niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział drugi

     Postanowiłam go unikać. Na pewno nie będzie to łatwe, prędzej czy później na siebie wpadniemy. Przecież nie stanę się od tak niewidzialna. Choć ta umiejętność, aktualnie byłaby bardzo pożądana. Postanowiłam również o nim nie myśleć bo od tamtej pory tylko nabrało to na sile. Siedziałam aktualnie na lekcji polskiego. Lubiłam ten przedmiot najbardziej ze wszystkich. Właśnie dzięki niemu wiedziałam, że zdecydowanie jestem humanistką. Zawsze interesowała mnie literatura, epoki... to trochę dziwne, naprawdę podobały mi się lektury. Iris dzisiaj nie było. Może się rozchorowała? W takim wypadku, piątkowe spotkanie zostałoby odwołane. Stuknęłam w plecy Laurine, końcówką długopisu. Odwróciła się.
      - Wiesz co z Iris?
Wzruszyła tylko ramionami nie chcąc podpaść nauczycielce. Z krótkich obserwacji wywnioskowałam, że często ma ją na oku. Lektury, książki, lektury... Zmarszczyłam brwi. Lektury!
Poderwałam się z krzesełka obracając w swoją stronę kilka ciekawskich spojrzeń. Cholera, przez ten cały cyrk, kompletnie wypadła mi z głowy, a przecież właśnie po to miałam iść do biblioteki. Oparłam brodę na otwartym zeszycie i westchnęłam ciężko, ubolewając nad swoją głupotą.
      Gdybym tylko wypożyczyła ją wcześniej. Co teraz? Jeśli tam pójdę... Nie pójdę! Zostało przeczytać streszczenie?
Po sali rozszedł się dźwięk dzwonka.
Nie miałam zamiaru przemieszczać się po szkole w znacznej odległości od klasy, w której miałam mieć kolejne lekcje. Lu stanęła ze mną przy ścianie.
      - Napiszemy do niej? - wyjęła telefon z torebki, miała na myśli naszą, nie obecną dziś koleżankę.
Skinęłam głową. Na ekranie przedmiotu zaczęły pojawiać się literki.
      - Amber, przestań!
Nasze spojrzenia powędrowały w kierunku czyjegoś krzyku. Blondyna i jej przyjaciółki. Skrzywiłam się, tej też nie miałam ochoty oglądać. W uniesionej dłoni trzymała portfel, nie ciężko było się domyśleć iż należał do podskakującego przed nią Ken'a. Dwie pozostałe były bardzo rozbawione całą sytuacją.
      - Sprawdź ile ma! - podsunęła pomysł Li.
Amber odwróciła się tyłem do chłopaka, tworząc razem z towarzyszkami jakiś bunkier dla swojej zdobyczy. Nie myśląc długo, podeszłam do nich stanowczym krokiem. Za mną podążyła Laurine. Podzielałyśmy zdanie co do tych dziewczyn. Wyciągnęłam rękę z zamiarem odzyskania rzeczy chłopaka.
      - Oddawaj, nie słyszałaś?
      - Patrzcie, kogo my tu mamy? - rzuciła mi rozbawione spojrzenie. - Meeei, meee...!
      - Meee...! - zawtórowały jej koleżanki.
      - Amber, nie bawimy się w zoo. Zwróć portfel Ken'a, to nie twoje. Nie wyglądasz na biedną żebyś musiała dofinansowywać się w podobny sposób.
Tym razem moja znajoma próbowała odebrać skradziony przedmiot.
      - A co, nie lubisz zwierzątek? Czy może lubisz na tyle, że jedno sobie przygarnęłaś? - odsuwała się od Lu, wybuchając śmiechem po wypowiedzeniu ostatnich słów.
Bardzo zabawne. Bez zastanowienia złapałam tym razem jej nadgarstek. Mimo to, wciąż uparcie trzymała własność chłopaka.
      - Jak śmiesz? - odwróciła się w moją stronę, wyrywając z uścisku, potem zostałam popchnięta.
Zachwiałam się, pewnie bym upadła, gdybym nie została chwycona przez kogoś, za ramiona. Odruchowo otworzyłam szerzej oczy, wszystko stało się jasne w przeciągu kilku następnych sekund.
      - Amber, co robisz? Myślałem, że takie jak ty zarabiają w nieco inny sposób. - uśmiechnął się złośliwie.
Oprawczyni poczerwieniała momentalnie. To był Kastiel. Nie spodziewałam się go tutaj. Po pierwsze - przerwy zwykł spędzać na dziedzińcu. Po drugie - w ogóle zwykł rzadko pojawiać się w szkole. "Miły" jak zawsze, jednak w tej chwili, było to skierowane we właściwą stronę.
      - Poza tym - ciągnął - nie wiesz, że owce są urocze? Chciałaś skrzywdzić jedną z nich?
Jego ręce oplotły moje ramiona. Co on robił? Blondynka była wyraźnie zdenerwowana, rzuciła portfel dosłownie pod moje nogi. Zupełnie jakby to do mnie należał. A może chciała mnie nim uderzyć.
      - Chodźmy dziewczyny, nie będziemy prosiły o pożyczkę biedaków. Ken, było mówić od razu, że bez tego nie będzie stać cię na jedzenie. I jaka tam z niej owca... w ogóle nie podobna. - prychnęła odwracając się, przy czym demonstracyjnie odrzuciła ręką długie, falowane włosy.
      Oddaliły się znikając w końcu na schodach prowadzących wyżej. Uścisk czerwonowłosego rozluźnił się, a potem całkiem przestał mieć miejsce. Laurine podniosła własność głównego poszkodowanego, ja natomiast odwróciłam się do stojącej za mną osoby, z oburzoną miną.
      - Urocza owca?
      - Wyluzuj. Chciałem ją wkurzyć, sama widzisz - zadziałało. - splótł dłonie na wysokości klatki piersiowej.
Oh, super. Zatem byłam narzędziem, które można tak łatwo wykorzystać. Manipulant. Aczkolwiek odpuściłam bo miał rację, zadziałało. Zdenerwowana blondyna równa się widok bezcenny. Amber była zakochana w Kastielu od lat. Kiedyś, gdy była mała, naprawił jej ulubioną lalkę, uprzednio zniszczoną przez Nataniela. Zapamiętała go najwyraźniej jako księcia z bajki. Pomyśleć, jak bardzo ludzie potrafią zmienić się z biegiem czasu. Książę z bajki stał się ignoranckim typem, niewinna dziewczynka - zołzą, a Nataniel z łobuza... Zamyśliłam się nad doborem trafnego słowa. Uczynnym gospodarzem. To on opowiedział mi o tej sytuacji. Kastiel był świadom jej uczuć jednak nie lubił jej. Przez moment myślałam, że jedynie chowa się za gruboskórnością. Wtedy zrobiło mi się go żal. Jednak próbując do niego dotrzeć w różnoraki sposób, zdawało się, że osiągałam zupełnie odwrotny efekt. Przez sekundę, ale naprawdę tylko sekundę, pomyślałam, również, że jesteśmy pod tym względem do siebie podobni. Szybko jednak tą myśl od siebie odciągnęłam.
Lu, wręczyła portfel Ken'owi. Podeszłam do nich.
      - Sprawdź czy masz wszystko. - poleciłam niskiemu chłopakowi.
Był łatwym celem dla takich jak Amber. Ja za to nie tolerowałam poniżania słabszych. Tak działały osoby, chcące się dowartościować, dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo musiała być zakompleksiona.
      - Spokojnie, nic nie zabrały. Przepraszam za kłopot. - uśmiechnął się spuszczając wzrok, był wyraźnie zmieszany.
      - Ken, ona dokucza też innym osobom, mi także.
Nie wiedziałam za bardzo jak pocieszyć w takiej sytuacji. W końcu był facetem, ale nie chciałam żeby czuł się jak ostatnie popychadło. Miałam tylko nadzieję, że Kastiel nie zaszczyci nas teraz swoim miłosierdziem. Zerknęłam dyskretnie w miejsce, gdzie przed chwilą stał. Nie było go, tym lepiej.
      - Właśnie, ona jest po prostu podła!
Wsparcie mojej blondwłosej koleżanki, ruszyło do boju. Staliśmy chwilę rozmawiając, ponownie przypomniałam sobie o książce. Może to był dobry moment, aby poprosić o pomoc? Nie miałam chęci na streszczenie. Nie chciałam robić sobie braków. Co szkodziło spróbować?
      - Ej, macie może "Lalkę"?
Odwrócili się do mnie w tej samej chwili, patrząc jakbym urwała się z choinki. Lu zamrugała.
      - Przecież byłaś wczoraj w bibliotece ją wypożyczyć.
      - Nie mają już. Też byłem wczoraj się pytać.
Ken, mój wybawco... Jak inaczej mogłabym się z tego wywinąć? Przenieśliśmy wzrok na dziewczynę.
      - W takim razie... Niedaleko jest jeszcze miejska biblioteka. - patrzyła na mnie - Zaprowadzę cię do niej po lekcjach.
      - Mogę się do was przyłączyć? - wtrącił chłopak.
      - Oczywiście, czemu nie? - uśmiechnęła się, ja również.
      Kolejny dźwięk dzwonka poinformował o końcu przerwy. Lekcje mijały powolnie, czas jakoś niemiłosiernie się dłużył. Tym razem to ja bazgrałam na brzegach zeszytu. Spod długopisu wychodziły przeróżne wzorki. Szczerze cieszyłam się iż mój plan póki co świetnie się sprawdzał. Cieszyłam się, przynajmniej chwilowo. Mieliśmy jeszcze historię i biologię. Na tym pierwszym omawialiśmy Kongres Wiedeński, a na biologii strukturę budowy DNA. Tak myślę, że podejście uczniów w dużej mierze zależy od nauczyciela. Porównując wszystkich, przewijających się przez uprzednie lata, mogłam spokojnie stwierdzić, że przedmiot nazywa się nudnym, tylko przez osobę, która go uczy.
Po upływie ostatnich godzin, w końcu nas puścili. Z Lu i Kentinem miałam spotkać się przed szkołą, musiałam tylko podejść do swojej szafki. Tak też zrobiłam, wyjęłam potrzebne na jutro książki i zamknęłam ją na kluczyk. Przez hol przedzierały się resztki uczniów. Tych, którzy mieli już wychodzić z budynku, aby oddać się popołudniowej rozrywce, i tych, którym zostały do odsiedzenia ostatnie zajęcia. Szłam pewnym krokiem do chwili w której ukazała mi się znajoma twarz. Nie zauważył mnie jeszcze wtedy. Jednak gdybym nagle, pospiesznie zaczęła zawracać, wzbudziłabym zaciekawienie, a może i oburzenie znacznie większej widowni. Jak gdyby nigdy nic, podryfowałam dalej, udając niewidomą.
      - Mei?
Nataniel zatrzymał się tuż po tym jak się minęliśmy. Stanęłam więc. Odwróciłam się, a nasze spojrzenia ze sobą zatańczyły. Poczułam znajome drżenie w okolicy mostka. O ile on się uśmiechał, tak ja miałam wyraz twarzy, kompletnie wyprany z emocji.
      - Ostatnio ciągle na siebie wpadamy po zajęciach. To nawet zabawne.
Spuściłam wzrok. Zadrżałam, tym razem wcale nie z powodu serca. Po prostu przeszedł mnie dreszcz.
      - Nataniel...
      - Wszystko w porządku?
Wciąż się we mnie wpatrywał, zwyczajnie czułam. Jednak nie otrzymując odpowiedzi wyciągnął dłoń w kierunku mojej osoby. Nie wiem czy fizycznie było to możliwe, ale chyba poczułam też jak rozszerzyły mi się źrenice.
      - Nie dotykaj mnie... - cofnęłam się wydając z siebie piskliwy dźwięk.
Jednak na tyle cichy, że nie byłam pewna czy mnie usłyszał. Jego ręka zawisła w powietrzu.
      - Nie dotykaj mnie, proszę... - powtórzyłam - Nie rozmawiaj ze mną, nie zwracaj uwagi, nie patrz... Nataniel, proszę. Zostaw mnie w spokoju.
Mimo iż cała byłam roztrzęsiona, barwą głosu przypominałam oburzenie, jakiś wyrzut. Nie miałam pojęcia jaki miał w tej chwili wyraz twarzy. Zauważyłam za to jak zrezygnował z próby wejścia ze mną w kontakt fizyczny. Zrobiłam kilka kroków, chcąc go wyminąć.
      - Dlaczego?
Do moich uszu dotarło pytanie. Wyraźnie zdziwione. Nie odpowiedziałam. Może wyglądałam jak idiotka, ale puściłam się biegiem w przeciwną stronę niż tą ku, której zmierzałam. Zatrzymałam się dopiero na tyle szkoły. Wyszłam na zewnątrz, a chłodne powietrze uderzyło w moją skórę. Był koniec zimy, więc tylko idioci latali po dworze bez dodatkowego odzienia. Ja najwyraźniej nią byłam, musiałam się szybko doprowadzić do ładu. Zachować spokój i przestać się trząść.
      Przetarłam wierchem dłoni, majaczące w oczach kropelki. Przecież wszystko było w porządku. Już po wszystkim. Nikt nikogo nie skrzywdzi... Wzięłam głęboki wdech. Lu i Ken przecież czekali.

sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział pierwszy

      - Mamo... - jęknęłam przeciągle, otwierając chwila za chwilą wszystkie szafki jakie tylko były w kuchni. - Gdzie jest dżem czekoladowy, który ostatnio kupiłaś?
Kobieta o szczupłej talii i średniej długości, szatynowych włosach, podeszła do mnie i zwinnym ruchem wyjęła zgubę z jednych, otwartych już wcześniej półek.
      - Sprawdzałam tam. - zmarszczyłam brwi widząc z jaką łatwością jej to przyszło.
Chwyciłam słoiczek biorąc się pospiesznie za robienie kanapek, jednocześnie zauważając jej niecodzienny ubiór. Zwykle o tej porze, siedziała jeszcze w pidżamie. Na zakupy chodziła dopiero koło dziesiątej.
      - Wychodzisz gdzieś?
      - Mam rozmowę w sprawie pracy. - sięgnęła po swoją torebkę i zaraz zniknęła za rogiem pokoju. - Jeśli dobrze pójdzie, przyjmą mnie do pobliskiego sklepu.
      - Poważnie? - wzięłam kęs jednej z powstałych już kromek.
      - Tak, pod warunkiem, że będę o czasie. Ty chyba też powinnaś się pospieszyć, jest siódma czterdzieści pięć. - zerknęła wymownie na zegarek, zaglądając raz jeszcze do kuchni.
Przełknęłam chleb by odpowiedzieć.
      - Spokojnie, najwyżej będę pięć minut w plecy. To dopuszczalne. Nie spóźniam się notorycznie. - zapewniłam z powagą, gdy ta zniknęła już za drzwiami.
Ojciec o tej porze, siedział w swoim biurze. Tylko ja tu tak stałam i opychałam się. Ale czekolada była tym co wprawiało mnie w dobry nastrój. Co innego mogło być lepsze na początek dnia, skoro zmuszali nas do wstawania o świcie? Dobra na to, i... Zapatrzyłam się na kawałek ostatniej, nadgryzionej już kanapki. Wchodziły mi nadzwyczaj łatwo. Była niezastąpioną towarzyszką w każdym momencie życia, trwała bezustannie i nie mogła zniknąć. Nigdy... Chyba, że mielibyśmy problemy finansowe, ale i wtedy wydałabym na nią pewnie ostatni grosz. Nigdy nie zawodziła. Potrząsnęłam szybko głową, tym samym odganiając mało sympatyczne myśli, pochłonęłam ją w kilka sekund. Wygrzebałam z kieszeni klucze, założyłam buty, płaszcz, nie zapominając o torbie i pobiegłam.
      Dokładne spóźnienie, trzy i pół minuty. Lepiej niż się spodziewałam, ale hol był już pusty. Zdyszana oparłam się o ścianę tuż obok sali. Łapałam raz za razem głębokie wdechy, starając się wyrównać oddech. Nie wypadało wejść w takim stanie. Wyglądałam co najmniej jakby gonił mnie seryjny morderca. Teraz to już były cztery minuty. Prawdę mówiąc, dzisiejsze zajęcia nie należały do moich ulubionych, w większości były tymi ścisłymi.
      Dłużyły się w nieskończoność. Nawet siedząca obok Iris wydawała się znudzona, kątem oka zauważyłam jak bazgrze coś na marginesie zeszytu. Przysunęła go w moją stronę. Ulokowałam wzrok na zapisanym fragmencie kartki: "Przyjdziesz do mnie w piątek na babski wieczór? Lu też będzie.".
Babski wieczór? W gruncie rzeczy, nie byłam na czymś podobnym od wieków, trochę rozrywki nie zaszkodzi. Uśmiechnęłam się pod nosem odpisując: "Brzmi dobrze, pod warunkiem, że będzie dużo słodyczy!". Odsunęłam jej własność.
      - Da się załatwić. - szepnęła.
Mijała druga godzina matematyki, nie znosiłam tego przedmiotu. Męczyła mój wzrok kolejnymi wzorami. Kolejnymi, które jak dla mnie były czymś wyrwanym mniej więcej z alfabetu arabskiego. Słowo daję, próbowałam zrozumieć, ale jakoś nie wychodziło. Czasem zastanawiałam się, czy to ja jestem mało bystra, czy nauczyciele minęli się z powołaniem. Na koniec zostaliśmy zaszczyceni przypomnieniem o zbliżającym się sprawdzianie z całego działu. Była już jedna kartkówka, dostałam z niej dwóję. Prychnęłam przykładając demonstracyjnie głową do blatu ławki. Jak tak dalej pójdzie, będę powtarzała rok. Wiedziałam, że kiedyś, ten nikczemny wytwór, podłoży mi swoją długą nogę w postaci pierwiastka tak, że się przewrócę. Rudowłosa zachichotała, Laurine natomiast miała minę podobną do mojej.
      - Łaa... - Lu ziewnęła zaraz po wyjściu z klasy. - Jeszcze chwilę i myślałam, że usnę.
      - Uroki szkoły. - bąknęłam doskonale rozumiejąc jej reakcję.
      - Dziś też wracamy razem? - Iris poprawiająca sobie długi warkocz, wydała się natomiast bardziej rześka. Może wizja wolnego popołudnia tak na nią wpłynęła?
Niebieskooka skinęła głową, ja musiałam odmówić. Chciałam zajść jeszcze do biblioteki. Mieliśmy przeczytać lekturę na przyszły tydzień, tymczasem jeszcze nie wzięłam jej do ręki. Wiedziałam gdzie znajduje się ów pomieszczenie. Tuż na początku mojego przybycia, z planem szkoły zaznajomił mnie jej gospodarz. Wspomniał też wtedy, że to jedno z miejsc w, których lubił przebywać. Książki są w porządku, sama znałam pokaźną ilość tytułów. Nauka może też by była, gdyby niektóre rzeczy wydawały się prostsze. Nataniel chyba nie miał takich problemów.
Westchnęłam kierując się w wyznaczone miejsce, gdy na korytarzu zamajaczyły znajome blond włosy.
      - Mei, skończyłaś zajęcia?
Jego łagodny głos dotarł do moich uszu. Spojrzałam na chłopaka, w dłoniach trzymał stosik kartek. Cały Nataniel, papierkowa robota wydawała się wypełniać mu większość czasu.
      - Tak, dość męczących...
Mimo wszystko na mojej twarzy zagościł uśmiech. Jakoś nie potrafiłam mu go odmówić, choćby w podzięce za sympatię. W jakiś sposób zawsze potrafił poprawić mój humor.
      - Muszę jeszcze wstąpić do biblioteki. Lektura, sam wiesz. A ty? - skinęłam głową na trzymane przez niego dokumenty.
      - To... - jego wzrok wylądował w tym samym miejscu. - Właśnie zamierzałem dostarczyć je do dyrektorki. Poza tym, na dziś mam wolne.
No tak, pokój znajdował się w pobliżu miejsca do którego zmierzałam, przez tą drogę dotrzymywał mi kroku. Ciekawe co sama zainteresowana robiła w czasie, gdy on musiał wypełniać jej obowiązki. Zdecydowanie go wykorzystywała.
      - Wolne? - wypaliłam bardziej do siebie niż blondyna. Z mojego raczej nici, szykowało się bezowocne kucie do ukochanego przedmiotu.
      - Coś nie tak? - spojrzał na mnie, tym razem nieco się skrzywiłam
      - Jakby nie patrzeć, nic nowego. - zatrzymaliśmy się pod celem mojej podróży.        
      - Matma, ma być sprawdzian. A ja niezbyt cokolwiek rozumiem. Spędzę nad nią resztki wszystkich wolnych dni.
Przymknęłam oczy, pewnie miał mnie za idiotkę. Ktoś taki zdecydowanie nie mógł mieć problemów z nauką.
      - Potrzebna ci pomoc?
Otworzyłam je nieco zmieszana propozycją.
      - Co teraz przerabiacie? Skoro i tak nie mam nic do roboty mógłbym ci wytłumaczyć. Zobaczysz, to wcale nie takie trudne.
Zamyśliłam się na kilka sekund. Nie chciałam zabierać mu czasu. Z drugiej strony, to mogła być jedyna szansa abym jednak nie oblała po raz kolejny.
      - Wiesz, ale nie marnuj całego popołudnia!
Przybrałam poważną minę, dając mu do zrozumienia, że jednak udzielanie korepetycji mojej osobie mogło być pracochłonne. Ten jednak odwrócił się znikając za drzwiami pokoju dyrektorki. Naprawdę musiał tylko odłożyć te papierki na miejsce bo zaraz był z powrotem.
      - Chodźmy.
I poszliśmy.
      Muszę przyznać, że jeśli chodzi o uczenie był nadzwyczaj utalentowany. Najpierw pokazał kilka przykładów, wytłumaczył teorię i wzięliśmy się za następne, coraz trudniejsze rzeczy. Może wciąż nie byłam geniuszem, jednak wpadki przybrały wymiar drobiazgów przy których zwyczajnie bardziej musiałam uważać. Miałam gotową odpowiedź na to, że nauczyciele w większości trafili jednak, w mało odpowiedni dla nich zawód. Może on chciał zostać nauczycielem? Dlatego tak do wszystkiego się przykładał. Jeśli tak, zazdrościłam w tym momencie jego przyszłym uczniom.
Spojrzałam na chłopaka widząc z jakim zaangażowaniem podszedł do mojego sprawdzianu. Nataniel był miły, uczynny, zawsze uśmiechnięty. Nataniel lubił kryminały, miał jakiś konflikt z Kastielem i przyjaźnił się z Melanią. Nataniel był odpowiedzialny, kompletnym przeciwieństwem swojej siostry - Amber. Nataniel miał też dłuższe, blond włosy, które komponowały się z jego pięknymi, jasnobrązowymi oczami. Był też szczupły i dość wysoki. Nataniel też często...
Wpatrywałam się, badając każdy szczegół jego osoby. Poczułam jak w pewnym momencie moje serce zabiło szybciej. Odwróciłam niezauważalnie wzrok, wlepiając go ponownie w rozwiązywane wspólnie przykłady. Co to było? Moja reakcja niezmiernie mnie zdziwiła. Czemu już wcześniej przykładałam tyle uwagi do jego osoby? Żeby jakoś odreagować, przycisnęłam sparaliżowane nogi do podłogi, co najmniej tak, jakbym chciała zrobić w niej dziurę.
      - Proszę. Spróbuj teraz kolejny przykład.
Przykład, przykład... Wytężyłam umysł aby znów skupić się na zadaniu. Udało się, poprzednie myśli gdzieś zniknęły. Sięgnęłam po podawany przez niego długopis, z zamiarem wykonania prośby. Jednak sięgając, trafiłam też na dłoń, która go trzymała. Odskoczyłam niezauważalnie. Chciał podać mi przedmiot, a zamiast tego został upuszczony. Serce ponownie załomotało.
      - Przepraszam.
Wysiliłam się aby wyglądało to jak najbardziej naturalnie. Szybko podniosłam ofiarę sytuacji i zabrałam się za dalszą naukę.
Gdyby to zdarzyło się raz, mogłabym podejrzewać, że przyczyna była różna. Czemu tak szybko biło? Mimo iż znałam odpowiedź, nie chciałam się do niej przyznać...
      Zrobiłam zadanie do końca, a potem wstałam biorąc torbę.
      - Chyba tyle wystarczy, poza tym zrobiło się późno. Powinnam wrócić przed kolacją, inaczej nie dadzą mi spokoju...
Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Spędził ze mną kilka godzin, ale te kilka dało więcej efektu niż kilkanaście, prowadzonych przez nauczycielkę.
      - Faktycznie. Poradzisz już sobie. Naprawdę myślałem, że będzie gorzej.
Na twarzy blondyna zagościł uśmiech. Przez chwilę pomyślałam, żeby jego ostatnie słowa odebrać jako obelgę, jednak chyba nie o to chodziło. Spakowałam książki i starając się unikać zbiegnięcia naszych oczu, ruszyłam z nim do wyjścia. Starałam się zachowywać normalnie, choć szczerze mówiąc miałam ochotę puścić się biegiem. Pożegnaliśmy się krótko, po czym każde ruszyło swoją drogą.
Co to było? Gdy chłopak zniknął, podążając własną trasą, myśli wróciły. Odruchowo dotknęłam zamkniętą dłonią miejsca, któremu zachciało się tak szaleć. Nataniel... Szepnęłam w myślach, a ono powtórzyło czynność.
      Weszłam do domu witając się z rodziną. Nie mieliśmy w zwyczaju wypytywać o szczegóły dnia, czasem tylko wymienialiśmy się pobieżnymi informacjami. Jak na przykład to, że dzisiejsze popołudnie spędziłam w bibliotece. To, że mama otrzymała pracę, a ojcu uciekł powrotny autobus. Zrobiłam sobie kanapki, tym razem normalne bo z wędliną i warzywami. Mimo, że nie jadłam obiadu, jakoś nie byłam nazbyt głodna. Coś z bliżej nieokreślonej przyczyny, ściskało mi przełyk. Choć tak naprawdę, znałam to uczucie.
Po skończonym posiłku, wzięłam prysznic i zamknęłam się w swoim pokoju. Padłam na łóżko. Było większe niż poprzednie, w końcu miałam też ogromne poduchy o których tak marzyłam. Na półkach szafek znajdowały się książki, pamiątki z wakacji i kilka maskotek. W wyjątkowym miejscu zaś, stał wazon z długimi, sztucznymi słonecznikami. Te kwiaty były dla mnie wyjątkowe - zawsze obracały swoje "buzie" w stronę słońca. Chciałam aby mi o tym przypominały, gdy przyjdą gorsze dni.
Przymknęłam na moment oczy, oddychając powoli dla relaksu. Czy możliwym było abym... zakochała się? Nie dopuszczałam do siebie podobnych emocji od dawna, właściwie czułam się z nich wyprana. Niezdolna do czegoś takiego. Odpychałam od siebie ludzi. Od... tamtych zdarzeń. Potrząsnęłam głową. Nie, nie. To nie mogła być prawda. Z miłości nigdy nie wychodzi nic dobrego. Ludzie są podli. Udają miłych, sprawiają, że czujemy się wyjątkowi, ważni. Potem odchodzą. Bo byli niezdecydowani, zdradzili, albo dokonali jakiejś innej głupoty. Znikają z obojętnością na twarzy, jakby byli obcy lub najgorszymi wrogami. Ranią, bawią się, kłamią, wykorzystują, porzucają... I nie obchodzą ich uczucia drugiej osoby. Nie biorą za nie odpowiedzialności. Gdzie tu miłość? Gdzie to całe dobro, bezinteresowność, wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, zaufanie? Nie tak ją sobie wyobrażałam. A jeśli tak właśnie wygląda, powyższe, pozytywne określenia nazwałabym czymś zupełnie innym.
      Do mojej głowy dotarła wtedy pierwsza fala wspomnień. Wspomnień, które latami wyrzucałam z pamięci aby móc zacząć żyć na nowo. Leżałam tak jeszcze jakiś czas, a potem ogarnęło mnie zmęczenie. Usnęłam.

Prolog

Witam, witam o tej późnej godzinie. Pocierając oczy staram się jakoś "ogarnąć" blog, który założyłam jako następce mojego poprzedniego internetowego pamiętnika. Co prawda wciąż odrobinkę tęsknię za starym, prowadzonym jeszcze na onecie, ale... zachciało mi się na ponów w tym świecie znaleźć kąt, do którego się przywiążę. Szło mi opornie. Dlaczego? Nie chce mi się o sobie pisać. Lenistwo? Może. Uznałam, że poza prywatnymi spazmami, muszę mieć tu coś jeszcze. Coś co sprawi, że jednak zechcę zostać na dłużej, rozwinąć stronę. A potem pojawiło się w mej głowie olśnienie. Dzięki pewnej Kyun. Opowiadanie! Tak, wena wróciła (oby na dłużej). Postanowiłam kontynuować wypociny tworzone około pół roku temu. Wypociny, które są ziszczeniem mojej słabości do pewnego Pana z gry otome. Natanielu, zamierzam zabić ludzi swoim brakiem talentu. Wszelkie kociaki z fanclubu mile wdziane ;3

***

     To już trzy miesiące, prawie trzy (bo liczę z dniem dzisiejszym, który dopiero się zaczął) odkąd mieszkam w nowym mieście. Można powiedzieć, że się przyzwyczaiłam. Nie w pełni, ale nie czuję się tu już tak obco. Z poprzedniego przeprowadziliśmy się przez pracę ojca. Dostał tu nową, lepszą ofertę i... tak oto jestem, gdzie jestem. Mama zwyczajnie się dostosowała. Nie mieliśmy nic do stracenia, co najwyżej zyskania. Sama pracowała zwykle dorywczo, tak żeby coś robić. Problemy finansowe były nam obce. Brakowało za to innych rzeczy. Nikt tu nie był ze sobą specjalnie zżyty, pomimo iż byliśmy rodziną.
      Poprzednio mieszkaliśmy w mniej okazałym mieście, tu natomiast był nawet dostęp do morza. Kochałam to miejsce, nie dlatego, że uwielbiałam pływać - tego bałam się panicznie, co ceniłam jego wyjątkowy spokój. Dźwięk fal uderzających o brzeg, zapach powietrza i rozległy widok nieba łączącego się z wodą. Nierozerwalnie, jak para kochanków, której nic nie jest w stanie rozdzielić. Co prawda nie bywałam tam za często, miałam masę nauki. Do nowej klasy trafiłam mniej więcej w połowie drugiej, co za tym idzie - ludzie już się znali, byli ze sobą zżyci. Nigdy nie należałam do osób, którym łatwo przychodziło nawiązywanie nowych kontaktów. W starym mieście też nie miałam zbyt wielkiego towarzystwa, co prawda znajdzie się trochę znajomych, nie jestem jakimś odludkiem, ale... aktualnie nawet z nimi nie rozmawiałam. Tak jest, że ludzie przychodzą i odchodzą. Obecne liceum zapoznało mnie z kilkoma. Najbardziej zapamiętałam Iris, Laurine, Melanię, Kentin'a, Kastiela i Nataniela. Iris była niesamowicie sympatyczną osobą, zawsze uśmiechniętą. Miała rude włosy splecione w długi warkocz. Laurine, a właściwie "Lu" bo tak na nią wołali, zwykle aż rozpierała energia. Ją natomiast cechowały blond włosy kontrastujące z błękitem oczu. Z nimi dwiema spędzałam najwięcej czasu dlatego, że byłyśmy w jednej klasie. Do tego dochodził Ken, ale on akurat należał do cichych osób. Kastiel to gbur... przypadkiem na niego wpadłam już pierwszego dnia, raczej ciężko do niego dotrzeć. Wydaje mu się, że jak zagra twardziela, mającego wszystko gdzieś, doda mu to plus sto do fajności. Cechowały go czerwone, sięgające ramion włosy, nosił się w stylu "rockmena". Melania jest bliską znajomą Nataniela. Pomaga mu w roli gospodarza. Podobnie jak Lu, miała niebieskie oczy, z tym, że była ciemną blondynką. Ten ostatni natomiast, załatwiał mi papierkową robotę jako gospodarz, tak go poznałam. Był w tej samej klasie co Kastiel i Melania. Jest uczynny, podobnie jak u Iris jeszcze nigdy nie widziałam aby uśmiech zszedł mu z twarzy. Rozmawialiśmy dość często, chciał abym się jakoś zaaklimatyzowała. Raz pytał właśnie o to, jak mi się tu podoba. Stara się pełnić swoją funkcję jak najlepiej. Jednak między nim, a czerwonowłosym jest jakiś konflikt, w każdym razie nie przepadają za sobą. Coś kiedyś bąknął, jednak nie wdawałam się w szczegóły bo zaraz zmieniliśmy temat. Zapomniałam jeszcze o tej gorszej stronie. Jego okropnej siostrze i jej grupie koleżanek. Typowe lalunie, z kilogramem tapety na twarzy. Od początku upatrzyły mnie sobie za cel. Amber - bo tak się nazywa najgorsza z nich, nadała mi na przykład nowy pseudonim. Któregoś razu zaczęła wołać za mną "meee" od mojego imienia - Mei. Zostałam kozą, od czasu do czasu owcą. W sumie to ostatnie dość pasuje. Mimo poznanych osób, nie kręciłam się z nimi bezustannie. Na samą myśl o kolejnej konfrontacji, przewróciłam oczami.
      Westchnęłam, ostatni raz poprawiając przed lustrem włosy i wyszłam z pokoju, schodząc schodami na dół, do kuchni. Czekało na mnie śniadanie, potem szybki bieg do szkoły, trochę zaspałam. Nie spodziewałam się wtedy jednak, że ten dzień przywoła do życia tak wiele rzeczy o których dotąd chciałam zapomnieć...