuję ci za pomoc w przygotowaniach.
     - Chciałam jakoś się przydać. - poczułam dziwne ciepło gdzieś w środku siebie - Poza tym nie ja jedna pomagałam.
     - Wracasz na dół?
Zamyśliłam się nad odpowiedzią.
     - Mają teraz seans wolnych? - zrobiłam nieco głupią minę, chcąc jakoś się wywinąć.
     - Jeśli nie masz ochoty, mógłbym odprowadzić cię do domu.
Zamrugałam zdezorientowana. Ile razy miał zamiar jeszcze mnie zaskakiwać? Takiego obrotu sytuacji nawet moja wyobraźnia nie wzięła pod uwagę. Zmieszałam się tą propozycją, wbrew pozorom nie miałam nic przeciwko.
     - Nie będziesz miał problemów jeśli od tak wyjdziesz?
     - Poradzą sobie. Swoje już zrobiłem na dziś.
Poczynił kilka kroków ku wyjściu, czekając aż podążę za nim. Oderwałam się w końcu od siatki dotrzymując mu kroku. Wróciliśmy do budynku, tam przemierzając korytarz. Zaraz zeszliśmy też na parter. Tak jak poprzednio, nie było tam zbyt wielu ludzi.
     - Znalazłeś ją? - rzucił Ken, gdy mijaliśmy bufet, tym samym przykuwając moją uwagę.
Szybko zdałam sobie sprawę, że słowa kierował do Nataniela.
     - Wbrew pozorom, nie było tak trudno. - odparł złotooki uśmiechając się lekko.
Wyglądało na to, że szukał mnie już wcześniej. Na swój sposób to było miłe, skoro fatygował się jedynie aby mi podziękować, a mógł przecież zostać na sali z innymi. Zabraliśmy z szafek swoje rzeczy i ruszyliśmy ku wyjściu. Nim jednak zdążyliśmy opuścić budynek, zatrzymałam wzrok na zrobionej tuż przy głównych drzwiach, wystawie fotografii. Wiedziałam iż takowa ma powstać, ale wcześniej nie zainteresowałam się nią. Zdjęcia przedstawiały najważniejszą dziś parę. Były te starsze i nowsze. Pierwsze z nich zdołały już odrobinę wyblaknąć. Były fotografie z zakończenia ich szkoły, studniówki, wspólnych spacerów, poprzez ślub na innych okazjach kończąc. Zazdrościłam im, uczucie, którego doświadczyli zdawało mi się takie odległe. Do tego stopnia, że było poza moim zasięgiem. Nataniel przystanął obok, dołączając do podziwiania pamiątek.
     - Pięknie wyglądają, prawda? - uśmiechnęłam się odruchowo, naprawdę podobny widok mnie poruszał.
     - Trzeba przyznać, że pasują do siebie. - skwitował.
     - Nic dziwnego, że ten dzień tyle dla niej znaczy. Poza tym, ma dość oryginalną pamiątkę.
     - Podobało ci się? - zapytał po chwili, spoglądając na mnie.
Skinęłam głową.
     - Nawet jeśli uciekam w połowie potańcówki.
Przejrzeliśmy jeszcze kilka ilustracji. Na blondynie nie robiły one aż takiego wrażenia, ja widziałam je dopiero pierwszy raz. Skierowaliśmy się ku miejscu mojego zamieszkania, a przynajmniej taki mieliśmy zamiar. Nadrobiliśmy drogi przechodząc także przez park w którym jakiś czas temu konsumowałam kupione przez niego ciastko. Opuszczając go, mijaliśmy również wciąż czynne rzędy sklepów. Rozmawialiśmy głównie o szkole, zeszliśmy też na temat mojej przeprowadzki. Znał jej powód, zaciekawiło go jednak czy wciąż czuję się tu obco. Stwierdziłam, że teraz tu jest mój dom. Tak było, poza tym coraz bardziej przyzwyczajałam się do nowego miejsca zamieszkania. Na tyle, że postanowiłam przestać uważać je za takie "nowe". Podziwiając oświetlone przez latarnie ulice, dyskutowaliśmy również o książkach.
     - Lubisz kryminały? - zapytałam czysto retorycznie.
Musiałam przyznać, że ekscytującym jest odkrywanie krok po kroku różnych tajemnic, wczuwanie się w tamtejszych bohaterów.
     - Kojarzysz te tytuły? - nawiązał do wspominanych przed chwilą pozycji.
     - Nie wszystkie, ale część. - posłałam mu uśmiech.
     - Mógłbym pożyczyć ci którąś jeśli chcesz. - odwzajemnił gest.
     - Chętnie!
Przystanęliśmy na moment wbiljając wzrok w sklepowe okno. Księgarnia przykówała uwagę swoim staromodnym stylem. Przybliżyliśmy się do okna lustrując to co było po jego wewnętrznej stronie.
     - Byłaś tu już kiedyś?
Musiałam zaprzeczyć, choć byłam pewna, że zajrzę tu nie raz.
     - Mają wszystkie nowości. Szybko dostają dopiero co wydane tytuły. Jest w czym wybierać.
     - W takim razie muszę koniecznie nadrobić ten brak.
Oderwałam na moment wzrok od wystawy, obok przechodziła właśnie starsza pani, wspierając się o lasce. Zza niej natomiast wyłoniła się para. Szatynka o średniej długości włosów, sięgających ramion. Towarzyszył jej ciemnowłosy mężczyzna. Rozpromienieni dyskutowali o czymś zaciekle. Przez myśl przemknęło mi czy i ja z Natanielem nie wyglądam teraz jak para? Oczywiście, że nie. Nic nas nie łączyło. Wtedy dwójka przechodniów skierowała się do przejścia. Śledziłam ich wzrokiem, dopóki kobieta nie spojrzała w naszą stronę. Dokładniej po to, aby sprawdzić czy nie nadjeżdża żaden samochód. I wszystko posypało się jak lawina. Mimowolnie otworzyłam usta, zaraz przysłaniając je dłonią. Ta twarz... przecież ją znałam. Mama. Co ona tu robi? O tej porze? Z obcym facetem? Niemożliwe. Przecież powinna być w domu. Tamta kłótnia miała być przeszłością, moją wybujałą wyobraźnią. Dlaczego więc? Dlaczego ludzie zachowuję się w ten sposób? Od razu przypomniałam sobie ostatnią, ostrą wymianę zdań między nią, a ojcem. Jego późne powroty i weekendy spędzone w biurze. Po co to wszystko...? Jakby dzięki temu, można było być szczęśliwym. Oplatając się dłońmi na wysokości klatki piersiowej, cofnęłam się kilka kroków. Patrzyłam się w martwy punkt. Co ja tu robiłam? Miałam dosyć patrzenia na to jak ludzie cierpią, nawzajem zadając sobie kolejne ciosy. Nie chciałam stawać kolejny raz na scenie, oczekując rozczarowania. W koło było ich wiele, zbyt wiele... A ja, chciałam tylko od tego uciec. Gdzieś daleko. Oczy blondyna splotły się z moim spojrzeniem. Poczułam przeszywający ból. Odwróciłam się zrywając do biegu. Miałam tego nie robić, ale w tej chwili kierował mną wyłącznie egoizm. Nataniel pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Chciałam zniknąć, sprawić aby to wszystko przestało mnie otaczać.
     - Mei, co się dzieje?
Czyjaś dłoń w szybkim tempie chwyciła mój nadgarstek, tym samym uniemożliwiając dalszy bieg.
     - Mylisz się, jeśli uważasz, że kolejny raz pozwolę ci uciec!
Miał stanowczy głos, bardziej niż zwykle, ale te słowa niespecjalnie do mnie docierały. Rozmyły się zaraz jak setki innych paplanin nachodząc na siebie. Szarpnęłam się. Raz, drugi, trzeci i kolejny. Nie pozwalał mi jednak się oswobodzić. Obrócił mnie zaraz w swoją stronę. Nie chciałam płakać, ale czułam jak z moich oczu już płynęły łzy. Jedna za drugą, ściekając po policzkach. Zasłoniłam twarz dłonią. Byłam tak beznadziejnie bezsilna. Taka żałosna.
     Nie pamiętam jak długo tak staliśmy, ale gdy zdołałam się uspokoić, jego dłoń przetarła mój mokry policzek. Wspomnienie o tym cieple nie uległo zmianie. Zdawało się być niewyczerpalnym źródłem. Roztapiał mnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Jego złote tęczówki, przepełnione smutkiem im dłużej były we mnie wpatrzone, tym zdradzały większy kawałek duszy. W tej duszy, tamtego wieczoru dojrzałam coś znajomego...
     - Więc sądzisz, że twoja rodzina się rozpadnie?
Zapytał, gdy opowiedziałam mu co doprowadziło mnie do takiego stanu. Siedzieliśmy na ławce, nieopodal tych sklepów. Jego dłoń przykrywała moją. Nie umiałam udawać, a może dłużej nie chciałam. Pokiwałam tylko głową.
     - Może to tylko tak wyglądało i da się jakoś wytłumaczyć?
Uniosłam na niego wzrok.
     - I tak nigdy nie byliśmy ze sobą zżyci. Nie powinnam cię w to mieszać. Masz własne problemy, jak każdy.
     - Wbrew pozorom, nie zawsze najlepszym wyjściem jest zostawanie z nimi samemu. Tak czy inaczej... przykro mi.
Mi też było przykro. Przy nim czułam jednak dziwną ulgę. Działał trochę jak parasol w ulewny dzień. Nikt do tej pory nie był w stanie mnie zrozumieć. Może dlatego, że do tej pory nie spotkałam kogoś, kogo serce biłoby tym samym rytmem.
     - Ludzie już tacy są... - wzięłam głęboki wdech.
     - Gdybyś jednak potrzebowała porozmawiać, wiesz, gdzie mnie szukać.
Wysiliłam się na uśmiech.
     Nasz spacer przedłużył się o kolejne dziesiątki minut. W końcu odprowadził mnie pod dom, ciągle trzymając za rękę. To było krępujące. Zapewne bał się, że znów zapragnę uciec. Dziwił mnie sposób w jaki się zachowywał. Nikt kogo do tej pory znałam by się mną nie przejął. Każdy unikał. Każdy, poza nim. Ostatecznie nasze dłonie się rozdzieliły, choć miałam wrażenie, że wcale nie chciał mnie wypuszczać. Jak gdyby bał się zostawiać samej. W końcu zniknęłam za drzwiami domu. Znów sama z tysiącami rozdzierających ciszę myśli. Choć rodzice nie byli moim jedynym powodem, na pewno o pozostałych nie pozwalali zapomnieć. Może i on czuł, że jest coś jeszcze...

sobota, 20 lipca 2013

Rozdział szósty

Wybaczcie za zwłokę z nowym rozdziałem, ale miałam go spisanego na kartkach papieru. Dokładniej był długości około połowy zeszytu. Dłuuugo się zbierałam nim zachciało mi się go przenieść na komputer. W każdym razie... już jest x3! Zastanawiałam się tylko czy podzielić go na dwie części czy dać jako dwa osobne rozdziały. Ostatecznie wybrałam drugą opcję. Zamierzam wziąć się też za drobny remont tutaj, bardziej rozbudować bloga. Może zdążę nawet dziś. Nie spieszy mi się, chyba i tak mało kto tu wchodzi. O ile w ogóle ktokolwiek.

A tak btw, zaspamuję piosenką, której nie mogę dziś przestać słuchać ♥
Ever - Diaura

***
     Z Violettą spotkałyśmy się też następnego dnia aby dokończyć plakaty. Wbrew pozorom pracy przy przygotowaniach nie pozostało zbyt wiele. Przez wzgląd na zaangażowanie dużej ilości uczniów wszystko szło sprawnie. Sprawniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jeszcze przedwczoraj widziałam wszechobecny zamęt, teraz każdy powoli oddychał z ulgą wiedząc co ma robić i, że wszystko posuwa się do przodu. Przyozdabiałyśmy salę w, której miała odbyć się uroczystość. Przyznam, byłam podekscytowana. Z niektórych zajęć zostaliśmy zwolnieni aby móc skończyć przygotowania. Amber wciąż była pochłonięta ćwiczeniem roli więc miałam spokój. Zdziwił mnie jednak widok Kentina wśród "aktorów". Przez chwilę myślałam, że też bierze udział w przedstawieniu jednak okazało się, że jedynie usługuje przynosząc najpotrzebniejsze rzeczy w postaci napojów i przekąsek. Wraz z dziewczynami wygłupiałyśmy się w międzyczasie zakładając na głowy łańcuchy, oplatając je wokół szyi. Robiłyśmy też płaszcze z kolorowych materiałów i rzucałyśmy się konfetti. Rozalii było nadzwyczaj ładnie, gdy stworzyła sobie sukienkę z granatowej, obszytej koronką tkaniny. Miała niesamowitą figurę, a to tylko dodawało jej uroku. Posiadała długie białe włosy i złote tęczówki. Tym ostatnim, przypominała odrobinę Nataniela. Gdy tylko przyszło mi to do głowy, a dziewczyna spojrzała w moje oczy, poczułam znajome zmieszanie. Miała też oryginalny styl ubioru. Zdało mi się, że skądś go już kojarzę, tylko nie wiedziałam skąd. Generalnie Roza - bo tak zdrabniali jej imię, należała do zakręconych osób. Poznałam wtedy też Kim. Określiłabym ją mianem chłopczycy, wyglądała również na znacznie dojrzalszą. Ją natomiast cechowały krótkie, sięgające końca twarzy, czarne włosy i sportowe ciuchy. Wraz z nami była również Violetta.  Aktualnie szłam po wstążki abyśmy mogły ostatecznie zakończyć przyozdabianie. Dziewczyny w tym czasie sprzątały pozostały bałagan. Za wyjątkiem fioletowowłosej, musiała wcześniej wrócić. Idąc w zamyśleniu, poczułam jak nagle tracę równowagę. Musiałam o coś zaczepić, teraz tyle było tu rzeczy, że wbrew pozorom nie trudno o wypadek. Ktoś jednak w odpowiednim momencie chwycił moje ramiona, tym samym ratując mnie przed wyjściem na kompletną sierotę. Zmrużyłam oczy, otwierając je ponownie, gdy stałam już bez obawy przed upadkiem.
     - Powinnaś bardziej patrzeć pod nogi.
Nie skojarzyłam tego głosu. Nic dziwnego, po prostu nie znałam jego właściciela. Uświadomiłam to sobie dopiero, gdy się zerknęłam przez ramie. Chłopak miał białe włosy jak Roza, tylko, że krótsze i z farbowanymi na czarno końcówkami. I ubiór... no tak. Już wiedziałam z kim skojarzyłam jej styl. Białowłosego znałam z widzenia, to jego kiedyś zauważyłam w towarzystwie Kastiela. Zaciekawiło mnie, czy jego na pozór miłe zachowanie było szczere, czy też zaraz miał wyjść z niego drugi gbur. Jednak jego wyraz twarzy był dość zatroskany. Żadnej wściekłości, żadnej irytacji.
     - Przepraszam! - wybełkotałam szybko odwracając zaraz się do niego.
Przykuwała w nim uwagę jeszcze jedna rzecz, mianowicie, heterochromia. Czyli jego oczy były różnych od siebie kolorów.
     - Na szczęście nic się nie stało. Jesteś nowa? Nie przypominam sobie, abym widział cię wcześniej.
Nie wiem czy status "nowa" nadal obejmował moją osobę. Zdążyłam się już w miarę zaaklimatyzować, ale wciąż nie znałam zbyt wielu ludzi w porównaniu do ilości uczniów Słodkiego Amorisa. Toteż chyba mógł mnie tak nazwać.
     - Kilka miesięcy temu przeniosłam się do tego liceum. - uśmiechnęłam się lekko - Mei. - uznałam, że powinnam zdradzić imię swojemu nowemu wybawcy.
     - Lysander. - odwzajemnił mój gest.
Z krótkiej rozmowy dowiedziałam się, że i on nie jest tu od pierwszej klasy. Zaraz jednak poszłam zająć się tym co miałam w zamiarze. Nie chciałam aby pozostali musieli dłużej na mnie czekać.
     Zabrałam wstążki i wróciłam do towarzyszek. Nie miałyśmy drabiny więc musiałyśmy sobie radzić wchodząc po szczebelkach przeznaczonych do ćwiczeń. Poza salą, ozdabialiśmy również hole, wejście do szkoły. Wszystko wyglądało niesamowicie. Jakby w zupełnie innym miejscu niż tym przeznaczonym do nauki. Teraz bardziej przypominało salę bankietową. Bankietową... ale nikt nic nie mówił o tańcach. I nic bym nie wiedziała, gdyby dyrektorka w pewnej chwili nie weszła na scenę. Tę po której grasowała Amber z ekipą. Chwaląc nas za postępy, nie omieszkała wspomnieć o tym szczególe. Mogłam doczytać do końca plan imprezy, wszystko było wyszczególnione w punktach. Chcąc zakończyć prace, zatrzymałam wzrok na stercie kartek przeze mnie trzymanych. Pozostało tylko je rozwiesić. Musiałam jednak zrobić to sama. Nie dałabym jednak rady wdrapując się po szczebelkach bez używania rąk tak żeby trzymać w nich plakaty i jeszcze przyklejać. Zatem udałam się na poszukiwania normalnej drabiny. Wróciłam na szkolny hol z zamiarem odszukania kogoś kto mógłby mi pomóc w odnalezieniu niezbędnej rzeczy.
     - Jak wam idzie?
Zerknęłam za siebie. Blondwłosy chłopak właśnie wyszedł z pokoju gospodarzy. Odwróciłam się pokazując mu ostatnie zadanie do zrealizowania.
     - Muszę je jeszcze rozkleić. Nie wiesz, gdzie mogę znaleźć drabinę? Raczej nie dam rady inaczej tego zrobić. - uśmiechnęłam się niepewnie, mając nadzieję, że będzie umiał mi pomóc.
Nataniel zamyślił się na moment zerkając, gdzieś w głąb korytarza.
     - O ile się nie mylę, powinna być na zapleczu jeśli ktoś jej już nie wziął.
Złotooki ruszył we właściwym kierunku, szybko podążyłam za nim. Zaplecze nie było zbyt daleko, najpewniej wtedy w zamyśleniu właśnie na nie się patrzył. Wygrzebał z kieszeni klucze i otworzył pomieszczenie. Zaraz wyłonił się również z przedmiotem moich poszukiwań. Uśmiechnął się triumfalnie.
     - Masz szczęście Mei.
Miałam. Przynajmniej w tej chwili bo przecież pojęcie szczęścia posiadało bardzo szerokie znacznie.
     - Racja, znam prawdziwego magika. - zaśmiałam się cicho.
     - Po prostu tam była.
Podeszłam bliżej, chcąc ją wziąć od niego.
     - Dasz radę? - zawahał się chwilę nim puścił przedmiot.
     - Nie jestem taka słaba.
Uniosłam jedną brew zaraz czując, że drabina wcale lekka nie była. Nie na tyle żeby trzymać ją jedną ręką. Chwyciłam machinalnie też drugą, pozwalając aby kartki niemal całkiem się z niej wysunęły. Złotooki jednocześnie chwycił chyba wszystko co trzymałam, włącznie z moimi dłońmi. Zmieszałam się. Jego były takie ciepłe. Czułam to wyraźnie przez wzgląd na wieczne towarzyszące mi zimno. Spojrzałam na Nataniela. Zsunął powoli swoje ręce z moich zaraz też na mnie spoglądając.
     - Chyba jednak nie dasz.
I tak został wrobiony w rolę osobistego tragaża. Objęłam plakaty idąc tuż obok chłopaka. Znów czułam ze w zdwojoną siłą swoje serce. Tak jak wtedy, w bibliotece. Miałam o nim nie myśleć, nie w ten sposób. Odwróciłam wzrok w przeciwną stronę, właśnie wyszliśmy na dziedziniec. Starałam się stłumić myśli, które tak uciążliwie znów nawiedzały moją głowę. Udało się, ale dlatego, że znalazłam odpowiedź na jedno z nurtujących mnie pytań. Zatrzymałam się, wpatrując w dane miejsce. Laurine nie uczestniczyła w organizacji. Zawsze po zajęciach szybko znikała, mimo, że te były skrócone. Nie wiedziałam czemu, teraz wszystko jak układanka połączyło się w całość. Blondyn też przystanął, mimo iż chyba nie wiedział jeszcze o co mi chodzi.
     - Lu? - wydałam z siebie ciche, retoryczne pytanie.
Nataniel powędrował wzrokiem w tym samym kierunku.
     - To jest Laurine? - powtórzył - Przez chwilę myślałem, że jest nową uczennicą. Choć zwykle, każdego mam okazję poznać.
Moja koleżanka stała spory kawałek od nas, na tyle odległy abyśmy  nie zostali zauważeni. Stała, to nic nadzwyczajnego. Nadzwyczajne było z kim i co tam robiła. Tego ostatniego nie wiedziałam, wiedziałam jednak, że osobą jej towarzyszącą był Kastiel. Dłoń blondyna powędrowała ku jego czole.
     - Nie powinien upodabniać jej do siebie.
To było oczywiste, dla niego te ubrania. Stara Lu nie przykułaby jego uwagi, nowa już prędzej. O ile nie był świadomy, że robiła to tylko dla niego. Ciekawe czy codziennie się spotykali? W każdym razie teraz siedzieli obok siebie słuchając muzyki z jednych słuchawek. Przymknęłam oczy. Nie rozumiałam dlaczego aż tak jej zależało. Jej metoda zdecydowanie nie była odpowiednia.
     - Wiesz, to chyba ona zmienia się dla niego. - zabrałam w końcu głos - Myślisz, że ją zrani...?
     - Nie jest raczej zbyt mądry.
Nie był on chyba odpowiednią osobą do zadawania takich pytań. Chwilowo umknęło mojej uwadze, że Nataniel niespecjalnie lubi Kastiela.
     - Powinien powiedzieć jeśli nie jest w jego typie.
Odwróciłam się aby spojrzeć na blondyna. Naprawdę tak myślał? A może była? Jeśli tak, podobałaby mu się w dawnej wersji. Nie powinna jednak się bawić w niszczenie samej siebie. Dla kogokolwiek. Uczucia stworzone przez pozory nie mogą być prawdziwe. Prędzej czy później kurtyna spadnie. Ktoś powinien nią potrząsnąć. Niestety teraz nie miałam na to czasu.
     Po dotarciu na salę, z resztą musiałam poradzić już sobie sama. Obowiązki gospodarza wzywały, a ja i tak zabrałam mu wystarczająco dużo czasu. Ustawiłam drabinę w wyznaczonym miejscu i sięgnęłam po jedną z uprzednio odłożonych kartek. Następnie wdrapałam się na górę i przykleiłam ją do ściany. I tak z kolejną, i kolejną.
     - Tu jesteś!
Trzymając w ustach kawałek taśmy klejącej zerknęłam w dół. Rozalia podbiegła do mnie z całą swoją gracją, wyglądało na to, że miała mi coś do zakomunikowania.
     - A propos balu. Wybieramy się jutro z Iris po sukienki. Idziesz z nami? - wbiła we mnie wyczekująco wzrok.
Prawdą było, że nie miałam niczego odpowiedniego na taką okazję. Nie do końca widziałam też siebie na takiej imprezie, ale nie zamierzałam jej uniknąć nawet jeśli nie należałam do imprezowych osób.
     - Okay, o której? - uśmiechnęłam się zaraz mocując kartkę do ściany.
     - Zaraz po zajęciach.
Dowiedziałam się również, że Kim nie chciała z nami iść będąc zdania iż nie musi co roku wyglądać inaczej. Właściwie zaczęłam się zastanawiać jak będzie wyglądała w czymś innym niż spodnie. Kończąc rozwieszanie ostatnich z plakatów, także na korytarzu, odniosłam drabinę we właściwie miejsce, chwilowo pożyczając klucze od gospodarza. Ostatecznie poszłam sprawdzić czy moje koleżanki wciąż, gdzieś tu są. Szkoła od tego czasu zdążyła opustoszeć. Przez hole przechadzali się nieliczni. Nie znajdując nikogo znajomego, postanowiłam wrócić do domu. Przechodząc przez dziedziniec, zerknęłam odruchowo w miejsce, gdzie widziałam dziś Lu. Zastanawiałam się co u niej. Czy nie chciałaby iść jutro z nami na zakupy. Z tego co wiedziałam, lubiła podobne rzeczy. Chciałam z nią jednak porozmawiać. Pozostało mi czekać do rocznicy, a miała być ona już pojutrze. Tak czy inaczej dzisiejszy dzień uznałam za udany, dawno już tyle się nie uśmiałam. Nie wiedziałam też, że następne dni zaczną wywracać wszystko do góry nogami.
     Większość zajęć odbywała się już normalnie, miałam zatem większe szanse na dłuższą rozmowę z Laurine. Mieliśmy dziś sześć godzin, na pierwszy ogień szła chemia. Może to irracjonalne, ale w porównaniu do matematyki, ten przedmiot nie sprawiał mi problemów. Wystarczyło uważnie słuchać. Tak, tu chyba też chodziło o nauczyciela. Lu najwyraźniej poszerzyła zasób garderoby, bowiem każdego dnia miała na sobie inny komplet. Oczywiście pasujący do jej nowego imagu. Zachowywała się raczej normalnie, zatem może metamorfoza nie była aż tak dogłębna? Ilekroć chciałam ją zagadać, zawsze ktoś kręcił się w koło. Zazwyczaj chodziło o Iris. Zaczęłam się też zastanawiać, o co tak właściwie powinnam zapytać? Dlaczego to robi? Wiedziałam przecież, że chodzi o czerwonowłosego. Miałam jej prawić morały, że udając kogoś innego daleko nie zajedzie? Nie była głupia, mogła zadawać sobie z tego sprawę. Miałam nadzieję, że życie oszczędzi jej rozczarowań. Coś wewnątrz mnie jednak nie dawało mi spokoju. Iris zdołała zapytać blondynkę czy nie przyłączy się do wyprawy na wspólne zakupy. Przez moment się wahała nie wiedząc czy znajdzie w tym sklepie odpowiednią kreację, ale ostatecznie przytaknęła. Oczywiście nie miała żadnych problemów ze skojarzeniem kto to Rozalia choć nie znała jej na tyle co rudowłosa. Dopiero teraz do głowy mi przyszło, że mogłyśmy wziąć ze sobą też Violettę. W trakcie w-fu Laurine nie ćwiczyła, tym samym kusząc możliwością poufnej rozmowy. Wymigałam się bez większego zastanowienia bajeczką o niedyspozycji. Zdecydowanie kobiety miały pod tym względem lepiej. Wszystko mogły zwalić na okres, nawet zły nastrój. Blondynka dała zaś zwolnienie lekarskie, była przeziębiona. Faktycznie trochę męczył ją katar. Nic dziwnego skoro tyle czasu spędzała na dworze, do wiosny jeszcze brakowało. Wylądowałyśmy na ławce, obserwując pozostałych uczniów udających robienie rozgrzewki. Pozy i entuzjazm co poniektórych naprawdę mogły rozbawić. O ile nie miałam zamiaru jej pouczać, tak chciałam chociaż usłyszeć co siedzi pod tymi długimi, blond włosami. Nie kryła się z darzeniem sympatią tego gbura, ale i tak wolałam rozmawiać z nią w cztery oczy.
     - Widziałam cię z Kastielem. - wydusiłam w końcu, zerkając na dziewczynę.
Zmieszała się mimo iż skrzętnie próbowała to ukryć.
     - Kiedy?
     - Wczoraj, na dziedzińcu. Ładnie tak prowadzić potajemne schadzki, zamiast pomagać koleżankom?
Zaśmiała się, drapiąc lekko w tył głowy.
     - Nigdy wcześniej nie miałam okazji tyle z nim rozmawiać.
Uśmiechnęłam się jednak na widok reakcji niebieskookiej.
     - Przyjdzie na bal?
Wzruszyła ramionami wzdychając głęboko.
     - To by było coś, zatańczyć z nim, gdy wszyscy wkoło patrzą!
Tańczyć? Słowo rozbrzmiało niczym echo. Matko, przecież na balu się tańczy! W mojej głowie od razu wykreował się obraz wirujących par. Poczułam znajome ukłucie. Nie chciałam jednak dopuszczać do siebie głębszych przemyśleń zawierających również odpowiedź na powód mojej reakcji.
     - Mei? - Lu zamachała mi dłonią tuż przed oczami.
     - Hm?
     - Pytałam jak wyobrażasz go sobie w garniaku?
Wyrwała mnie całkowicie z zamyślenia.
     - To... mogłoby być ciekawe.
Podczas reszty ćwiczeń Lu pokazała mi ulubione piosenki Kastiela. Podał jej tytuły, a ta następnie ściągnęła je na swoje MP3. Wymieniali się muzyką. Głownie były to rockowe kawałki, trochę metalu. Całkiem fajne z resztą. Akurat gust do muzyki miał, nie dało się zaprzeczyć. Sama słuchałam podobnego gatunku, mocna muzyka pomagała rozładować emocje. Wyrzucić z siebie to co chciałoby się wykrzyczeć. W-f był ostatni, toteż po upływie czterdziestu pięciu minut wypuścili nas. Razem z Iris i Laurine czekałyśmy pod szkołą na białowłosą, mimo to zanim się pojawiła, upłynęło trochę czasu. Wybiegła z budynku zaraz do nas podchodząc, ale nawet ten pośpiech nie był w stanie zniszczyć jej idealnego wyglądu. Nawet nie roztrzepała sobie włosów, kiedy ja wyglądałabym jak strach na wróble. Wytłumaczyła się "chamstwem" jednego z nauczycieli, gdyż nie chciał nikogo wypuścić z klasy nim wszyscy nie zrobią do końca zadań. Potem we czwórkę powędrowałyśmy w planowane miejsce. Prowadzona przez dziewczyny starałam się zapamiętać drogę, na wypadek gdybym miała potrzebę jeszcze kiedyś tam pójść. A nawet jeśli nie, wypadało coraz lepiej poznawać miasto, teraz tu był mój dom. Szłyśmy spory czas, zegarek w telefonie uświadomił mi, że trwało to co najmniej pół godziny. Nie bolały mnie nogi, jednak skoro było to na tyle daleko, zdaje mi się, że mogłyśmy pojechać jednym ze środków komunikacji miejskiej.
     - Daleko jeszcze? - jęknęła Iris.
     - Kawałek. - odparła białowłosa idąca na przedzie.
Zaraz za nią podążała Lu usiłująca powstrzymać cieknący katar bez pomocy chusteczek, wszystkie zdołała wykorzystać w szkole. A potem ja, niemal na równi z rudowłosą.
     - Długi ten kawałek. - powtórzyła z wyraźnym grymasem.
     - Nie żartuj, masz tak słabą kondycję? - zaśmiała się Roza.
     - To nie ty masz w-f z panem Szwarcem.
Pan Szwarc naprawdę potrafił dać w kość. O ile rozgrzewka mogła być luźna, po kolejnych ćwiczeniach chciało się błagać o litość. Zwłaszcza następnego dnia, budząc się z zakwasami. Poczułam ulgę, że jednak wywinęłam się od tych zajęć.
     - Mogłyśmy czymś jechać. - wtrąciłam rozumiejąc męki koleżanki.
Rozalia zatrzymała się w końcu wlepiając wzrok w martwy punkt. Powędrowałyśmy wzrokiem w to samo miejsce.
     - Jesteśmy. Mówiłam, że tylko kawałek. - uśmiechnęła się popychając drzwi sklepu - A teraz wchodzimy, marudy.
Jedna po drugiej weszłyśmy do środka pomieszczenia. Było spore. W tym momencie chyba każdej z nas otworzyły się szerzej oczy z zachwytu.
     - I tu mają być te promocje?
Zapytała żywo blondynka na co Roza pokiwała głową wskazując  reklamę obwieszczającą dwudziestoprocentową obniżkę cen. Iris od razu pobiegła w stronę wieszaków.
     - Komuś chyba minęło zmęczenie. - zauważyła złotooka podążając w jej ślady.
Zdecydowanie było w czym wybierać. Przez te okazjonalne suknie, poczułam się trochę jak w bajce, gdzie niepozorne kobiety, za sprawą kreacji zamieniały się w piękność. Bez zastanowienia dołączyłam do dziewczyn przeglądając pierwszy regał. Były i tiulowe, i zwykle, i długie, krótkie, marszczone, z cekinami, kokardami i innymi ozdobami bądź też bez. W najróżniejszych kolorach. Ceny naprawdę były przestępne, Roza jest prawdziwą królową okazji. Funduszy mi nie brakowało, ojciec sporo zarabiał, dostawałam duże kieszonkowe. Zwykle nie wydawałam całości tylko odkładałam część, która przydawała się w podobnych sytuacjach. Choć mimo to, gdy wspomniałam rodzicom o potrzebnie zakupów, wcisnęli mi kilka dodatkowych banknotów. Czego szukałam? Czegoś... delikatnego, w odcieniu głębokiego błękitu, jak bezkresne niebo. Pierwsza suknia jaka wpadła mi w dłonie może i przypominała barwą tą powyżej opisaną, ale zdecydowanie była zbyt skąpa i oblepiona nadmierną ilością błyskotek.
     - Co myślicie?
Odwróciłam wzrok w kierunku białowłosej, pozostałe dziewczyny poczyniły to samo. Przykładała do siebie ciemnogranatowy ciuch, udekorowany wstążkami i koronkami. Wyglądał trochę mrocznie, pasował jednak do jej stylu rodem z epoki wiktoriańskiej.
     - Będziesz w niej wyglądała jak gotycka lolitka! - skomplementowała z zachwytem Lu - Przymierz ją.
Pokiwałam odruchowo głową aby dodatkowo zachęcić koleżankę. Skoro znajdowały się tu takie stylizacje, blondynka nie mogła mieć już wątpliwości, że znajdzie też coś dla siebie.
     - A co sądzicie o tych?
Tym razem to Iris uniosła dwa wieszaki przedstawiając zawieszone na nich materiały. Na jednym z nich była długa zielona suknia, wykonana z dość lekkiego materiału, na cieniutkich ramiączkach. Drugim zaś purpurowa, sięgająca kolan, opleciona w pasie zdobionym paskiem. Wizualizując sobie w każdej z nich dziewczynę, zdecydowanie bardziej pasowała mi zieleń.
     - Pierwsza. - wtrąciłam, lustrując wzrokiem jej znalezisko.
     - Zgadzam się, będziesz przypominała Fionę. - Lu uśmiechnęła się szeroko.
     - Bylebyś tylko nie przyciągnęła żadnego ogra. - zaśmiała się Rozalia.
     - Ogra to co najwyżej w postaci dyrektorki.
Parsknęły śmiechem, ja również. Ostatni komentarz Laurine mnie rozbawił. Zaraz jednak złotooka zniknęła w przymierzalni, a tuż za nią również "Fiona". Faktycznie, w tym warkoczu przypominała ją jeszcze bardziej. Razem z Lu natomiast kontynuowałyśmy poszukiwania. W końcu blondwłosa zdecydowała się na krótką, obcisłą "małą czarną" połyskującą delikatnie pod wpływem odbijającego się od niej światła. Przy okazji dzięki niej i mi rzuciła się w oczy poszukiwana rzecz. Właściwie była chyba nawet ładniejsza niż w wyobrażeniach. W idealnym odcieniu niebieskiego, delikatna, sięgająca połowy łydki. Dzięki marszczeniom wyglądała jakby miała falbanki. Bez ramiączek, wiązana na plecach przyplątywaną wstążką. Gdy tylko zobaczyłam, że towarzyszka ją pomija, pochwyciłam w swoje ręce. Wkrótce potem wszystkie czekałyśmy pod przebieralnią. Rozalia odsunęła zasłonę obracając się przed nami. Razem z Lu zaczęłyśmy bić brawo.
     - Zupełnie jakby była na ciebie szyta. - pochwaliła niebieskooka.
     - Myślę, że Leo również się spodoba.
     - Leo? - z moich ust padło pytanie.
     - Jej chłopak. - sprostowała Laurine.
     - Zwykle kupowałam ciuchy u niego w sklepie, jednak teraz chciałam zrobić mu niespodziankę kiedy mnie zobaczy. - uśmiechnęła się.
     - No tak, można zaprosić osobę z zewnątrz. Iris, przyprowadzisz kogoś?
Rudowłosa odsłoniła także kotarę przymierzalni ukazując swoje wdzięki. Blondynka wydała z siebie gwizd.
     - Gdyby Farquaad miał cię do wyboru, Fiona dalej tkwiłaby w wierzy. - kontynuowała.
     - Przestań już! - poczerwieniały jej policzki - Nie wyglądam za grubo? - w tym pytaniu bardziej spojrzała na mnie.
     - Chyba żartujesz? - głos Rozalii po brzmiał oburzeniem.
Utwierdziłam ją w tym, że naprawdę dobrze wygląda. Tak było, przypominała księżniczkę. Podobnie jak i białowłosa z tym, że każda pochodziła z innego okresu czasu. Potem przyszła pora na mnie i niebieskooką maniaczkę Shreka. Zamierzałyśmy się uporać szybko z mierzeniem, bowiem nie byłyśmy jedynymi klientkami i zdążyła ustawić się już drobna kolejka. Laurine w tej "małej czarnej" prezentowała się dość niecodziennie. Tak tajemniczo i pociągająco. Ja natomiast zostałam porównana przez nią do pastereczki. Nie wiem czy słusznie, ale dodatkowo skojarzyło mi się to z odgłosem wydawanym przez owce i kozy. Tak, to był kolejny argument za tym, że sukienka idealnie do mnie pasowała. Ostatecznie ja, Roza i Lu dokupiłyśmy jeszcze do kompletu buty. Iris stwierdziła, że pożyczy od mamy bo posiada takie, które idealnie się skomponują. Zapowiadało się na dość romantyczny wieczór, pełen par. Iris wspominała, że ma kogoś na oku. Może jutro przyjdzie nam poznać tą osobę? Mi pozostały zabawy w żeńskim gronie.

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział piąty

     Od czasu tamtego zdarzenia minęły dwa tygodnie. Właściwie wszystko wróciło do normy. W domu panował spokój. Nie mam pojęcia jak i kiedy rodzice się pogodzili, ale znów rozmawiali. Szczerze miałam nadzieję, że moje przepuszczenia były zwykłym wytworem wyobraźni. Lu poprawiła matematykę. Tak ją wyuczyłyśmy z Iris iż prawdopodobnie obudziłyśmy w blondynce ukryty zapał do przedmiotów ścisłych. A Nataniel zaś... był jak Nataniel. Nasze relacje znów były jak sprzed mojego wyskoku. Praktycznie jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Nic kompletnie.
     Właśnie szłam na zajęcia. Słońce coraz to bardziej grzało, przyszło nam tylko czekać aż drzewa wypuszczą pierwsze pączki. Doszłam do placówki, otwierając drzwi wejściowe. Trzeba było włożyć trochę siły aby je pchnąć przed siebie. Następnie skierowałam się do swojej szafki. Na korytarzu panowało nadzwyczajne poruszenie. Gospodarze klas, nauczyciele wraz z kilkorgiem innych osób co chwilę coś ze sobą konsultowali, czymś się wymieniali. Zdecydowanie nie byłam w temacie, a może żadnego tematu nie było i tylko próbowałam przypisać temu co widziałam jakieś znaczenie?
     Wtedy moim oczom ukazała się Melania, majstrowała właśnie przy tablicy ogłoszeń doczepiając do niej kolejne karteczki. Zawsze panował na niej ład, stale była uaktualniana. Zatrzymałam się przy dziewczynie przyglądając najnowszym informacjom.
     - "Rocznica powstania szkoły." - przeczytałam powolnie, przykuwając uwagę szatynki.
     - Nie wiedziałaś? To już tylko kilka dni, a rada dopiero postanowiła wziąć się do pracy. - wyjęła jedną ze szpilek, przytwierdzając papierek aby nie spadł - Mamy spore opóźnienie. Każdy chętny pomaga jak tylko może.
Prawdę mówiąc, zabrzmiało to jak pytanie czy się przyłączę. Właściwie wydawało się to ciekawe, moja poprzednia szkoła obchodząc podobne święta zaczynała i kończyła na nudnym apelu. Tu natomiast zapowiadało się na większą uroczystość. Zamyśliłam się na dłuższą chwilę, chyba zbyt długą, co zasygnalizowała mi wyczekująca mina Melanii.
     - W czym konkretnie trzeba pomóc?
Na jej twarzy wymalował się uśmiech.
     - Idź do Nataniela. On ci dokładniej powie.
Tak też zrobiłam. Blondyna nie trzeba było długo szukać, zwykle przesiadywał w pokoju gospodarzy. Prawdę mówiąc, w zaistniałej sytuacji współczułam mu podwójnie. Natłok pracy, organizacja, opóźnienie, dodatkowo codzienne obowiązki. A wszystko na jego głowie. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek miał wolny czas. Dobra, miał. Jednak rzadko. Uchyliłam niepewnie drzwi zaglądając do środka. O ile na zewnątrz panował chaos, tak to miejsce wyglądało niczym po wybuchu bomby. Na stolikach walały się papiery, teczki, segregatory i masa innych tego typu rzeczy. Krzesła były poodsuwane tak, że na dłuższą metę, spiesząc się można było wyrżnąć zaczepiając o jedno z nich. Na podłodze natomiast stały różnej wielkości pudła. Powód mojego przybycia właśnie tłumaczył coś kilku innym osobom, gestykulując przy tym wyraźnie zmęczony. Najprawdopodobniej pytali po raz tysięczny o tą samą rzecz. Gdyby byli na jego miejscu, musieliby brać jakieś środki na koncentrację żeby wszystko spamiętać. Kto wie z resztą, może on też je brał? Gdy pogawędka dobiegła końca, trójka uczniów opuściła pomieszczenie mijając mnie w drzwiach. Przykułam wtedy wzrok złotookiego.
     - Mei, jeśli masz teraz jakąś sprawę, raczej nie będę w stanie pomóc. - wyjaśnił od razu, rozglądając się po otaczającym go bałaganie.
     - Właściwie... - wyminęłam kilka pudełek, wchodząc dalej aby nie stać w przejściu - Chciałam zapytać czy mogę jakoś pomóc.
To było jedno z tak zwanych pytań retorycznych. Odpowiedź wręcz sama nasuwała się na myśl.
     - Jesteś pewna? To nie potrwa pięć minut. - schylił się, sięgając po jeden z kartonów.
Skinęłam głową, przybierając bojową pozę z zaciśniętymi dłońmi.
     - Jasne. Poza tym, wolałabym abyś tu nie utonął.
Zaraz na moich dłoniach wylądowało pudło, jedno z tych walających się po podłodze.
     - Cóż za entuzjazm. Pomożesz mi je zanieść? - obdarował mnie czarującym uśmiechem - Reszta będzie czekała po zajęciach. Od nich wymigać się nie da. - pochwycił drugie, większe wychodząc zaraz z sali.
Jego ostatnie zdanie zdecydowanie brzmiało jak sugestia. Pewnie chętnych do pomocy dzięki temu ubyło, osobiście akurat o tym nie pomyślałam. Nie, dopóki sam nie wspomniał.
     Powędrowaliśmy na tyły szkoły, do sali gimnastycznej. Ta nie różniła się za wiele od reszty budynku, właściwie była chyba centrum całego zamieszania. Właśnie na niej miała się odbyć cała uroczystość. Zatrzymałam wzrok na scenie, stworzonej w głębi pomieszczenia. Chyba przedstawienie miało być częścią rocznicy. Gdzieś kątem oka dostrzegłam tam Amber. Cieszyłam się, że chociaż teraz będzie od niej spokój skoro jest zajęta innymi sprawami. Choć i tak dopóki był ze mną jej brat, mogłam czuć się bezpieczna. Ciekawe czy w ogóle wiedział jakie nadała mi przezwisko? Nataniel odłożył swój bagaż sprawdzając zaraz co przykuło moją uwagę.
     - Grałaś kiedyś w szkolnych przedstawieniach?
     - Nie. Pewnie przez tremę zjadłabym większość kwestii. - uśmiechnęłam się odstawiając także zawartość swoich rąk. - Ale twoja siostra chyba gra.
     - Ona gra co roku.
     - Ma do tego talent?
Naprawdę nie posądzałam Amber o zainteresowanie jakąkolwiek sztuką, poza tą w której główną rolę odgrywa jej twarz przed lustrem, z obsadą drogich kosmetyków.
     - Tak właściwie, ma specjalne przywileje u dyrektorki. - spojrzał na mnie wymownie.
Zaciekawiło mnie gdzie jeszcze miała takie przywileje. W każdym razie to chociaż po części wyjaśniało jej zuchwałość. Nataniel właśnie zaczął rozmawiać z jakimś brunetem, zapewne o zawartości tych pudeł. Ja natomiast przyglądałam się próbom. Scena, możliwość wcielenia się w najróżniejsze osoby, zupełnie inne od nas samych. Przymknęłam odruchowo oczy. Wiodących łatwiejsze bądź trudniejsze życie. Zdało mi się to nagle niezwykle pociągające.
     - Jesteś pewna, że nie chcesz spróbować? Nie powinnaś się od razu poddawać. - blondyn ponownie spostrzegł moje zainteresowanie.
Zamachałam dłońmi dając do zrozumienia, że zdania nie zamierzam zmienić.
     - N-nie! To naprawdę nie dla mnie. Wolę pozostać po tej stronie, wśród widzów.
     Po zajęciach miałam ponownie zjawić się w pokoju gospodarzy. Tam miałam wziąć materiały i pomóc przy robieniu plakatów. Jakby nie patrzeć, zadanie wprost idealne dla mnie. Pospiesznie wróciłam na korytarz, a stamtąd poszłam do sali. Niewielkie spóźnienie, wytłumaczyłam się krótko i skierowałam do właściwej ławki. Iris już siedziała. Lu, tuż przed nią także. Widok blondynki wprawił mnie w osłupienie. Wyglądała jak zupełnie obca osoba. Gdyby nie jej delikatna uroda, mijając ją na korytarzu nawet bym nie pomyślała, że to Laurine. Teraz jednak siedziała w klasie, na swoim miejscu, w zupełnie innych ciuchach. Ciemna bluzka, spodnie, rękawki z siatki, czarne paznokcie... Gdzie ten jej romantyzm? Tuniki, opięte topy w pastelowych barwach? Nie wiedząc nawet co o tym myśleć, usiadłam za ławką.
     - I jak ci się podoba? - rzuciła dość szybko przez ramie.
Ciężko jednak było takiej zmiany nie dostrzec.
     - Gdzie stara Lu? - uśmiechnęłam się niepewnie, mając nadzieję, że łatwo da się usprawiedliwić jej metamorfozę.
     - Mówiłam, że to do ciebie nie pasuje. - wtrąciła nieśmiało Iris.
Właściwie, miała rację. Choć to może dlatego, że przyzwyczaiłyśmy się do takiej Lu, jaką była wcześniej. Gdyby od początku tak się nosiła... Zamyśliłam się obserwując znajomą dość obiektywnym okiem.
     - Nie jest tak źle, ale skąd ta zmiana? - skomentowałam w końcu.
     - Czasem są potrzebne. - pochyliła się do tyłu na krzesełku, posyłając mi oczko.
     - Też pomagasz w przygotowaniach? - odezwała się do mnie Iris, jakby chciała zmienić obecny temat. Z resztą słusznie. Mnie zmiany przerażały, zwłaszcza tak diametralne i nagłe. To trochę tak jakby cały świat obrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni, drzewa zaczęły być niebieskie, a niebo zielone. Coś co jest nam znane, pewne, w jednej chwili przestaje istnieć. Jakby wszystkie uczucia związane ze starą rzeczą były nie ważne. Odrobinę mnie to zaniepokoiło. Nie dlatego, że bałam się o własne uczucia, co o blondynkę. Miałam szczerą nadzieję iż zmierza w dobrym kierunku i nie robi żadnej głupoty. Skinęłam głową w odpowiedzi na pytanie.
     - Jak obchodzicie ten dzień? Dowiedziałam się o nim dopiero dzisiaj.
     - Nic dziwnego. Rok temu, o tej porze byli chyba już w połowie przygotowań. - dodała blondynka.
     - To ważne święto dla dyrektorki, nie mogła go odpuścić. W końcu ona założyła tą szkołę...
     - ... ku pamięci jej licealnej miłości!
     - Właśnie. Stąd ta nazwa - "Słodki Amoris". Nigdy nie wydała ci się dziwna?
Rudowłosa uśmiechnęła się pogodnie, wpatrując we mnie razem z Lu. Miała rację. Przepisując się do niej, zwróciłam na to uwagę. Ktoś mi wtedy napomknął, że jej powodem jest jakiś sentyment założycielki. Miałam zagłębić się w historię placówki, jednak szybko wypadło mi to z głowy. Teraz przynajmniej bardziej zaczynałam rozumieć jej sens.
     - Gdy była w naszym wieku, odnalazła właśnie w szkole swoją drugą połówkę. - ciągnęła - Ich związek przetrwał i później się pobrali. Na pamiątkę, postanowiła założyć własne liceum z myślą, że takie miejsca moją łączyć ludzi. Dosyć wyjątkowe.
     - Kto wie, co nas spotka? - Lu podparła głowę na dłoniach wyraźnie rozmarzona ów historią.
     - Widziałyście kiedyś jej męża? - zapytałam sama nie mając nigdy ku temu okazji.
Iris pokręciła głową.
     - Zmarł kilka lat przed tym jak przyszłyśmy do pierwszej klasy, ale pewnie będzie wystawa ich zdjęć więc będziesz mogła to nadrobić.
Niewątpliwie musiała to przeżyć. Teraz jasnym stało się również, dlaczego ten dzień ma być tak huczny. Uśmiechnęłam się pod nosem. Kto by pomyślał, że nasza dyrektorka jest taka sentymentalna? Miłość potrafi wyczyniać cuda z ludźmi. Miłość... to, to samo uczucie, które tak krzywdzi? Czemu zatem w jej przypadku było tak ciepłe i trwałe?
     Nauczycielka w końcu przerwała naszą dyskusję twierdząc, że przeszkadzamy w prowadzeniu zajęć, toteż skupiłyśmy się na lekcji. Na kolejnej godzinie mieliśmy polski. Wciąż przerabialiśmy "Lalkę". Mimo iż do zajęć wsparłam się wiedzą ze streszczenia, książkę prawie już kończyłam. Omawialiśmy własnie relacje Wokulskiego i Łęckiej. Nieszczęśliwie zakochanego kupca w próżnej arystokratce. Kolejny dowód na to jak bardzo miłość jest ślepa. Co tak właściwie w niej widział? Niezwykłą urodę idealizującą ją. Jak w bajkach dla dzieci. Wszystko co ładne jest dobre, a to co brzydkie - złe. Zdecydowanie kłamstwo, choć bardzo złudne by się zdawało. Złudziło i jego. Może pociągała go dodatkowo jej niedostępność? Nie, chyba nie. Gdy tylko dotknęła go oziębłością, ten budził się dostrzegając w niej wady. Na chwilę, niezbyt długą. Kochał, więc się nie poddał. I tak spadł na samo dno. Dno, które doprowadziło go do... samobójstwa? Natykając się na ten wątek w domu, zrobiło mi się słabo. Teraz, gdy o tym myślałam, wcale nie było lepiej. Idiota. Nawet jeśli nie ma nic gorszego niż wzgardzone uczucie, nawet jeśli rozpacz rozrywa cię od środka... Ta pustka w oczach cierpiącej osoby. Bezradność. I to wszystko z miłości. Po co więc kochać? Zanim się obejrzałam marząc ołówkiem po ławce, nacisnęłam go tak, że odpadł rysik. Chciałabym już przestać to przerabiać.
     Dzwonek. Następna lekcja. Dzwonek. Potem kolejna i tak aż do końca wszystkich zajęć. Razem z Iris udałyśmy się w ustalone miejsce, chciałyśmy zaciągnąć ze sobą też Lu, ale się wymigała twierdząc, że musi zrobić coś ważnego. Gdziekolwiek tak pędziła, ewidentnie chciała uniknąć zbędnych pytań. Dochodząc w końcu do pokoju gospodarzy, weszłyśmy do środka. Poza Natanielem, była tam też Melania usiłująca doprowadzić do ładu nie mniejszy bałagan niż ten, który uprzednio zastałam.
     - Macie te ozdoby dla mnie? - zapytała rudowłosa.
Szatynka skinęła głową, wskazując palcem odpowiedni karton. Zerknęłyśmy w danym kierunku. Z opakowania wystawały przeróżne serpentyny, konfetti i inne tego typu dodatki.
     - Tylko tyle? - sama zainteresowana podniosła je zaraz.
     - Rozalia ma resztę. Pomogą ci razem z Kim. Pewnie część jest już zrobiona. - uśmiechnęła się.
Potem moja towarzyska zniknęła za drzwiami. Ja zaraz również otrzymałam potrzebne rzeczy i zostałam wysłana do klasy B. Do pomocy miałam mieć niejaką Violettę.
     Docierając na miejsce, tak jak mi mówiono - zastałam tam dziewczynę. Miała fioletowe włosy sięgające ramion, delikatną urodę i jakby zamyślone, nieobecne spojrzenie. Nie byłam mistrzynią zawierania nowych znajomości, toteż żeby nie stać długo w milczeniu, wypaliłam retorycznym pytaniem:
    - Violetta?
    - Miło mi cię poznać, Mei. - uniosła lekko kąciki ust.
Odwzajemniłam ten gest, najwyraźniej również została poinformowana o moim przybyciu. Moja towarzyszka siedziała na podłodze w otoczeniu przynajmniej kilkunastu kartonów wielkości A3. Przykucnęłam przy niej odstawiając również przybory, którymi zostałam obdarowana przez Melanię. Rozglądając się po pomieszczeniu zauważyłam, że w ekwipunku dziewczyny znajdowała się również duża teczka. Najprawdopodobniej własność prywatna.
    - Lubisz rysować? - zapytałam bez większego zastanowienia.
Zaintrygowała mnie. Takie teczki zdecydowanie były przeznaczone właśnie na tą czynność. Przypomniała mi tym szkoły plastyczne, tam właśnie takie mieli. Wzrok Violetty powędrował ku jej własności.
     - Często szkicuję, ale nie wiem czy jestem w tym dobra. Czemu pytasz? - niepewność pobrzmiała w obu tych zdaniach.
     - Bo ja też rysuję. - rozpromieniłam się.
Wiadomość ta zdała się uradować fioletowowłosą równie mocno co mnie. Może też przestała się obawiać, że chcę jej tą teczkę wykraść albo zacząć sprawdzać zawartość. W każdym razie zdało mi się, że odetchnęła z ulgą. Potem zrobiłyśmy tzw. "żółwika". Łatwiej było rozmawiać z kimś o podobnych zainteresowaniach.
     - Masz jakieś pomysły? - wróciłam do głównego tematu.
     - Kilka.
     Ustaliłyśmy, że spróbujemy narysować podobiznę dyrektorki i jej męża w latach młodości. Do dyspozycji miałyśmy jedno ze zdjęć, zapewne tych z wystawy o której wspominała Iris. Kobieta z fotografii, dziś starsza pani, te kilkadziesiąt lat temu była długowłosą brunetką. Tu akurat z włosami upiętymi w wysoki kok. Towarzyszący jej, wysoki mężczyzna natomiast miał je krótko ścięte, ale z tego co się dopatrzyłam, również chyba ciemnej barwy. Oplatał ją dłonią w talii, ona zaś spoglądała mu przy tym w oczy. Uśmiechnęłam się mimowolnie, wyglądali na naprawdę szczęśliwych. I trzeba było przyznać, pasowali do siebie. Fotografia najprawdopodobniej pochodziła z balu na co głównie wskazywały ich stroje. Nie chcąc jednak marnować czasu, zabrałam się do pracy. W końcu i tak jeszcze podczas święta będę miała okazję je obejrzeć.

środa, 3 lipca 2013

Rozdział czwarty

Dedykowany osóbce o nicku Akuma Kyun. Kimkolwiek jest, dalej czyta te wypociny. Mam nadzieję, że nie zawiodę i poświęcony czas nie pójdzie na marne ;3. Byłabym wdzięczna za opinie, wtedy wiem czy opowiadanie w ogóle się podoba i warto je kontynuować. Chciałam jeszcze sprostować kilka rzeczy. Mianowicie, akcja celowo rozwija się powoli. Poprzedni rozdział również celowo był monotonny. Tak, aby odzwierciedlał szarą rzeczywistość, pustkę otaczającą Mei i jej masę myśli. Nie wyobrażam sobie żeby po kłótni szybko wszystko wróciło do normy, dla mnie to nienaturalne. Każdy rozdział jednak wnosi coś do fabuły. Nawet jeśli pozornie wydaje się bez znaczenia będzie miał odbicie w późniejszych zdarzeniach. Ogólnie mogłabym urywać je w ciekawych momentach, ale postanowiłam podzielić je na etapy życia głównej bohaterki. Każdy coś zmienia. Jest krokiem na przód. Zatem...

***
      Dotychczasowy spokój szybko został zachwiany już po powrocie do domu. Była sobota, około południa. Otworzyłam drzwi mieszkania, a dosłownie w przeciągu kilku sekund, do moich uszu dotarły czyjeś krzyki. Choć w sumie dosłyszeć je można było wcześniej, a "czyjeś" to złe określenie skoro wiedziałam do kogo należą. Doskonale znałam te dwa charakterystyczne głosy, w końcu towarzyszyły mi od urodzenia.
      Zdjęłam wierzchnie odzienie pozostawiając je na wieszaku, następnie powolnym krokiem kierując się w stronę swojego pokoju. Hałasy dochodziły z kuchni, nie zamilkły nawet na moment. Pewnie dlatego, iż nie zdawali sobie sprawy, że wróciłam. Nie mieliśmy w zwyczaju witać się tuż po przekroczeniu progu. Właściwie mało mieliśmy zwyczajów obowiązujących w normalnej rodzinie.
      Wchodząc na schody, zatrzymałam się na jednym z pierwszych stopni aby przysłuchać się kłótni. Wiem, to nie było w porządku. Jednak była to jedyna możliwość poznania jej przyczyny. Nie były one notoryczne, ale na pewno pozostawiały po sobie głębokie znamiona. Ilekroć do nich dochodziło, cisza - jaka była zupełnym przeciwieństwem obecnej sytuacji, następowała zaraz po niej i potrafiła trwać tygodniami. Nigdy nie miałam możliwości choćby zrozumienia tych sytuacji. Zawsze, gdy w domu pojawiał się problem, byłam spychana na jak najdalszy plan. Odgradzana ogromną ścianą, w którą mogłabym bezustannie walić, a ona odpowiadała tylko głuchym echem. I nie chodziło tu wyłącznie o kłótnie, ale także o inne zdające mi się być ważnymi rzeczami, jak zdrowie, praca... Raz próbująć wtrącić się do jednej z powyższych sytuacji, usłyszałam: " To nie twoja sprawa. Co cię to obchodzi?". Może i nie powinno, a jednak się martwiłam.
      - Czego ty w ogóle chcesz? Wytłumacz! Cokolwiek bym zrobił, nie podoba się!
Donośny głos mężczyzny przeciął cały dom. Właściwie sama też odruchowo skoczyłam w górę.
      - Może by się podobało, gdybyś choć raz nie był takim egoistą! W kółko myślisz wyłącznie o sobie i swoich potrzebach!
Głos mojej matki nie był tak ostry, choć nie wyrażał też żadnego żalu czy smutku. Ile ją znałam, nigdy nie widziałam aby płakała. Możliwe, że duma jej na to nie pozwalała.
      - Egoistą?! Myślisz, że pracuję wyłącznie dla siebie? A może dla tego wszystkiego! Dla tego, abyś miała, gdzie mieszkać, w dobrych warunkach. Abyś miała co zjeść i w co się ubrać?!
      - Praca, praca i tylko praca. Tylko to się liczy? Na pracy życie się nie kończy. Przynajmniej dla normalnego człowieka. Cały ten wyjazd też przecież był przez nią!
      - Jeszcze mi powiedz, że ci się tu nie podoba?! Jakoś przed przeprowadzką nie protestowałaś. Zwłaszcza, gdy wybieraliśmy dom.
      - Trochę inaczej sobie to wyobrażałam. Mogłeś uprzedzić, że weekendy będziesz spędzał w biurze jeszcze częściej niż poprzednio!
      - Zupełnie jakbym mógł wybierać godziny i dni, kiedy pójdę, a kiedy nie. Chyba coś ci się pomyliło.
      - Ja tego nie wiem... o ile faktycznie pracujesz.
Tym razem moje oczy wyraźnie się rozszerzyły. O to chodziło? Jakby nie patrzeć, mama miała rację. Jedynie dwa razy zdarzyło się żeby ojciec został w domu na weekend. Poprzednio też czasami pracował w soboty, ale nie tak nagminnie. Może wyższe stanowisko wiąże się z większą ilością obowiązków? A może...? "... o ile faktycznie pracujesz." odtworzyłam odruchowo w myślach, ostatnie słowa kobiety. Niemożliwe - pomyślałam przez chwilę, ale czy to nie ja byłam osobą, która tak właśnie postrzegała miłość? Zostawanie do późna w pracy, niewyjaśnione nadgodziny i... kochanka. Zdrada.
      Spuściłam wzrok, od środka coś mnie ścisnęło. Zapragnęłam również tam wpaść i zacząć okładać winowajcę pięściami. Ale co by to dało? Choć na dobrą sprawę i tego zrobić nie mogłam.
      - Czy jest w ogóle jakiś sposób na uszczęśliwienie cię?! Skoro tak bardzo, wszystko we mnie ci nie pasuje, nikt nie kazał wychodzić za mąż!
A potem usłyszałam trzask zamykanych drzwi i ciche, rzucone przez matkę "szerokiej drogi". Chwyciłam się oburącz poręczy, następnie zwinnym krokiem, żeby nie zostać przyłapaną, uciekłam do pokoju. Zamknęłam go za sobą ostrożnie, opierając się zaraz o drzwi. "Nikt nie kazał wychodzić za mąż..." odtworzyłam ponownie w myślach. Ja kazałam. Byłam wpadką ich młodości, gdyby nie to... każde z nich, mogłoby pójść inną drogą. Byłoby szczęśliwe. Zdecydowanie byłam przeszkodą. Nic dziwnego, że czemuś, co nie powinno się pojawić na świecie, jakoś zawsze nic nie wychodziło. Najwyraźniej to była moja kara.
      Stałam tak chwilę ze wzrokiem wbitym w podłogę, zaraz jednak oderwałam się od podpory, podchodząc do szafki. Otworzyłam ją, następnie wyjęłam jedną z teczek. Rozsiadłam się na łóżku, sprawdzając jej zawartość. Mieściła w sobie stare prace. Nie było ich wiele bo większość wyrzuciłam aby pozwolić odejść wspomnieniom. Te malowane farbami, i te szkicowane jedynie ołówkiem. Każdy z nich zawierał podpis wraz z datą powstania. Przedstawiały różne miejsca ze starego miasta. Budynki, przyrodę, a także obce mi postaci. Nigdy nie rysowałam nikogo, kogo znałam. Przynajmniej od pewnego momentu. Z nieznajomymi czy naturą było to coś zupełnie innego. Zatrzymałam się na moment przy szkicu pewnej postaci. Kobiety w post-apokaliptycznym świecie. Dookoła niej znajdowały się gruzy, popioły. Zupełnie jakby tylko ona w nim przetrwała, albo... jakby ten świat odzwierciedlał jej uczucia. Nagle zrobiło mi się zimno. Cannie... Zdecydowanie nie powinno go tu być. Przymknęłam na moment oczy chowając z powrotem zawartość teczki. To były rysunki sprzed przeprowadzki. Wyjęłam nową, pustą, do której schowałam plik czystych kartek. Wcisnęłam ją do torby, razem z piórnikiem zawierającym wszystkie, potrzebne przybory. Zapakowałam do niej również lekturę i niezauważalnie wyszłam z domu.
      Dotarłam na plażę. O tej porze roku mało kto na nią zaglądał. Ten okres nie miał jednak trwać długo, z tygodnia na tydzień robiło się coraz cieplej. Cieplej, ale wciąż było chłodno. Usadowiłam się na jednej z przybrzeżnych skał. Była na odpowiedniej wysokości, toteż woda do niej nie docierała. Jedynie muskała te, położone kawałek niżej. Spokój. Tak bardzo mi go brakowało. Zdałam sobie sprawę, że to pierwszy raz, gdy całkowicie mogę odciąć się od otoczenia. Zawsze chciałam mieć podobne miejsce. Wyciszyłam umysł, oddychając głęboko. Poczułam jak wiatr raz za razem rozwiewa mi włosy, przyjemne uczucie. Wyjęłam uprzednio spakowane rzeczy i zaczęłam rysować krajobraz, całkowicie nowy w mojej kolekcji. Spędziłam tak całe popołudnie.
      Analitycznie do soboty, upłynęła mi również niedziele. Różnica między dniami polegała jedynie na tym, że ostatni z nich, tak jak się spodziewałam, był dniem pełnym milczenia. Odkąd mama dostała pracę, zwykle się mijałyśmy. Może nie tyle mijałyśmy, co wychodziłyśmy o tej samej porze. Każda z nas była zalatana zbierając się do wyjścia, toteż nie było chwili na rozmowę. Zastanawiałam się co czuje. Nie wyglądała na zagubioną, albo sprytnie udawała, albo faktycznie nie była. Nie wiedziałam jednak czy dobrym pomysłem jest pytanie o takie rzeczy, ostatecznie odciągnęłam się od pomysłu.
      Tym razem na śniadanie zrobiłam sobie płatki z mlekiem. Nie było żadnego produktu zawierającego czekoladę, dlatego na nie się skusiłam. Nie zaliczyłam też żadnego spóźnienia jak w zeszłym tygodniu. Idąc do szkoły dotarło do mnie, że minął już prawie tydzień odkąd nie rozmawiam z Natanielem. Po znalezieniu się wewnątrz budynku, szybko dołączyły do mnie dziewczyny. Wysiliłam się na uśmiech w geście powitania.
      - Mei-chan! - Lu zarzuciła mi ręce na szyję
      - Jak ci minął weekend? - wesoły głos Iris przyprawił mnie o szczerszą reakcję.
Zlustrowałam je wzrokiem, wciąż nosiły te wzorki na paznokciach. Te, które namalowałam im w piątek. Chyba naprawdę się spodobały.
      - Leniwie. - rzuciłam krótko, choć w tym wypadku lenistwo dwojako można było rozumieć - Zwiedzałam nieco miasto, czytałam... A wam?
      - Pojechałam do dziadków. Właściwie dawno ich nie widziałam, a tak mogliśmy spędzić trochę czasu wszyscy razem. - wyjaśniła rudowłosa.
Ach, racja. Przecież rodzice Iris już wcześniej do nich pojechali. Tak przynajmniej nie siedziała sama w domu. Przeniosłam wzrok na blondynkę. Wykrzywiła usta w podkówkę, często tak robiła.
      - Kułam. Jak nic szykuje się poprawka z matematyki. - wystawiła dłoń z kciukiem obróconym w dół - Będziesz mi towarzyszyć? - spojrzała na mnie z mało ukrywalną nadzieją.
      - Kto wie. - tym razem uśmiechnęłam się w dość głupi sposób.
Prawdą było, że miałam szansę dostać całkiem niezłą ocenę. Chyba... bo tak właściwie im więcej dni minęło od pisania sprawdzianu, tym mniej pewna go byłam. Wystarczyło jednak poczekać na dane zajęcia. Urokiem tej szkoły było, iż nie zwlekali z oddawaniem naszych prac.
      Na długiej przerwie wymknęłam się towarzyszkom. Chciałam odwiedzić pewien zakątek budynku, zdawało mi się dość spokojny. A może zwyczajnie miałam ochotę się odciąć, aby nie zauważyły, że nie mam humoru? Potem zaczęłyby się pytania, nie chciałam nikogo kłopotać swoimi problemami. Weszłam na ostatnie piętro, a następnie na dach. Wiatr od razu dał o sobie znać. Jednak mój cel został osiągnięty - było pusto. Przemieściłam się bliżej krawędzi dachu, siadając w dogodnym miejscu i kładąc obok torbę. Bez dłuższego namysłu wzięłam się za kolejny szkic. Postanowiłam zamieścić na nim widok roztaczający się dookoła placówki.
      - Patrzcie kogo my tu mamy?
Nie musiałam się odwracać aby wiedzieć kto to. Nie sądziłam jednak, że te lalunie pojawią się w takim miejscu. Zmrużyłam oczy kontynuując szkic. Słyszałam jak podchodzą bliżej, a potem rzuciły cień na trzymaną przeze mnie kartkę.
      - Co to jest? Bawisz się w Picassa czy Da Vinci?
      - Nie twoja sprawa Amber.
      - Jak to nie moja? Muszę wiedzieć czy szkoła nie przyjmuje przyszłych psychopatów. Może wyrażasz swoje emocje rysując jakichś wisielców lub inne drastyczne sceny. Nie chciałabym martwić się o swoje życie.
Poczułam jak papier wysuwa mi się z rąk, zaraz z nich znikając. Natychmiast wstałam. Trójka dziewczyn wlepiła w niego wzrok.
      - Oddaj. - wyciągnęłam dłoń w kierunku blondynki. Nie zareagowała - Oddaj, jesteś kleptomanką czy jak? - wyraźnie uniosłam głos.
      - Nie drzyj się, nikt ci nie pozwolił. Teraz jury ocenia.
Jury? Jakim prawem? Nie cierpiałam, gdy ktoś oglądał moje nie skończone prace, a fakt, że trafiło akurat na nie, podwójnie wyprowadzał z równowagi. Normalnie spróbowałabym odebrać swoją własność, ale ta akurat łatwo mogłaby zostać zniszczona. Przypominając sobie sytuację Kentina, ona naprawdę mogła mieć problemy z przywłaszczaniem cudzych rzeczy. Zupełnie jakby nie miała ciekawszych zajęć niż wtykanie nosa w nie swoje sprawy.
      - Proszę, nie udawaj, że znasz się na sztuce. - skrzyżowałam ręce na wysokości klatki piersiowej.
      - Kolory trochę smętne, nie wiem czy to dobry znak. - zerknęła na swoje towarzyszki - Co myślicie dziewczyny? - uniosła demonstracyjnie kartkę, machając nią w powietrzu.
      - One nie myślą, tak jak ty. Nie wysilaj się bo jeszcze stopisz ten plastik na twarzy.
      - Zła odpowiedź. - wyraźnie się skrzywiła, a potem upuściła szkic.
Naturalnie powinien wylądować pod naszymi stopami, ale jako, że wiał silny wiatr, uniósł go w zupełnie innym kierunku. W pierwszej chwili usiłowałam go złapać, jednak ten poszybował wyżej, znajdując się zaraz poza obszarem dachu. Śledziłam go przez ten czas wzrokiem aż zniknął. Stałam tak chwilę w bezruchu, czując jak złość bierze nade mną górę.
      - Czemu to zrobiłaś?! - zrobiłam kilka stanowczych kroków w kierunku blondynki.
Przez sekundę na jej twarzy wymalowało się zdziwienie, zaraz potem zastąpił je gniew.
      - Wchodzisz mi w drogę. Już kiedyś ci to mówiłam. Masz problemy z pamięcią? Czy w ogóle jest coś co potrafisz zrobić dobrze? Przyszłaś i się panoszysz! Jesteś jak jeden, wielki wrzód, którego nie da się pozbyć! Problemem dla każdego!
Ostatnie słowa zamknęły mi usta mimo, że cisnęło się na nie tak wiele poirytowanych myśli. A jednak milczałam. Nie zastanawiałam się nad sensem tego co powiedziała. Wyciągnęłam jedynie fakty, które najbardziej do mnie dotarły. Byłam problemem, którego nie dało się pozbyć, miała rację. Pchałam się tam, gdzie nie powinnam. Na przykład... na ten świat. W ogóle było jakieś miejsce, gdzie miałam do tego prawo? Zabolało. Ciężko było się przyznać, ale słowa Amber mnie dotknęły. Po prostu trafiła w czuły punkt. Nie mając ochoty wdawać się w dalsze dyskusje wróciłam na poprzednie miejsce i usiadłam. Ona też zamilkła. Zaraz jednak postanowiła rzucić rozkaz swoim poddanym i wszystkie trzy się wycofały. Podkuliłam nogi pod brodę i oplotłam je rękoma. Ktoś znowu tu był, czyjaś sylwetka zamajaczyła po mojej prawej stronie. Przychodzenie tu, wcale nie było dobrym pomysłem. Chciałam tylko pobyć sama.
      - Amber znowu ci dopiekła? - czerwonowłosy nie zmienił miejsca położenia. O dziwo w jego głosie nie było żadnego cynizmu czy ironii.
      - Nie. - odparłam krótko.
Po co miałam mu się żalić? Żeby zaraz oberwać tekstem w stylu, że jestem słaba, albo cienias ze mnie? Tym bardziej, skoro trafiła w samo sedno. Zmarszczyłam brwi.
      - I dlatego tak siedzisz jak siedem nieszczęść?
      - To chyba nie twoja sprawa. Kastiel, przecież nie przyszedłeś tu żeby mnie przepytywać. - spojrzałam na niego, palił papierosa - Nie mogę być traktowana jak duch? Wtedy zdecydowanie mniej sprawiałabym kłopotu. Z resztą... pomogę ci. - wstałam, zbierając wszystkie swoje rzeczy.
Miałam już wyjść, jednak cofnęłam się na moment, podchodząc do siatki ogradzającej dach. Zerknęłam na dół w poszukiwaniu zguby. Jak okiem sięgnął, rysunku nie było.
      - Dziwna jesteś. - wypuścił dym z płuc.
      - Wiem, taki mój urok. - wysiliłam się na uśmiech, a potem minęłam go wracając do szkoły.
      Lekcje mijały jedna po drugiej. Tym razem na historii omawialiśmy "Wiosnę Ludów", a na angielskim powtarzaliśmy jeden z wielokroć przerabianych już czasów. W końcu rozpoczęła się też matematyka, dzień sądu ostatecznego. Lu kuliła się w swoim krzesełku jakby do klasy miał zaraz wpaść potwór i wszystkich pożreć, a ta bezskutecznie próbowała się przed nim ukryć mając niestety dość mały obszar manewru. Przygryzłam dolną wargę, tak właściwie stres i mnie dopadł. Tortury jednak nie trwały długo. Po chwili oczekiwań w drzwiach pojawiła się dyrektorka. Zaraz, zaraz. Dyrektorka? To nie z nią mieliśmy mieć zajęcia. Wymieniłyśmy z Iris porozumiewawcze spojrzenia. Kobieta zamknęła za sobą drzwi następnie podchodząc do biurka.
      - Nie macie zajęć z waszą nauczycielką. Zachorowała, dziś będę ją zastępować. - usiadła za nim uśmiechając się pogodnie jak na starszą panią przystało. Jednak każdy kto znał ją dłużej, wiedział, że miewa chwiejne nastroje. Spod tej przemiłej maski, mógł się zaraz wyłonić, no właśnie - potwór. Chyba obawy Laurine były bardziej słuszne niż mi się zdawało. Pierwszy raz odkryłam jej drugie oblicze niedługo po przeniesieniu się. Kobieta miała w zwyczaju przynosić do pracy swojego pupilka, pieska o imieniu Kiki. Zgubił się, a właściwie to uciekł. Byłam chyba wtedy w złym miejscu i czasie, napatoczyłam się na nią niczego nie świadoma i zostałam ofiarą jej furii. Zostałam zaangażowana w poszukiwania czworonoga pod groźbą poważnych konsekwencji jeśli tego nie dokonam. Jakby ów zdarzenie było moją winą. Ciarki przeszły mnie po plecach na samo wspomnienie.
      -  Co ostatnio przerabialiście? - zatopiła w nas wzrok - A tak, sprawdziany. Zaraz wam je oddam, muszą tylko trafić w moje ręce. Potem zrobicie sobie sprawdzenie - ciągnęła - Na termin poprawki umówicie się już ze swoją nauczycielką. Choć chyba dobrze się uczycie, prawda?
      - A już myślałam, że się upiecze. - Lu odwróciła się w naszą stronę z wymalowanym grymasem na twarzy.
      - Jeśli będziesz chciała, możemy pouczyć się razem. - zaproponowała rudowłosa starając się podnieść na duchu przyjaciółkę.
Wtedy jednak drzwi do sali otworzyły się ponownie, do niej samej wkroczył zaś Nataniel. Nie wiedzieć czemu zmieszałam się co najmniej jakby przyszedł tu akurat dla mnie. Ten tak naprawdę przyniósł wspomniane przez dyrektorkę owoce naszej edukacji. Wymienił z nią kilka cichych zadań i zaraz zniknął. Mimowolnie odprowadziłam go wzrokiem. Wcześniejsze kołatanie klatki piersiowej tym razem zastąpił pewien rodzaj bólu, rozdarcia. Z jednej strony tak bardzo chciałam go przeprosić, sprawić aby było jak dawniej. Z drugiej zaś bałam się, że emocje wezmą nade mną górę, że nie będę w stanie traktować go jak kolegi. Melancholijnie wciąż wpatrywałam się w drzwi.
      - Skoro już je mamy, mogłabyś je rozdać?
Kobieta spojrzała na jedną z dziewczyn siedzących w pierwszym rzędzie, tym samym wyrywając mnie z zamyślenia. Zaraz potem na każdej z ławek wylądował cienki plik kartek, teraz to one przyciągnęły mój wzrok. Na pierwszej z nich malowała się cudna liczba jaką było cztery. Uśmiechnęła się dziś pierwszy raz zupełnie szczerze. "Dziękuję" powtórzyłam w myślach po raz sama już nie wiedziałam który, następnie rozłożyłam strony aby przejrzeć poszczególne zadania. Tu punkt, w drugim również, w trzecim pół... Przesunęłam wzrok niżej na cienki, powstały spod ołówka napis, zapewne uwaga od nauczycielki. "Wyjaśnij mi tylko powód swojej decyzji, obiecuję więcej cię nie nękać. Mogę o to prosić? Będę czekał po lekcjach przed szkołą. N.". Zrobiłam zdezorientowaną minę. Co niby? Jaka decyzja, do zadania? Prześledziłam napis raz jeszcze, tym razem moje powieki się rozszerzyły, przecież znałam to pismo. I nauczycielka była płci żeńskiej. Ani nie było opcji żeby chciała się ze mną spotkać. Poczułam jak znów targnęła mną niepewność. Co powinnam była zrobić?
      - Mei, jak ci poszło? - głos Iris zdecydowanie był zbyt blisko, pochyliła się nad moim sprawdzianem lustrując go wzrokiem.
Machinalnie przysłoniłam dłonią wiadomość i sięgnęłam po gumkę szybko ją zmazując.
      - Mam cztery! Cztery, dosłownie nie mogę uwierzyć! - zawtórowałam uśmiechając się szeroko aby odwrócić uwagę rudowłosej. Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, ale zaraz odwzajemniła entuzjazm. Ulżyło mi, chyba nic nie widziała. A o to przecież chodziło, miałam zetrzeć ten napis zanim sprawdziany wrócą z powrotem do grona pedagogicznego, inaczej Nataniel mógł oberwać za grzebanie w podobnych rzeczach. Mógł oberwać, ale i tak to zrobił. Z drugiej strony, miał jakiś wybór? Podchodząc zwyczajnie na przerwie nie wiedział czy nie spotka się z identyczną sytuacją jak poprzednio. Wiadomość na odległość była bezpieczniejsza.
      - Cztery? To cudownie! Widzisz, a w ubiegłym tygodniu tak się martwiłaś. Też mam czwórkę. - uniosła leżące przed nią kartki żeby pokazać ocenę.
      - Wymiatamy!
Zrobiłyśmy tak zwanego "żółwika" zderzając się wierzchem zamkniętych dłoni. Zaraz jednak odwróciłyśmy się do Lu.
      - Laurine, bardzo źle? - mój głos pobrzmiewał jak najszczerszą troską. W końcu jej rozpacz nie była mi obca.
Delikatna dłoń blondynki wysunęła spod siebie papiery i umieściła je nam na ławce. Wbiłyśmy w nią wzrok. Dostała... dwa.
      - Przyznaj, ściągałaś. - obróciła głowę spoglądając na mnie.
      - N-nie! Po prostu... trafiłam na dobrego korepetytora.
Choć tyle rąbka tajemnicy mogłam im ujawnić.
      - Daj na niego namiary, chyba też jest mi niezbędny. - westchnęła tak ciężko jakby dookoła unosiło się coś zupełnie innego niż powietrze.
Pierwszy raz poczułam jak się rumienię wspominając o nim. Ale czy tak to miało wyglądać? Nie, to była bardzo zła reakcja. Jeśli mieliśmy się pogodzić, nie mogłam mieć podobnych odruchów. Musiałam jakoś odpędzić od siebie te myśli, skoro nie zamierzałam odpędzać jego. Przecież nic nas nie łączyło. Nic, za wyjątkiem sporej uwagi jaką mi poświęcał, ale on był zwyczajnie miły. Dla każdego. Dobrze, może za wyjątkiem Kastiela.
      - Wolisz jakiegoś korepetytora od nas? - udała urazę Iris - Z nami miałabyś dodatkowe zajęcia za darmo.
      - Z nami? - zdziwiłam się nawet nie zauważyłam kiedy zostałam w to wmieszana.
Rudowłosa skinęła głową. Chyba przez tą jedną ocenę trafiłam do kręgu vipów. Przecież nie byłam dobra z matematyki. Opanowałam tylko jeden dział. Mogłam jednak spróbować. Jeszcze niedawno i ja tego potrzebowałam.
      - Nie przyjmujemy głosu sprzeciwu. - stuknęłam końcówką długopisu o blat - Kiedy ci pasuje? - skierowałam pytanie do Lu.
W ostateczności przystanęłyśmy na weekendzie. Wiem, że to jedyne wolne dni, powinnyśmy trzymać się z daleka od nauki, ale w ciągu tygodnia musiałyśmy być na bieżąco. Poza tym, dzisiaj, zaraz...  czekała mnie trudna rozmowa. Trudna, bo po pierwsze nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji. Po drugie, nie miałam kompletnie pojęcia jak mu wszystko wytłumaczyć. Po trzecie, miałam na wymyślenie czegokolwiek niecałą już godzinę. Lekcyjną - dla sprostowania. Najprościej byłoby powiedzieć prawdę. "Nataniel, wiesz... kiedy na ciebie patrzę, gdy się uśmiechasz, pomagasz mi, kiedykolwiek gdy jesteś blisko... moje serce zaczyna bić szybciej. Chyba się w tobie zakochałam...".
      Stanęłam w drzwiach budynku. Naprawdę tam czekał. Pożegnałam się z dziewczynami mówiąc, że muszę coś jeszcze załatwić. Zauważyły, że mam się z kimś spotkać. Możliwe, że wiedziały też o kogo chodzi. Tylko on tam tak stał. Reszta ludzi zmierzała we własnych kierunkach. Wpatrywałam się w chłopaka wiedząc, że tylko z tej odległości nie wzbudzi to żadnych podejrzeń. "Chyba się w tobie zakochałam... ale kompletnie mnie to przeraża.". Przymknęłam oczy. Taka przecież była prawda. Jednak musiałam ją bardzo okroić. Gdyby wiedział... tak dokładnie nie miałam pewności co by zrobił, wolałam sobie wmawiać najgorsze scenariusze. Trzymało mnie to jakoś odgrodzoną od chęci przekonywania się. Strach zwyczajnie mnie przerastał. Dlatego zdecydowanie byłam za dystansem. Dużym dystansem. Nie chcąc aby długo czekał, ruszyłam w jego kierunku.
      - Przyszłaś jednak? - odwrócił się w moją stronę nim zdążyłam dojść, zdało się, że poczuł pewnego rodzaju ulgę.
Jakby nie patrzeć, ucieczka nie wchodziła w grę. Co najwyżej mogłam go zlekceważyć, ale sumienie mi na to nie pozwalało. Może nie tylko sumienie? Nie chciałam się w to zagłębiać. Skinęłam głową, początek rozmowy był zdecydowanie najtrudniejszy.
      - Dziękuję za pomoc w nauce. - zerknęłam na niego niepewnie, w końcu miałam okazję powiedzieć mu to wprost - Wiesz... w tamten poniedziałek, w bibliotece.
      - Mówiłem już, nie miałem wtedy nic na głowie. Ważne, że dobrze ci poszło.
      - Widziałeś moją ocenę? - wypowiedziałam to dość gwałtownie.
Jednak to było logiczne. Nawet jeśli nie grzebał w takich rzeczach, miał do nich pełny dostęp, a mój sprawdzian musiał mieć przecież w dłoniach. Choćby po to by napisać wiadomość.
      - Wybacz, nie chciałem naruszać twojej prywatności. - wyraźnie skrępował się moją reakcją.
      - Oh, nie... nic nie szkodzi. - zamachałam charakterystycznie dłońmi schodząc z tonu. Szkodziłoby, gdyby oglądał jakąś beznadziejnie niską, czwórka była spełnieniem moich marzeń. Poza tym, to nie on miał przepraszać.
      - Wszystko co powiedziałam... - wydusiłam w końcu niemalże szeptem - Nie powinnam była tak na ciebie naskoczyć. Nie wiem jak ci to wytłumaczyć, ale są po prostu rzeczy, których się obawiam... - spuściłam wzrok - I bezustannie przed nimi uciekam.
Przypomniałam sobie poprzednie słowa, te które wypowiedziałam do niego tamtego dnia. Wychodziło na to, że on był tą rzeczą, a nic przecież nie zrobił. To był mój wewnętrzny problem z którym musiałam sobie poradzić.
      - I to był powód?
Uniosłam ponownie na niego wzrok. Bardziej niż zdenerwowanie było widać w nim smutek.
      - Moglibyśmy wrócić do dawnych relacji? - z całych sił starałam się powstrzymać drżenie w obrębie mostka.
Milczał przez jakiś czas, dla mnie stało się to wiecznością. Przez moment zastanawiałam się czy aby na pewno da się naprawić naszą znajomość. Zaraz jednak odwiódł mnie od tych myśli jego delikatny głos.
      - Jeśli zrobiłem coś nie tak.... nie chciałem cię zranić. - spojrzał mi prosto w oczy zastanawiając się nad dalszymi słowami, po chwili westchnął - Jesteś pewna? Przecież wyraźnie powiedziałaś, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego.
Naprawdę czuł się winny. To była kolejna z opcji, których nie przewidziałam. Każdy kogo znałam, w takiej sytuacji odwdzięczyłby mi się wiązanką, a nie przepraszał mimo, że to leżało w moim geście.
      - Jestem. Nataniel, to nie była twoja wina...
Tak naprawdę wcale nie byłam. Miałam jednak nadzieję, że nie było tego po mnie widać.
      - Pod jednym warunkiem. - uniósł jedną brew.
Zbił mnie z pantałyku.
      - Jakim? - zapytałam w końcu.
      - Pozwolisz mi się jakoś zrekompensować. - widać w nim było niepewność.
Czemu tak mu zależało? Odwróciłam wzrok żeby się nie zarumienić. Był aż tak opiekuńczy? To nie pomagało. Zamknęłam oczy udając zamyślenie. Co tak właściwie miał mi rekompensować? Otworzyłam po chwili jedno, czekał na odpowiedź. Mój pomysł był banalny, jakiś najwyraźniej mieć musiałam. Przecież mieliśmy się pogodzić, a jeśli to był jedyny sposób, nie było innego wyjścia. Choć w gruncie rzeczy irrancjonalnie znów jakaś część mnie zwaliła całą winę na blondyna.
      - Właściwie, jest jedna rzecz, ciastko.
      Powędrowaliśmy do pobliskiej cukierni. Kilkakroć mijałam ją już w drodze na zajęcia, choć byłam w niej tylko raz. Kupowałam wtedy bułkę z jagodami. Nie jadłam śniadania, toteż musiałam jakoś się poratować. Weszliśmy do środka, a mój wzrok od razu padł na ustawione za szklaną ladą słodkości. Tego mi było trzeba, lekarstwo na troski w najczystszej postaci. W każdym razie takiej, która najlepiej na mnie działała. Wybrałam czekoladowy torcik. Poprosiłam o niego ekspedientkę, a następnie wyjęłam portfel.
      - Nie trzeba, ja zapłacę. - ręka złotookiego powstrzymała mój gest zaraz chcąc zrealizować swój zamiar.
      - A ty nic nie bierzesz? - zerknęłam na Nataniela.
      - Właściwie... nie lubię słodyczy.
Na mojej twarzy wymalowało się zdziwienie, nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobną osobą. Poczułam się nieco głupio naciągając go na taką inwestycję. Przeczesałam wzrokiem cukiernię raz jeszcze.
     - Poczekaj. W takim razie... mam inny pomysł!
      Poszliśmy do parku, tam siadając na jednej z ławek. Ludzi o tej porze były sporo. Otworzyłam papierową torbę przysuwając ją chłopakowi, sama też zaraz wyjęłam jej zawartość. Zapach świeżych bułeczek przypomniał mi dzieciństwo. Babcia zawsze z rana takie przynosiła, a ja zajadałam się nimi bez żadnych dodatków. Zwykłe smakowały mi najbardziej. Wzięłam gryza rozkoszując się nostalgicznym smakiem.
     - Mieliśmy szczęście trafiając akurat na porę, gdy je upiekli. - zachwyciłam się zupełnie jakby były czymś nadzwyczajnym.
Złotooki zaśmiał się na widok mojej reakcji.
     - Nie sądziłem, że zwykła bułka może wszystko załatwić.
     - Ona nie jest zwykła, jest... chrupiąca, ciepła i... tak cudownie pachnie! - uniosłam w dłoniach wypiek lustrując go wzrokiem, po chwili także się zaśmiałam.
Tak, ale bułka wszystko załatwiła. Przynajmniej się uśmiechał, ja także... o dziwo bez wsparcia czekolady. Na moment kompletnie udało mi się zapomnieć o problemach. Dojadając do połowy wypiek, wstałam z ławki żeby podejść bliżej znajdującego się o kilka metrów od nas, niewielkiego stawu. Kaczki i łabędzie zdawały się już wcześniej być zainteresowane poczęstunkiem. Przykucnęłam odrywając kawałek pieczywa i rzucając go na wodę. Nataniel zaraz znalazł się u mego boku, zauważyłam jego odbicie w tafli. Ptaki zaraz otrzymały podwójny poczęstunek. Zastanawiałam się czy naprawdę wszystko od tak znów zaczęło być normalne. Co on o tym tak właściwie myślał. Cokolwiek jednak to było, nie skreślił mnie tak jak ja zrobiłam to z nim. A właściwie próbowałam. Musiałam jedynie skreślić swoje uczucia. Naprawdę nie było łatwo przestać myśleć o kimś kogo miało się tuż obok. Zwykle od tego uciekałam, teraz nie wiedzieć czemu postanowiłam iść pod górkę. Miałam nadzieję, że nie spadnę z niej jednak, że słabości nie przerosną mnie tak jak zrobiły to z nią...

wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział trzeci

     Tamtego dnia zwiedziłam w towarzystwie znajomych publiczną bibliotekę. Książka całe szczęście była, musiałam jednak założyć kartkę aby móc wypożyczyć. Zabrakło mi dwóch złotych, zostałam wtedy po raz kolejny poratowana przez Ken'a. Miły z niego chłopak, gdyby tylko był trochę bardziej...
Później, razem siedzieliśmy w parku i objadaliśmy się czekoladowymi Pieguskami. Uśmiechałam się jak gdyby nigdy nic. W końcu wysłałyśmy też z Lu, wiadomość do Iris. Okazało się, że coś jej wypadło, jakaś sprawa rodzinna - zatem nie była chora. Jutro już miała pojawić się w szkole, a piątkowe spotkanie wciąż było aktualne. Wieczorem siadłam przed komputerem żeby sprawdzić maile, nie zaglądałam na pocztę od tygodni. Zazwyczaj nie było na niej nic ciekawego. Przeglądając wiadomości, tym razem trafiłam na jedną od... Margaret? Pytała co u mnie, streściła też wydarzenia z ostatnich dni. Zaskoczyła mnie, każdy by zaskoczył. Chodziłyśmy do jednej klasy, nie byłyśmy sobie obce, ale odsunęłam ją od siebie jak wszystkich. Odpisałam od razu, aby potem nie zapomnieć, mimo wszystko niegrzecznym byłoby ja olać. Przecież starałam się żyć normalnie. Napomknęłam, że nowe otoczenie jest w porządku. O tym, że ta szkoła ma więcej uczniów, że strasznie cieszy mnie fakt iż plażę mam na wyciągnięcie ręki. Zatrzymałam palce, wystukujące na klawiaturze kolejne literki. Dotarło coś do mnie. Uzmysłowiłam sobie, co do tego ostatniego - byłam tam jedynie raz. Zaraz po przyjeździe, musiałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia, pozwalający oswoić się z nowym miejscem. Nie lubiłam zmian. Choć te może wbrew pozorom były potrzebne. Postanowiłam nadrobić ten jakże haniebny brak w najbliższej, możliwej chwili. Wykasowałam niepotrzebny spam, a potem błądząc wzrokiem po pokoju, natrafiłam na torbę. Podeszłam do niej, wyciągając najodpowiedniejszy i konieczny rodzaj rozrywki - wypożyczoną dziś książkę. Ułożyłam się na łóżku opierając o wymarzone, ogromne poduchy i zaczęłam czytać. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
      Następnego dnia, lekcje miałam krótko. Iris tak jak zapewniła - przyszła. Wytłumaczyła, że musiała zająć się młodszą, chorą siostrą, kiedy rodzice byli w pracy.
      - Masz siostrę?
Zaciekawiłam się, samemu nie mając rodzeństwa. Rudowłosa skinęła głową.
      - Nazywa się Lisa, ma dopiero pięć latek.
      - I jest przeurooocza! - wtrąciła Lu, uśmiechając się szeroko.
      - To zależy, czasem potrafi być bardzo męcząca. Pamiętasz jak kiedyś zabrała nam zeszyty, a my miałyśmy się razem uczyć?
      - Połamała też wtedy kilka kredek. - zaśmiała się cicho - Ciesz się, że nie jest taka jak Amber. Nataniel dopiero ma przerąbane.
Nataniel... Do tej pory udawało się o nim nie myśleć. Dzięki wielkie.
      - Wiesz co wczoraj zrobiła? - ciągnęła - Zabrała Ken'owi portfel!
Poczułam szturchnięcie. Blondynka najwyraźniej chciała, abym przyłączyła się do kontynuacji opowieści o wczorajszym zajściu.
      - Poważnie?!
Iris miała zdziwioną minę, przysłoniła odruchowo dłonią usta. Pokiwałam głową.
      - Ale udało nam się go odzyskać. - dodałam.
      - Właściwie to dzięki Kastielowi, przepędził ją dosłownie.
Głos Laurine pobrzmiewał jakimś zachwytem. Nie zagłębiałam się w to jednak. Nie wiedzieć czemu, czerownowłosy cieszył się nie małą popularnością wśród płci przeciwnej. Może przez to był taki gburowaty? Każdą, okazaną sympatię odbierał jako sygnał, że się na niego leci? Może miał tego dosyć? Nie. To nie mogło być to.
Wszystkie trzy odwróciłyśmy się w kierunku Ken'a. Chłopak siedział na końcu sali. Uśmiechnął się i nam dyskretnie pomachał. Potem usłyszałyśmy dzwonek. Moje towarzyszki były trochę rozlatane, toteż dziś nie obyło się bez wędrówki po piętrach. Mijałyśmy znajome osoby, czytałyśmy ogłoszenia umieszczone w gablocie, na parterze. Po chwili dołączyła do nas Melania.
      - Co was tak pochłonęło?
Miała spokojny głos, jak zawsze. Miała też niesamowity dar słuchania i zawsze można było liczyć na jej radę. Kiedyś pomagała mi w załatwieniu kilku spraw, w związku z przepisaniem się do nowej szkoły. Zastępowała wtedy Nataniela. Odwróciłam się do niej aby odpowiedzieć. Mój wzrok powędrował jednak nieco dalej, na stojącego po przeciwległej stronie holu, blondyna. Rozmawiał z jakimiś dwiema dziewczynami, chyba pierwszoklasistkami. Musiał nas widzieć, ale nie zareagował. Żadnego "cześć", nic kompletnie. Najwyraźniej zrozumiał, to co wczoraj mu powiedziałam. Moja obserwacja trwała zaledwie kilka sekund. Nie chciałam żeby ktoś zaczął snuć dziwne teorie.
      - Wyniki konkursu historycznego. Lu brała w nim udział.
      - I jak? - szatynka wcisnęła się między nas, przypinając do tablicy ogłoszeń kolejną kartkę.
      - Nie udało się. - główna zainteresowana założyła dłonie za tył głowy, wyginając usta w podkówkę.
      - Zawsze będzie szansa za rok, możesz spróbować znowu. - posłała jej oczko, a potem wróciła do gospodarza. Kolejne lekcje mimo wszystko zaczęły dłużyć się w nieskończoność. Nawet polski wydał mi się tym razem nudny. A może zwyczajnie nie mogłam się na nim skupić? Nataniela widziałam jeszcze dwa razy. Raz przeszedł tuż obok, co mnie upewniło w tym iż stałam się powietrzem. Choć miałam wrażenie, że przez ułamek sekundy na mnie patrzył. Przecież sama o to prosiłam, skąd w takim razie wzięło się poczucie winy? Wpatrywałam się w okno, a raczej niebo. Miało kolor głębokiego błękitu. Zawieszone na nim niewielkie, białe obłoczki wydawały się w ogóle nie przemieszczać. Prawie jak stojący w tej chwili czas, przynajmniej dla mnie. Jutro miał być zapowiedziany sprawdzian z matmy. Zaraz po powrocie do domu zjadłam obiad i udałam się do swojego pokoju. Włączyłam muzykę, aby nie zostać z tym potworem sam na sam. Potworem, czyli matematyką. Otworzyłam podręcznik z zamiarem powtórzenia materiału. Szło sprawnie, przez kolejne pół godziny zrobiłam kilka zadań by się upewnić, że wiedza spisuje się również w praktyce. Tak było, odpowiedzi umieszczone na końcu podręcznika zgadzały się z moimi. Czułam się pewniej, tylko dzięki komu? Zmrużyłam oczy, gdy przeglądając notatki natknęłam się na pismo Nataniela. Przypomniałam sobie ostatni pobyt w szkolnej bibliotece. Chciał tylko pomóc, a nawet nie usłyszał "dziękuję". Podparłam głowę na ręce. Nie miał nawet pojęcia co mi odbiło, niczego nie wyjaśniłam. Westchnęłam wlepiając tępo wzrok w zapisane strony. Wyrzuty sumienia powróciły. Targnęły mną zupełnie sprzeczne emocje. Nienawidziłam tego. Te mniej odpowiednie starałam się wyprzeć z całych sił.
      Następne dwa dni nie różniły się od siebie zbytnio. Z tym, że byłam pewna nie dostania kolejnej dopuszczającej. Cieszyłam się podwójnie, gdyż  sprawdzian bardziej liczył się do oceny końcowej. "Dziękuję" palnęłam w myślach, kompletnie nie wiem po co, przecież nikt tego nie słyszał. Kilka razy natknęłam się też na Amber, tym razem wydając zwierzęce odgłosy wyraźnie podkreśliła, że chodzi jej o kozę. Przyłapałam również Kastiela podczas gry na gitarze. Był wtedy na dziedzińcu z nieznanym mi dotąd chłopakiem. Mimo, że widząc go teraz, szczególnie rzucał się w oczy. Za sprawą wiktoriańskich ciuchów. Miał też białe włosy. Ciekawy styl. Mroczny i pociągający. Zupełnie jakby z innej epoki.
      Do spotkania z Iris i Laurine została raptem godzina. Założyłam niebieską tunikę i jeansy. Usiadłam przed lustrem aby pobawić się włosami. Miały kolor ciemnego blondu, zwykle samoistnie się falowały od mniej więcej jednej trzeciej długości. Chwyciłam lokówkę mamy żeby dodatkowo poprawić ten efekt. W rezultacie kręciły się całe. Poprawiłam też makijaż. Nigdy nie był zbyt mocny, skupiałam się jedynie na podkreślaniu oczu eyelinerem i tuszem do rzęs. Często słyszałam, że są ładne, mimo iż sama niespecjalnie to dostrzegałam. Ich barwę było widać wyraźnie jedynie przy jasnym świetle, wtedy były równie jasno-zielone. Na koniec pociągnęłam usta delikatnym błyszczykiem. Można by się zastanawiać, po co tak się szykuję. Odpowiedź była mało skomplikowana - chciałam odciągnąć myśli jak najdalej od tematów tabu. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, czyli pidżamę - miałam spędzić z nimi noc, oraz kilka kosmetyków. Wzięłam też nadziewane cukierki żeby nie wpaść z przysłowiowymi "pustymi rękoma".
      - Mei-chan! Okaeri~! - krzyknęła Lu, chwaląc się znajomością kilku japońskich słówek.
Ostatnio wolny czas spędzała na oglądaniu anime, czyli kreskówek - tworzonych właśnie przez Japończyków. Sama może nie byłam mistrzem w tym temacie, ale znałam parę tytułów, głównie dzięki niej.
      - Już jestem. - odparłam z uśmiechem, przekraczając próg.
Zastanawiałam się czy była u rudowłosej długo przed umówionym czasem, skoro ja byłam punktualnie.
      - Iris właśnie przygotowuje popcorn, prosiła żebym otworzyła. Będzie wyżerka!
Apetyczny zapach kukurydzy roznosił się po mieszkaniu, poczułam się prawie jak w kinie. Zdjęłam buty i płaszcz, odwieszając to drugie na wieszak. Zaraz po tym wygrzebałam z torby spory worek słodkości.
      - Zdecydowanie. Będziemy robiły seans filmowy?
      - Co powiesz na "Zaklęci w czasie"? - złożyła dłonie w proszącym geście - Jeszcze go nie widziałam.
Ostatnio sporo było o nim słychać, nie miałam nic przeciw bo sama zamierzałam też go obejrzeć. Podreptałyśmy w kierunku kuchni. To był pierwszy raz, gdy odwiedzałam kogoś z tutejszego miasta. Nawet jeśli dom był przestronny, to urządzony w przytulny sposób. Nie czuło się w nim żadnej pustki, niepotrzebnego miejsca. Lu usiadła na taborecie, ja natomiast przywitałam się z Iris, przekładającą właśnie przygotowane przed chwilą jedzenie do miseczek.
      - Wolicie z solą czy cukrem?
      - Solą. - odpowiedziałyśmy zgodnie.
Iris wyjęła też szklanki i sok. Na wyposażeniu miałyśmy również oranżadę oraz mrożoną herbatę. Podzieliłyśmy się rzeczami zanosząc je wspólnie do pokoju. Tam moim oczom ukazały się ustawione już wcześniej różnego rodzaju ciastka.
      - Łaa~! Jestem w raju. - zachwyt wymalował mi się na twarzy.
Słodyczy nigdy za wiele. Ile razy już to mówiłam? Rozsiadłyśmy się oddając rozmowie. Najpierw o szkole, potem ludziach, poprzez anime, na mojej przeprowadzce kończąc.
      - Nie tęsknisz za starym domem? Chyba długo tam mieszkałaś. - Lu wpatrywała się we mnie, zajadając prażoną kukurydzą.
      - Od urodzenia.. Czasem, ale tylko przez wzgląd na przyzwyczajenie. Znałam każdy zakątek miasta. Poza tym, nie trzymało mnie nic specjalnego.
      - Znajomi? Chłopak? Jakieś tragiczne rozstanie przez wyjazd? - ciągnęła blondynka, niegdy nie miała okazji wypytać o podobne rzeczy.
      - U-um, tu chyba was zawiodę. Znajomi jak znajomi, po zakończeniu szkoły i tak każde poszłoby w swoją stronę. Co do tego drugiego... nikt specjalny w moim życiu dotąd się nie pojawił. - uśmiechnęłam się przepraszająco.
Nie kłamałam, nikt wartościowy nie stanął do tej pory na mojej drodze. Nikt kto byłby w stanie przebić się przez niewidzialny mur. Kogo moja obojętność by nie odstraszyła. Jednak nie lubiłam tego tematu. Wyrywając z zamyślenia, przed moją twarzą pojawiła się miseczka ciastek.
      - Częstuj się. - rudowłosa uśmiechnęła się ciepło.
      - A ty?
To ją tym razem Lu chciała pociągnąć za język. Dziewczyna wyraźnie się zmieszała.
      - Ja? Na pewno nikt z liceum...
      - Ale jednak! Mi się marzy... - blondynka schowała twarz w poduszce, którą już jakiś czas trzymała na kolanach - Kastiel. - bąknęła cicho.
A więc miałam rację. Wtedy, gdy zdało mi się, z resztą nie pierwszy raz, że jest nim jakoś zafascynowana. Laurine stwierdziła, że zazdrości tego, jak odpędzając Amber się do mnie zbliżył. Mi było to całkowicie obojętne. Gdyby nie miał tak szczytnego celu, zwyczajnie by mnie wkurzył. Schodząc w końcu z zagadnienia o płci przeciwnej, który zapewne był obowiązkowy na takich wieczorach, oddałyśmy się innym czynnościom. Był i obiecany seans, i karaoke. Iris miała wolne mieszkanie na cały weekend. Jej siostra zdążyła wyzdrowieć. Złapała jedynie zwykłe przeziębienie, a teraz wyjechała z rodzicami do dziadków, więc nikomu nie przeszkadzałyśmy. Nie zabrakło też chwili na typowo kobiece zajęcia. Obydwóm na życzenie pomalowałam paznokcie. Lu chciała mieć na swoich kwiatowe wzorki, organizatorka dzisiejszego spotkania zaś podobizny truskawek. Ja zostałam przy jednolitym granacie w wykonaniu blondynki. Przypomniałam sobie wtedy, że od dawna już nic nie rysowałam. Kiedyś ów zajęcie stanowiło nieodłączną część mojego życia. To była kolejna z rzeczy jakie postanowiłam nadrobić.