poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział dziesiąty

Witam i ruszam do was z kolejnym, długo oczekiwanym rozdziałem! Przez pewien czas miałam drobny zastój weny, ale póki co powróciła i pozwoliła mi go dokończyć. To nie tak, że nie mam pomysłów co dalej. Takie rzeczy planuję jeszcze nim zacznę pisać, bardziej chodzi tu o moje lenistwo. Taaak, leń ze mnie okropny, ale nie musicie się martwić, że utknęłam w jakimś martwym punkcie. W każdym razie liczę na wasze opinie, zwłaszcza te krytyczne. Tym razem dedykacja dla Liazety bo nie mogła doczekać się większej ilości Nata ;3!

***

     Weekend minął mi szybko, zapewne przez sobotni wyjazd. Niedzielę zaś spędziłam na odrabianiu lekcji. Teraz był poniedziałek, szósta trzydzieści. Budzik niemiłosiernie brzęczał nad moją głową. Wyjątkowo jednak mi nie przeszkadzał. Od czasu piątkowego wieczoru niespecjalnie miałam ochotę siedzieć w domu mimo, że spotkanie z Margarett poprawiło mi humor. Wszystko miało zacząć obracać się w zupełnie innym kierunku choć przecież to ja zamierzałam się zmieniać, a nie otoczenie.
     Założyłam płaszcz i zarzucając torbę na ramie wyszłam z domu. Tym razem obyło się bez sprintu na zajęcia. Zastanawiałam się jak wyjaśnię dziewczynom zniknięcie z balu. Miałam jednak nadzieję, że bardziej zafascynowane będą opowiadaniem mi swoich przeżyć.
     - Ty!
Palec Laurine niemal przylgnął do mojego nosa.
     - Dlaczego, gdzie i po co byłaś z głównym gospodarzem szkoły podczas trwania imprezy!
Nie spodziewałam się tak bezpośredniego pytania. Nie sądziłam,że zwrócą uwagę na to, że nie ma akurat naszej dwójki. Wiedziałam, że dostrzegą moje zniknięcie, ale Nataniela? Bawili się w detektywa czy co? Uniosłam dłonie w poddającym geście.
     - Źle się poczułam, odprowadził mnie do domu.
     - Doprawdy? - uniosła znacząco brwi - Widziałam was jak... jak... jak... - przedłużała ostatnie słowo świdrując mnie wzrokiem.
Pobladłam, albo mi się zdało. W każdym razie wizja tego, że znacznie większa publiczność była świadkiem jak się rozklejam sprawiała, że czułam się... naga? To chyba dobre określenie. Pokazywałam znacznie więcej niż powinnam, niż chciałam.
     - Szpiegowaliście nas? - podniosłam ton głosu, przynajmniej taki miałam zamiar, ale zamiast tego zapiszczał on lekko zdradzając narastającą we mnie obawę.
     - Laurine, daj spokój. Niczego nie wiedzieliśmy bo za wami nie szliśmy. - policzki rudowłosej zaróżowiły się bardziej niż zwykle.
Odetchnęłam, a właściwie westchnęłam spuszczając wzrok. Zdałam sobie sprawę, że sama w tym momencie dałam im pretekst aby budowały w sobie przeróżne wyobrażenia.
     - A jednak. - Lu pokiwała głową na potwierdzenie tego, że jej przepuszczenia zdają się być słuszne.
     - Wbrew pozorom, to nie jest to co myślicie...
     - Jeśli nie, Melania niepotrzebnie się przejęła. - Iris uśmiechnęła się lekko - Jeśli Mei będzie miała ochotę, sama nam o tym opowie bez podpuszczania.
      - Ja tylko jestem ciekawa jeśli kroi się tutaj jakiś romans. Pamiętasz? Mówiłaś, że tam skąd przyjechałaś nie było interesująco.
Sprostowała blondynka zdając się mimo wszystko być jednak rozczarowana brakiem większych dowodów. Zapominała przy tym jednak, że sama ostatnio jest jednym wielkim skupiskiem tajemnic. Posłałam jej jednoznacznie spojrzenie. Iris wiedziała o co chodzi. Lu prezentowała dziś na sobie kolejny nowy ubiór. Tym razem podarte, czarne rurki, czerwony top i glany. Jak do tej pory nie miała zamiaru wyjaśniać o co w tym wszystkim chodzi. Co prawda domyślałam się, a właściwie przyłapałam ją na gorącym uczynku, ale nie ośmieliła się nas wtajemniczyć w swój misterny plan. Jakkolwiek był on niedorzeczny. Zlustrowałyśmy ją wzrokiem od stóp do głów. Prychnęła splatając ręce na klatce piersiowej.
     - Znowu zamierzacie komentować mój styl?
Rudowłosa skierowała zaraz swój wzrok w głąb holu. Na jej twarz ponownie wtargnął uśmiech. Pomachała ręką. Ku nam zmierzał powolnym krokiem niski szatyn w okularach.
     - Cześć Ken! - rudowłosa spojrzała na Laurine - A co byś powiedziała na męską opinię w tej sprawie? Może to jakoś cię przekona.
Również pomachałam chłopakowi. To zdało mi się nie być głupim pomysłem. Nawet jeśli Ken nie uchodził za najprzystojniejszego, dysponował opinią płci przeciwnej.
     - Dziewczyny mają do ciebie pytanie. - zabrała głos Lu, gdy ten znalazł się już tuż obok nas.
     - Jakie? Coś w kwestii pracy domowej? - podrapał się zakłopotany w tylną część włosów - Jeśli tak... - zmieszał się jeszcze bardziej po czym zwiesił głowę - ... przez tą organizację rocznicy, sam o niej zapomniałem.
     - A-ale one nie o tym. - zamachałam rękoma aby wyprowadzić go z błędu.
Faktem było, że wiele osób prosiło go o podobne rzeczy. Zwyczajnie go wykorzystując, a kiedy on ich poprosiłby o pomoc, jestem pewna, że potraktowany zostałby jak powietrze.
     - Co myślisz o stylu Laurine? - pomysłodawczyni zwiesiła na nim wzrok.
     - Lu?
Szatyn wydał się zaskoczony tymi słowami jednak powędrował oczyma ku blondynce, ta obróciła się wokół własnej osi prezentując swój wygląd.
     - Jest dość buntowniczy, przypomina mi Kastiela. - wypalił po chwili namysłu.
Niebieskooka zatrzymała się momentalnie. Jakby nie patrzeć, trafił w samo sedno.
     - A coś poza tym? - podrapała się wskazującym palcem po policzku - Pasuje do mnie? Widzisz, one się uparły, że wolą mnie w zwykłych ciuchach. Sądzę, że się zwyczajnie nie znają. Bezguścia.
Iris nadęła policzki na to wyznanie. Chłopak ponownie się zmieszał. Właściwie postawiłyśmy go między młotem, a kowadłem.
      - Prawdę mówiąc... sądzę, że w poprzednim ubiorze ci lepiej. Podkreślał twoją urodę. Był delikatny i uroczy. - uśmiechnął się pogodnie z nadzieją, że jej nie urazi.
     - Widzisz, mamy rację! - rudowłosa uniosła głos choć do niej kompletnie to nie pasowało, zdaje się, że ta uwaga naprawdę ją uraziła.
Kentin rozsiadł się pod ścianą korytarza otwierając plecak. Wyjął z niego zeszyty i papierową torebkę kierując ją w naszą stronę.
     - Chcecie ciastka?
Idealne na rozładowanie napięcia, a przynajmniej zmianę tematu. Często je ze sobą przynosił, plusem było to, że mimo iż je tak lubił, umiał się nimi dzielić. A któraż kobieta nie lubi słodkości? Właściwie w ogóle mało znam takich ludzi. Za wyjątkiem Nataniela. Tak, doprawdy był wyjątkowy. Laurine pochyliła się nad torebeczką sprawdzając jej zawartość.
     - Co mamy tym razem? - blondynka wsunęła dłoń do opakowania - Czekoladowe pieguski!
     - Aż dziw, że nadal masz ochotę na słodycze po piątkowym wieczorze... - pokręciła głową rudowłosa odmawiając poczęstunku.
No właśnie, nie było mnie praktycznie na połowie balu i póki co żadna z nich nie podzieliła się wrażeniami, których ja chciałam usilnie uniknąć. Swoją drogą, może gdybym tam została nie byłabym świadkiem tego co widziałam. Mojej matki i tego gościa. Może nie byłabym świadoma tego co dzieje się dookoła i nie popadałabym w histerię przy gospodarzu szkoły. Teraz, gdy o tym myślałam, było to strasznie krępujące. Nie lubiłam pokazywać swoich słabości, zawsze jakaś cząstka mnie była skrzętnie ukryta przed całym światem. Taka cząstka każdego z nas powinna być dobrze strzeżona ponieważ, gdy ktoś ją znał, wiedział o naszym czułym punkcie. Ten czuły punkt miał moc samo destrukcji, potrafił nas zniszczyć. Do tej pory, wgląd w moją duszę miała jedynie Cannie. A teraz, jedno z okien się otworzyło i wtargnął w nią powiew zimnego... nie, ten wiatr był ciepły. Lekki i łagodny. W każdym razie, nie wiem czy mimo wszystko lepiej byłoby żyć w kłamstwie. Widziałam więc wiem, muszę sobie umieć z tym radzić.
     - Tak właściwie, co mnie ominęło? - zagadnęłam by jednak nie oddać się głębszym rozmyśleniom. Poza tym byłam odrobinę ciekawa.
     - Co? To jak wspólnie podpierałyśmy ściany.
     - I atak Amber na twoją osobę... - kontynuowała Iris, zwracając się do niebieskookiej.
     - Dziwne, że ciebie się aż tak nie czepia.
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
     - Jakoś nigdy nie wchodziłyśmy sobie w drogę.
     - Czego od ciebie chciała? - zmarszczyłam brwi na samą myśl o "złej" siostrze Nataniela.
Lu powieliła gest koleżanki.
     - Coś abym nie śniła bo i tak żaden mnie nie zechce i...
Zawahała się nad kontynuowaniem. Wyręczyła ją w tym Iris.
     -... i abyś nie próbowała nowym, "śmiesznym" stylem wzbudzić zainteresowania innych.
Na swój sposób Amber miała rację. Nie to aby wypominać jej takie rzeczy, ale przecież o to w tym wszystkim chodziło. Laurine chciała w ten sposób pozyskać sympatię Kastiela. Westchnęłam.
     - Nie ma co zwracać na nią uwagi, jest podła. - stanęłam w obronie blondynki pochłaniającej kolejnego pieguska. Sama też sięgnęłam po jednego z nich.
     - Spokojnie, utarłam jej nosa. Lysander przy tym był i postanowił bronić jak to później określił "mojego honoru". Poprosił mnie do tańca. Żebyś widziała jej minę!
Przybiłyśmy żółwika uśmiechając się triumfalnie. Dziewczyna zaraz kontynuowała.
     - Później Melania pytała nas czy widziałyśmy Nataniela. My jednak zastanawiałyśmy się, gdzie jesteś ty. Wyszła myśl, że uciekliście razem. Poszłyśmy was szukać i Ken nam opowiedział jak wychodziliście ze szkoły. Wszystko stało się jednoznaczne.
     - I resztę wieczoru spędziły u mnie. Przynajmniej miałem miłe towarzystwo. - włączył się chłopak, odrywając na moment od robienia zaległych notatek.
     - Tak, dokładnie. Ken zawsze ratuje wszystkich słodyczami. - zatopiła wzrok w ciastkach - Obiecaj, że niedługo znowu takie kupisz.
     - Chyba nie jestem w stanie.
Uśmiechnął się przepraszająco na co Laurine wygięła usta w podkówkę.
     - Nie mówiłem nikomu, ale... - zawahał się na ułamek sekundy - Wyprowadzam się
Twarz chłopaka nieco pobladła wymawiając te słowa.
     - Dokąd tak nagle? - zaskoczenie wymalowało mi się na twarzy. Z resztą nie tylko mi.
     - Ojciec chce wysłać mnie do szkoły wojskowej.
Cała jego obawa w tym momencie stała mi się zupełnie jasna i uzasadniona.
     - Kiedy? - zapytała Lu.
     - Jutro.
     Kentin wyjeżdża. Lu mnie śledzi. Melania jest zazdrosna. Margarett umówiła mnie z Colinem. Colin ukradł mój numer. Moi rodzice się... zdradzają? Zawiesiłam się. Wciąż ciężko samo to słowo w ich odniesieniu przechodziło mi przez myśli. Podświadomie zwracałam większą uwagę na swoją komórkę. Całe szczęście ta milczała. Każde jej drgnięcie, wibracja sprawiłaby, że zaraz moim oczom mogłaby ukazać się treść od osoby, która nie miała już prawa bytu w moim życiu. Chciałam zamknąć ten rozdział, a zamiast tego doczepiłam do siebie kolejne kartki papieru tej samej księgi. Może jednak przesadzałam? Może jednak dałam radę zniechęcić go na tyle, że się nie odezwie? Odpuści? Lekcje skończyły się piętnaście minut temu. Laurine standardowo gdzieś szybko umknęła, Iris postanowiła uczyć się francuskiego na zbliżający sprawdzian. Nie była najmocniejsza w językach obcych. Ja jednak nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Każdy mięsień pracujący w organizmie podczas spaceru przez hol zatrzymywał mnie jak najdłużej w budynku. Nie chciał wracać do domu. Nie chciał widzieć pustych ścian i poddawać próbie wyobraźnię. Nie to, że nie lubiłam samotności. Przeciwnie. Tylko teraz ona dawała mi niezliczone powody do paranoi. Zanim się obejrzałam stałam pod pokojem gospodarzy. Zatrzymałam dłoń w powietrzu przed naciśnięciem klamki, nie byłam pewna czy to dobry pomysł. Gdzie jednak miałam się podziać? Wiedziałam, że Nataniel zwykle bywa tu do późna. Był też jedyną osobą, świadomą tego co się działo. Jednak mimo to, krępowałam się. Nie miałam pewności czy dam radę spojrzeć mu w oczy. Naprawdę miałam problem z wyrażaniem emocji. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam. Słysząc jego zaproszenie, pociągnęłam klamkę wchodząc do pomieszczenia.
     - Hej. - ściszyłam głos, niepewnie zamykając za sobą drzwi.
Blondyn oderwał wzrok od biurka na którym jak zwykle rozłożone były papiery nieznanej mi treści.
     - Cześć Mei, nadal macie zajęcia?
Pokręciłam lekko głową.
     - Właśnie skończyliśmy, tylko... - wbiłam wzrok w przeglądane przez blondyna dokumenty - Dużo tam tego masz?
Skinęłam głową w odpowiednim kierunku na co chłopak odpowiedział westchnięciem. Zlustrował je wzrokiem i pomasował zaraz dłonią skroń.
     - Mam nadzieję do osiemnastej zdążyć.
     - Osiemnastej? Żartujesz? - podeszłam bliżej biurka zerkając na to co tak pochłaniało jego czas - Czemu zostawiają cię z tym samym? Przecież to nie jest fair...
     - Obowiązek głównego gospodarza.
     - A nie przypadkiem dyrekcji? Bądź co bądź jesteś przecież uczniem tego liceum. - sięgnęłam po jedną z kartek leżących przed blondynem. - To są jakieś rachunki?
     - Rachunki, inna korespondencja... - przejrzał kilka następnych stosów - A także zwolnienia, grafiki zajęć...
Odłożyłam papier spoglądając na niego ze współczuciem.
     - Poniekąd sam się na to zgodziłem.
     - Miałbyś coś przeciw gdybym ci pomogła...?
Złotooki zdał mi się być zdziwiony tą propozycją, ale po chwili na jego usta wtargnął delikatny uśmiech.
     - Nie przeczę, że by się przydała.
Zdjęłam torbę przewieszoną przez ramię i odsunęłam krzesło obok siadając zaraz na nim.
     - Zatem, od czego mam zacząć Panie Prezesie?
Blond włosy chłopak sięgnął po jedną z kupek papierów kładąc przede mną część z nich. Rozłożył je ukazując jakieś rubryczki do uzupełnienia.
     - Ty zajmiesz się zwolnieniami. Popatrz, masz wypisane nazwiska wszystkich osób z nieusprawiedliwionymi godzinami. Tutaj są zwolnienia. - wskazał drugą kupkę kartek - Trzeba sprawdzić kto je oddał i tam zaznaczyć przy nazwisku. Pozwolisz, że rachunkami zajmę się ja.
Sięgnęłam po długopis z kubeczka stojącego na biurku.
     - Nie będę się sprzeciwiała. Wszyscy wiemy, że z matematyki nie jestem najlepsza.
Wytknęłam język wyczuwając w jego słowach aluzję na co ten odpowiedział śmiechem.
     - W każdym razie spadłaś mi z nieba.
     Nie powiem abyśmy uporali się ze wszystkim w mig, ale nie siedzieliśmy tam do wspomnianej osiemnastej. Mimo wszystko nawet tych zwolnień było całkiem sporo. Zaczęłam się zastanawiać ilu tak dokładnie uczniów ma Słodki Amoris? Po wypełnieniu rubryczek, poprosił mnie to samo zrobić z grafikiem zajęć. Dokładniej to czy się odbyły, kiedy i co na niech dana klasa robiła. Nauczyciele często zapominają sami je uzupełnić w dziennikach. Później powstaje bałagan, który spada na ręce Nataniela. Jednak jak stwierdził, sam się na to zgodził. Może siedzenie tu po zajęciach nie było dla niego aż tak wielką karą? Zerknęłam na niego kilkakroć jakbym cokolwiek mogła wyczytać w ten sposób z jego myśli. Blondyn w tym czasie prowadził kolejne obliczenia. Nie zagadywałam go bo nie chciałam żeby przypadkiem się pomylił. Przecież przyszłam tu żeby pomóc, nie przeszkadzać. Wypełnione formularze złożyłam w jedną kupkę i sięgnęłam po teczkę na nie przeznaczoną. Wysunęło się z niej kilka kartek zapełnionych notatkami i jakiś szkic. Szkic, który wylądował zaraz przed moimi oczyma. Trochę pobrudzony, w kilku miejscach lekko naddarty. Nie mogłam uwierzyć, że go widzę. To był przecież mój szkic! Ten, który wyrzuciła Amber. Skąd się tu wziął? Lustrowałam obrazek wzrokiem, wciąż pełna zdziwienia. Nie żeby był jakiś szczególnie udany i piękny, ale nie przepadł co wzbudziło we mnie niemałe zaskoczenie.
     - To nie ta. Musiałem je pomylić, mam taką samą.
Nataniel wysunął szufladę wyjmując z niej drugą, tym razem właściwą teczkę, którą zaraz mi podał tym samym wyrywając z zamyślenia.
     - Niezły jest, prawda?
Zamrugałam kilkakroć nie bardzo wiedząc co mam powiedzieć.
     - Skąd go masz? - spakowałam papiery tak jak miałam to przed chwilą w zamiarze.
     - Znalazłem kilka tygodni temu przed szkołą. Albo ktoś go zgubił, albo wyrzucił. Ktokolwiek to był, ma talent. - posłał mi uśmiech.
Zmieszałam się, to było miłe. I nawet zabawne bo zupełnie nieświadomie w tym momencie prawił mi komplement. Prawdą było, że Nataniel nie miał pojęcia o tym, że rysuję. Właściwie wiedziała o tym tylko Violetta. Nie wliczając Amber i spółki. Zaśmiałam się mimowolnie.
     - Nie uwierzysz...
     - W co takiego? Wiesz kto go narysował?
Złotooki przypatrywał się mi.
     - Tak. - zamilkłam na moment nie wiedząc jak zabrzmi odpowiedź - Ja. - kontynuowałam - I w życiu bym nie pomyślała, że wpadnie akurat w twoje ręce!
Na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie, raczej tego się nie spodziewał. Zupełnie jak ja tego, że kiedykolwiek jeszcze zobaczę ten bazgroł.
     - To musiało być przeznaczenie! - również się zaśmiał po chwili zmieniając ton na normalny - Chcesz go pewnie odzyskać?
Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na rysunek przypominając sobie kiedy go tworzyłam. Pokręciłam przecząco głową.
     - I tak już raz go straciłam. Skoro znalazł się u ciebie to niech tu zostanie.
     - W takim razie mam prośbę.
Posłałam mu pytające spojrzenie.
     - Podpiszesz go dla mnie?
Spełniłam życzenie blondyna stawiając parafkę w prawym dolnym rogu kartki. Następnie zapakowałam zawartość teczki oddając mu ją. Choć prawdę mówiąc trochę krępujące było, że dostał pamiątkę w nie najlepszym jakościowo stanie. Przeznaczenie mówisz? Może faktycznie coś w tym było. Złotooki w niedługim czasie skończył swoją pracę. Zapakował rachunki w koperty, które później miał oddać dyrektorce. Przynajmniej reszta była już na jej głowie. I tak moim zdaniem robił zbyt wiele. Był jak jakiś skarbnik lub coś w tym stylu, mogli mu za to płacić normalne pensje. Ja w tym czasie uporządkowałam biurko odkładając rzeczy do szafek. Ilekroć tu zaglądałam, zdawało mi się, że od wieków zajmowały tylko to miejsce. Jakby blat pierwszy raz ujrzał światło dzienne. Uśmiechnęłam się sama do siebie, na swój sposób podobała mi się ta praca. Może powinnam była dołączyć do grona gospodarzy?
     - Możemy iść. - rzucił zabierając swoje rzeczy - Wybacz, że trwało to aż tyle.
     - Daj spokój, sama zaproponowałam ci pomoc. Poza tym, wiesz, że nawet mi się podoba takie praca?
Przejechałam palcem wzdłuż biurka kierując się do drzwi. Byliśmy prawie jak Prezes i jego Sekretarka.
     - A właśnie... wypadło mi z głowy. - puknął się dłonią w czoło - Miałaś do mnie jakąś sprawę kiedy tu przyszłaś?
Sama też o tym zapomniałam. Przyszłam bez konkretnego celu, chciałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Gdzieś się zaszyć. Jego towarzystwo, a przy okazji pomoc mu była dla mnie dobrym i właściwie jedynym wyjściem. Pomijając fakt, że moje serce miało słabość do Nataniela, zwyczajnie go lubiłam. Nawet jeśli miał kiepskie poczucie humoru, potrafił poprawić nastrój. Poza tym niespodziewanie odnalazłam swoją zgubę. Wyszliśmy z pokoju gospodarzy kierując się holem do szafek.
     - Ja tylko... niespecjalnie mam ochotę wracać do domu. - wpatrywałam się w biegnące przez podłogę linie stawiając kolejne kroki.
Czułam jak chłopak spojrzał na mnie kątem oka. Poruszanie tego tematu nie było dla mnie specjalnie łatwe, ale nie chciałam wymyślać więcej wymówek.
     - Jak się czujesz? - zapytał po krótkiej chwili.
Wzruszyłam lekko ramionami.
     - Nie wiem co o tym myśleć, a nawet gdybym wiedziała i tak nie mam na to wpływu. Wolę ich unikać na tyle ile się da.
W rodzinie zawsze czułam się jak piąte koło u wozu. Jak taki ktoś, kto mimo iż do niej należał, oddzielany był grubą kreską od spraw ich dotyczących. Kusiło mnie aby o tym porozmawiać, zrozumieć. Gdybym tylko mogła, ale nie mogłam.
     - Zazdroszczę tym, którzy mają normalny dom. Taki ciepły, gdzie wszyscy się kochają, szanują i wspierają. - ciągnęłam.
U mnie tego nie było. Przynajmniej od dawna. Ostatnie wspomnienie o nas przypominających całość przypadało na okres, gdy miałam cztery czy pięć lat. Później coś zaczęło pękać, coraz bardziej i bardziej. Oni się kłócili, ja siedziałam sama. Zaczęłam od tego uciekać mając nadzieję, że dzięki temu choć trochę będzie mi łatwiej. Nie będę o tym myślała jak gdyby nic się nie działo. To przypomniało mi sytuację z Cannie. Czy ja od zawsze taka byłam? Uciekałam przed wszystkim co było w stanie mnie zranić?
     - Więc chyba siedzenie ze mną nad papierkową robotą nie było najgorsze. - uśmiechnął się.
Nataniel, jak wiele chowałeś w sobie pod tą maską? Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak dobrze rozumiał to o czym mówiłam. Odwzajemniłam jego gest.
     - Przeciwnie, było najlepszym co mogło mnie spotkać.
Policzki blondyna nabrały intensywniejszego odcieniu różu. Dopiero po tym zrozumiałam jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Zabraliśmy z szafek wierzchnie odzienie opuszczając mury liceum. Wyglądało na to, że nasze drogi w tym momencie się rozejdą. Co prawda nie wiedziałam, gdzie on mieszka, ale na pewno nie było to w pobliżu mojego domu. W przeciwnym razie zdaje się, że częściej na siebie byśmy wpadali.
     - Skoro nie spieszy ci się, myślę, że mógłbym ci coś jeszcze pokazać.
     Przystając bez większego namysłu na propozycję, podreptałam za nim. Gdziekolwiek zamierzał mnie zabrać, było to dla mnie satysfakcjonujące. Akurat koło tej godziny ojciec zwykle wracał do domu, o ile nie zatrzymywało go nic w pracy. Mama powinna być już od godziny. Dochodziła siedemnasta, dzień się wydłużał więc wciąż było widno. Ruszyliśmy w lewo jedną z alejek. Potem skręciliśmy w ulicę główną mijając niewielkie sklepiki, w końcu dochodząc do parku. Początkowo przez myśl przeszło mi, że to on jest celem naszej podróży, ale obeszliśmy go znajdując się zaraz między starymi kamienicami. Nie bardzo wiedziałam po co tam idziemy, zdezorientował mnie. Jedyną odpowiedzią jaką znalazłam w głowie było to, że mieszka tu ktoś z jego znajomych. Zatrzymaliśmy się na deptaku po czym złotooki zdjął torbę z ramienia przeczesując jej zawartość. To była cicha dzielnica, wyobraziłam sobie, że otaczające nas mieszkania muszą w większości być zajmowane przez starszych ludzi. Z drugiej strony panujący tu klimat, nocami pasowałby do scenerii z horrorów lub kryminałów, które tak lubował mój towarzysz. Skupiłam wzrok na zajęciu chłopaka, nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż między moimi nogami przemknęło coś co efektownie się o nie otarło. Drgnęłam, orientując się w następnych sekundach o co tu chodzi. Rudy dachowiec pląsał teraz także przy spodniach blondyna. Zupełnie jak spod ziemi, wokół nas zjawiła się reszta jego sierściowych towarzyszy.
     - O matko, ile ich tutaj jest!
Przykucnęłam dając się jeszcze bardziej otoczyć kotom. Uśmiechnęłam się mimowolnie głaskając co rusz te znajdujące się bliżej. Miałam słabość do wszystkiego co słodkie, nawet jeśli żyło i posiadało cztery łapy. Nataniel wysypał im z pojemniczka jedzenie, a te zaraz zabrały się za konsumpcję.
     - Od czasu do czasu przychodzę je dokarmiać. Wszystkie są bezdomne. - wyjaśnił dołączając do mojej pozycji.
     - Skąd wiedziałeś, że akurat tutaj jest ich aż tyle?
Spojrzałam na chłopaka odrywając się od futrzaków, te z resztą i tak bardziej zainteresowały się teraz przyniesioną im przekąską.
     - Wiesz, koty moim zdaniem to wyjątkowe zwierzęta... Kiedyś chciałem mieć własnego, ale moja mama jest uczulona na sierść. - przejechał dłonią po grzbiecie szarego dachowca, który znalazł się bliżej niego - Raz wracając do domu jeden zwrócił moją uwagę. Błąkał się, miauczał. Pomyślałem, że się zgubił, ale, gdy chciałem się do niego zbliżyć ten dopiero ruszał przed siebie.
     - Zupełnie jakby cię prowadził. - zaśmiałam się cicho.
     - Dokładnie. Aż zaprowadził właśnie tu.
To było naprawdę kochane z jego strony, większość ludzi nie zwraca uwagi na takie rzeczy. Dzięki temu przynajmniej miał choć tyle z realizacji dawnego marzenia. Zamyśliłam się na chwilę wpatrując w zwierzaki.
     - Nadałeś im jakieś imiona? - zapytałam spoglądając zaraz na blondyna.
Złotooki przeanalizował krótko mój pomysł w myślach.
     - Nie, koty chodzą własnymi drogami. Często pojawiają się nowe, inne znikają.
Znikają. Powtórzyłam mentalnie to słowo. Czyli inni biorą je pod swoją opiekę, zmieniają terytorium lub...? Trzeciej opcji nie chciałam przywoływać na myśl. Zrobiło mi się ich szkoda, nawet jeśli wbrew pozorom było to coś naturalnego. Pogłaskałam ponownie rudego kociaka, który znów ocierał mi się o nogi.
     - Ten chyba cię bardzo polubił. - dodał widząc zachowanie adorującego mnie przybłędy.
     - Najwyraźniej. Myślałeś kiedyś o tym, że lepiej byłoby im w schronisku? - barwa głosu jakoś mimowolnie mi zmarkotniała.
Nigdy nie chodziłam do takich miejsc, wiedziałam, że gdybym zobaczyła te wszystkie boksy, wpatrzone we mnie, błagalne oczy, najchętniej wyniosłabym stamtąd i uszczęśliwiła wszystkich ich właścicieli. Mimo wszystko tam miały jakąś opiekę.
     - Nie do końca. Jeśli nikt by ich nie przygarnął, prędzej czy później zostałyby uśpione. Kotów jest szczególnie dużo i nikogo nie dziwi jeśli gdzieś się jakiś błąka. Gdyby mieli je wszystkie wyłapać, pewnie zabrakłoby na nie miejsca. Poza tym one wolą wolność.
Pochłonęłam to co mówił starając się przestać przesadnie martwić. Jakby nie patrzeć, miał rację. Nataniel wstał po chwili zarzucając bagaż na ramie.
     - Fakt, że są tutaj w tak licznej grupie świadczy o tym, że nie tylko ja je dokarmiam. - posłał mi pocieszające spojrzenie.
     - W każdym razie, jeśli kiedyś znowu będę miała tu przyjść, kupię im coś także od siebie.
     Po powrocie padłam na łóżko. Przekraczając jednak próg zwróciłam uwagę na to kto z domowników poza mną już tu jest. Wyjątkowo, wszyscy w komplecie. Rzuciłam im krótkie "już jestem" i powędrowałam do swojego pokoju. Leżałam tak dłuższy czas wpatrując się w sufit. Kompletnie wyłączyłam myśli. Taki stan w moim wykonaniu potrafił trwać godzinami, gdzieś tylko przez wszelkie możliwe zapory wkradała się świadomość, że muszę jeszcze zejść na dół po jakiekolwiek jedzenie. Powoli zaczynało burczeć mi w brzuchu. Odruchowo położyłam na nim dłoń. Właściwie dobrze, że dopiero teraz, a nie choćby wtedy, gdy Nataniel karmił koty. Chcąc nie chcąc podniosłam się znajdując zaraz w pozycji siedzącej. Założyłam na stopy kraciaste kapcie i udałam się do kuchni. Mama siedziała przy stole popijając kawę. Od razu wyczułam intensywny zapach napoju. Wertowała wzrokiem gazetę.
     - W lodówce są resztki obiadu, jeśli chcesz podgrzej sobie. - uniosła wzrok przerywając lekturę.
     - Dzięki.
Zajrzałam do wskazanego przez nią miejsca odnajdując zaraz klopsy w sosie pomidorowym. Wyjęłam garnuszek stawiając go na blacie.
     - Tam niżej jest też ryż. - dodała, wracając do przerwanej czynności.
Zabrałam się za przygotowywanie kolacji, odgrzewając wskazane rzeczy. Swoją drogą klopsy były jednym z moich ulubionych dań, ale może to dlatego, że mama nie miała problemów z gotowaniem. Wszystko co robiła, każdemu przypadało do gustu. Kiedyś wspominała, że za młodu chciała zostać kucharką. Nie wiem czemu zrezygnowała z tego pomysłu. Tata minął próg kuchni dołączając do naszego towarzystwa.
     - Mei, mogłabyś podłączyć przy okazji wodę? - zajął miejsce naprzeciw mojej rodzicielki - Też chyba zrobię sobie kawy.
     - Ciężki dzień? - szatynka nie oderwała tym razem wzroku od prasy.
     - Ciężki to on będzie dopiero jutro.
Zerknęłam na nich przez ramie mieszając gotujący się sos. Potem tak jak prosił, wstawiłam również wodę. Ton głosu taty zdawał mi się być znużony. Wbrew wszystkiemu ich relacje nie odbiegały od normy, właściwie jakby nic się nie działo. Gra pozorów? Jak długo można bawić się w ten sposób? Wzięłam jeszcze tylko szybki prysznic i wróciłam w objęcia błękitnej pościeli. Nie żeby spać, przede mną były jeszcze lekcje, ale wolałam nie mieć już nic więcej do roboty. Sięgnęłam po telefon z zamiarem sprawdzenia godziny. Nie myślałam aby było już późno, jednak zmęczenie dawało mi się we znaki. Kliknięcie w odpowiedni guziczek. Ekran się rozjaśnia. "Masz jedną nieodebraną wiadomość". Otwórz. Treść: "Cześć Mei, zapisałaś mój numer? Pomyślałem, że skoro jest już poniedziałek, napiszę i zapytam jak minął ci dzień? Mam nadzieję, że dobrze. Nie powinnaś tracić uśmiechu, chciałbym go znowu zobaczyć. Sobota chyba była nazbyt nerwowa, nie miej mi za złe tego co zrobiłem... Colin.". Która to była godzina? Ah, tak. Minęła dwudziesta pierwsza.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział dziewiąty

Kurcze, nawet nie wiecie jak mnie zaskoczyliście tymi komentarzami. Ja tu panikuję, myślę o zawieszeniu... bo po co pisać jak opowiadanie nikogo nie zainteresowało u_u'? A tu, bum! Jestem przeszczęśliwa, naprawdę. Mam nadzieję, że nie przestaniecie tu zaglądać, może nawet znajdą się nowi czytelnicy? Chciałabym jednak przeprosić Liazetę, obiecałam, że w tym rozdziale będzie dużo Natka, ale nie zmieścił się. Wolałam rozdział dziewiąty urwać w takim momencie jakim urwałam. Następny to zrekompensuje, na pewno! I jeszcze dziękuję LadyArisu za wszystko, że jest przy mnie, gdy jej potrzebuję i wspiera. Za te małe, jakże miłe niespodzianki jakie ostatnio mi zrobiłaś <3. Enjoy...

***
     - Cannie, to dziwne, ale czuję jakbym obudziła się ze snu. Długiego, w którym pogrążyłam się by zapomnieć o rzeczywistości. O tobie... Wtedy sądziłam, że w ten sposób będę w stanie iść dalej. Jakoś sobie radzić. Radziłam, ale wbrew temu wszystkiemu, po prostu uciekłam przed problemami...
To ich nigdy nie rozwiązało. Jedynie zamknęłam własne serce, ogłuchłam na jego mowę. Początkowo musiałam się tego pilnować, by nie dopuścić do głowy jakichkolwiek wątpliwości. Później weszło to w nawyk, który stał się codziennością. Maska jaką przywdziałam scaliła się z moją twarzą. Nie chciałam jej zrzucać choć gdzieś w głębi odczuwałam niewyobrażalną pustkę. I potem... nagle...
     - Nie umiem tego opisać, ale coś w nim jest. Coś czego nie miał do tej pory nikt inny. Wciąż czuję jego ciepło... i podjęłam decyzję. Chcę je czuć.
Uśmiechnęłam się delikatnie wpatrując w jedną z dłoni.
     - Niezależnie od tego co to uczucie przyniesie.
Nadszedł czas by pogodzić się ze stratą, zaakceptować przeszłość i iść naprzód. To nie tak, że nagle się zmienię w starą Mei jaką byłam, gdy jeszcze żyła Canriette. To nie tak, że zapragnę rzucić się w jego ramiona bez żadnego wahania. Chcę jedynie się roztopić i zacząć żyć biorąc od losu wszystko co mi przyniesie. Umieć się cieszyć darami, godzić z przegraną. Jego osoba mnie na to otwierała.
     - Szkoda, że cię tu nie ma. Mogłabyś ocenić czy on też coś byłby w stanie... Wtedy, gdy przy mnie był. I wtedy, za pierwszym razem... naprawdę się przejął!
Przywołałam w myślach ostatnie spotkanie, a zaraz potem naszą pierwszą kłótnię.
     - Gdybyś tylko mogła mi powiedzieć, czy oni tak poważnie... Może nie jesteśmy idealną rodziną, ale nie chciałabym aby się rozwiedli. Czemu to nie może być łatwiejsze? - westchnęłam głęboko - Skoro kiedyś się kochali... a jeśli to było złudzenie?
Wtedy chyba lepszym byłoby, gdyby się rozstali i byli szczęśliwsi z kimś bardziej odpowiednim. Nie wyjaśnia to jednak ich wzajemnego okłamywania.
     - No nic. - wstałam z ławeczki ustawionej naprzeciw grobu - Czuwaj nade mną, proszę. Przyjaciółko...
Nigdy więcej cię nie zostawię. Obiecuję.
     Opuszczając mury cmentarza zerknęłam na telefon. Musiałam się wyrobić przed spotkaniem z Margarett. Przystanek był blisko, potem wsiadłam w autobus i ruszyłam ku kolejnemu celowi jaki postawiłam przed sobą na dziś. Musiałam coś odzyskać, coś cennego.
     Zapukałam. Raz. Drugi. Ktoś przesunął wizjerem wmontowanym w drzwi. Otworzyły się.
     - Mei? Dobrze pamiętam?
Uśmiechnęłam się lekko na widok kobiety. Cieszyłam się, że udało mi się zastać ją w domu.
     - Dzień dobry. Przepraszam za tak nagłe najście.
Brunetka przesunęła się chcąc wpuścić mnie do środka.
     - Nie szkodzi, wejdź. Coś się stało?
Pokręciłam głową przekraczając próg domu. Domu w którym mieszkałam przed przeprowadzką. Domu w którym przesiadywałam ze wszystkimi znajomymi, z Cannie. Domu w którym zamknęłam wiele wspomnień.
     - Wpadłam tylko na popołudnie, odwiedzić koleżankę. Z racji, że tu jestem, chciałabym wyszperać pewną rzecz ze swoich staroci. Mam nadzieję, nie robili Państwo porządków w piwnicy?
     - Nie, niespecjalnie. Nie ruszaliśmy nic z waszych rzeczy więc stoją tak jak stały. Chcesz się czegoś napić?
     - Wolałabym po prostu załatwić swoje i uciekać, trochę goni mnie czas. - posłałam jej przepraszający uśmiech.
Kobieta zamyśliła się na moment. Wspólnie z mężem wynajmowali od nas mieszkanie, dzięki temu wciąż pozostawało zadbane. Na wypadek, gdyby po przeprowadzce coś nie wyszło, rodzice postanowili przetrzymać je w ten sposób przez jakiś czas. Później pewnie zostałoby sprzedane. Być może temu młodemu małżeństwu.
     - W takim razie poczekaj chwilkę. Zaraz przyniosę klucz i cię tam wpuszczę.
     Na naszych rzeczach zapakowanych w kartonowe pudła nagromadziło się troszkę kurzu. Bez problemu jednak odnalazłam moje, wszystkie były podpisane imionami. Poza tym jednym, chowającym wspomnienia, które wymazywałam z pamięci. Strzepałam z niego szary pył i powoli otworzyłam. Stary pamiętnik, teczki z rysunkami, prezenty dostawane na każdą możliwą okazję. Oraz to czego szukałam. Schowane w mniejszym, zdobionym pudełeczku. Sięgnęłam po nie i sprawdziłam zawartość. Wciąż tam leżała. Kiedyś była mi niczym amulet. Wyjęłam ją oglądając w dłoniach. Nie zmieniła się zbyt wiele odkąd została tu schowana. Jak gdyby czas naprawdę stanął w miejscu. Założyłam ją na lewy nadgarstek.
     - I jak idą poszukiwana?
Uniosłam dłoń pokazując brunetce swoje znalezisko.
     - Mam wszystko czego chciałam.
     Z Margarett byłam umówiona na placu zabaw, blisko parku w centrum miasta. Dojechałam na czas, ale mimo to już na mnie czekała. Bujała się na huśtawce zeskakując z niej, gdy mnie spostrzegła. Pomachałam jej. Wyglądała przy tym jak małe dziecko, chyba każdy wtedy się tak bawił - kto dalej skoczy. Miałyśmy już swoje lata, ale sama też nie miałabym nic przeciwko oddaniu się temu zajęciu ponownie.
     - Kopę lat! - uśmiechnęła się ledwo wyhamowując tuż przed moją osobą - Co tak nagle cię tu ściągnęło?
Margarett była trochę wyższa ode mnie, jakieś pięć centymetrów. Miała fioletowe włosy sięgające ramion ozdobione opaską i intensywnie niebieskie tęczówki.
     - Nic się nie zmieniłaś. - odwzajemniłam jej gest - Choć nawet nie było ku temu czasu. A czuję się jakby minęły wieki...
     - To tylko cztery miesiące. Czas po prostu strasznie szybko leci. Zanim się obejrzymy skończymy liceum. - westchnęła - W każdym razie, naprawdę mnie zdziwiłaś.
     - Mamy weekend, jest ładna pogoda. A ty pytałaś... pomyślałam - czemu by nie?
Zdała się nie być nazbyt przekonana, nie wdawała się jednak w szczegóły. Zapewne nie chciała wracać do żadnego z tematów tabu. Zauważyłam jednak jak jej wzrok mimowolnie powędrował ku ozdobie na nadgarstku.
     - Myślałam, że już jej nie nosisz... - ściszyła ton.
     - Nie nosiłam, ale już jest w porządku.
     Poszłyśmy do kawiarni. Jeszcze, gdy mieszkałam w Voironie często tu bywałyśmy. My i nie tylko. Choć miejsce zdołało zmienić wystrój już kilka razy, wciąż było tak samo bliskie memu sercu. Już na wejściu poczułam unoszący się w powietrzu, zapach brązowych ziarenek. Margarett zamówiła Cappuccino, ja Cafe Latte. Uwielbiałam tą bitą śmietanę ozdobioną wiórkami czekolady.
     - Pyszna jak zawsze. - wcisnęłam do ust łyżeczkę białej pianki. - Nigdy mi się nie znudzi.
     - Maniaczka. Gdybym ja jadła takie ilości słodyczy, ważyłabym już ze dwadzieścia kilo więcej.
     - Mam dobrą przemianę materii.
Fakt, mogłam wpychać w siebie ile wlezie, a i tak nie pojawiały się na moim ciele jakieś zbędne krągłości. Co ja bym zrobiła, gdybym musiała odmówić sobie tylu rzeczy? Nie było opcji żebym przetrwała choć dnia bez czekolady.
     - Zazdroszczę ci, ale opowiedz lepiej jak ten szkolny bal!
W liceum fioletowowłosej nie organizowano takich wydarzeń. Właściwie dopóki nie trafiłam do Słodkiego Amorisa nie wiedziałam, że w jakiejkolwiek szkole organizują podobne uroczystości. To pasowałoby bardziej do prywatnych liceum niż publicznych. Te pierwsze byłoby na nie stać.
     - Był apel, przedstawienie, wystawy... no i tańce.
     - Ile ja bym dała żeby coś takiego przeżyć. Jaką miałaś sukienkę? Pewnie wybawiłaś się za wsze czasy.
Spojrzała na mnie z podekscytowaniem czekając na bardziej szczegółową relację.
     - Czeka cię jeszcze studniówka więc będziesz miała okazję tego doświadczyć. A co do sukienki... niebieską, taką zwiewną. Znajoma stwierdziła, że wyglądam w niej jak pastereczka.
Margarett zakrztusiła się swoją kawą.
     - No co? Główny gospodarz ma taką siostrę... uwzięła się na mnie i wymyśliła ksywkę "koza", "owca".
     - Jakby się tak zastanowić... masz puszyste włosy. - zachichotała.
     - Dzięki... - wytknęłam język - Jej chodziło raczej o imię. Wiesz, Mei. Meeei.
Przeciągnęłam ostatnie słowo przykuwając kilka ciekawskich spojrzeń.
     - Rany, co za wstyd.
     - Ale to taka słodka owca! - zamieszała napój - Chociaż dziwne, że gospodarz szkoły ma siostrę-idiotkę.
Pokiwałam lekko głową.
     - Otóż to, zwłaszcza, że sam, nawet prywatnie, jest jej zupełnym przeciwieństwem. Słowo daję, poskarżę mu się kiedyś.
     - Prywatnie, co? - zapytała dwuznacznym tonem.
     - Jest sympatyczny, ale to nie to co myślisz! - zmieszałam się.
     - Tym lepiej.
     - Dlacz...?
W tym momencie zadzwonił jej telefon. Sądząc po krótkim dźwięku, otrzymała smsa. Sięgnęła do torebki wyciągając go z niej.
     - Wybaczysz na moment?
Wpatrywałam się jak wciska poszczególne klawisze komórki, jednocześnie dokańczając konsumpcję bitej śmietany. Potem zabrałam się za kofeinę. Na twarzy towarzyszki wymalował się niewielki grymas.
     - Co za debile chodzą po tym świecie. - burknęła odkładając telefon na stolik.
     - Coś się stało?
     - Nic wielkiego. O której masz busa?
Spojrzałam na zegarek.
     - Za półtorej godziny.
     Poszłyśmy jeszcze do centrum handlowego. Margarett chciała kupić upatrzone wcześniej perfumy o woni kwiatu pomarańczy. Potem urządziłyśmy sobie spacer po parku, tym w którym się spotkałyśmy, ostatecznie lądując ponownie na placu zabaw. W tym czasie jeszcze kilkakroć ktoś zawracał jej głowę wiadomościami. Głownie kwitowała je jedynie westchnieniem.
     - Dalej Mei! Raz, dwa...
Rozbujałam się tak, że huśtawka wahała się niemal pod kątem stu osiemdziesięciu stopni.
     - Jak sobie złamię nogę, będę u ciebie nocować!
     - Trzy!
Skoczyłam. Wydawało się, że jest wysoko, choć wcale tak nie było. Gdy byłam dzieckiem huśtawka nie znajdowała się niżej. Wtedy nawet stopami nie sięgałam ziemi. Kwestia przyzwyczajenia. Wylądowałam kilka centymetrów dalej od towarzyszki.
     - Wygrałam! - uśmiechnęłam się triumfalnie.
     - To nie koniec. Moja kolej.
Ruszyła w kierunku wciąż rozbujanej huśtawki, otrzymując kolejny sms. Stanęła w miejscu odwracając się do mnie.
     - Słuchaj... jest taka sprawa.
     - Hm?
Zawróciła podchodząc bliżej, jej ręce zaraz wylądowały na moich ramionach.
     - Obiecaj, że cokolwiek się stanie, nie obrazisz się na mnie.
     - Dlaczego bym miała?
Odwróciła mnie tyłem do siebie. Mimowolnie otworzyłam szerzej oczy zdumiona tym kogo dostrzegłam w oddali. To nie tak, że się nie spodziewałam. To po prostu nie mieściło się w jakiejkolwiek skali przepuszczalności, zupełnie jak fatamorgana. Przewidzenie.
     - Odkąd dowiedział się, że wyjechałaś, nie dawał mi spokoju, wciąż prosił o jakiś kontakt... Nie mogłam od tak dać mu twojego maila czy numeru telefonu. Pomyślałam, że lepiej będzie jeśli się zobaczycie i sami poukładacie wasze relacje. Jedyne co mogłam zrobić to...
     - Powiedziałaś mu, że przyjeżdżam?! - odwróciłam się do niej.
Nie mogłam w to uwierzyć. Czego mógł ode mnie chcieć? Po tylu latach? Dla mnie nie miał już żadnego znaczenia, to było głupie zauroczenie. Nawet jeśli mogło być czymś więcej, popsuł to i nie było możliwości naprawy.
     - Daj mu szansę, niech się tłumaczy. Wie, że zachował się jak kretyn. Wiesz ile się zastanawiał czy powinien przyjść? Może się zmienił? Lubiłaś go przecież.
     - Ale on już nic...
     - Cześć.
Sylwetka Colina zamajaczyła gdzieś po mojej prawej stronie. Margarett opuściła dłonie. On też niespecjalnie się zmienił. Może teraz bardziej przypominał jednak skejta.
     - Cześć. - nie wiedziałam co więcej mogłabym mu powiedzieć.
     - Zostawię was lepiej. Dziękuję za miłe popołudnie Mei, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wpadniesz.
Uśmiechnęła się na odchodne i faktycznie nas zostawiła. Cisza zdała mi się przybrać w kształcie coś strasznie ciężkiego. Jakąś ciecz wiszącą w powietrzu.
     - Nie wiedziałem, że wyjeżdżasz. - zaczął.
     - Nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu, skąd miałbyś to wiedzieć?
     - Racja. Jednak cieszę się, że cię widzę...
Powędrowałam w kierunku placu, siadając znów na huśtawce. Miałam ochotę załamać ręce, ostatecznie przywarłam czołem do metalowego prętu. Chłopak podążył w moje ślady, ostatecznie stając naprzeciw. Przyjrzałam mu się po chwili.
     - Wciąż jeździsz na desce?
     - Tak, ale teraz chyba bardziej to po mnie widać?
     - Czapka, luźne ciuchy... mówią same przez się.
Uśmiechnął się, aczkolwiek niepewnie. Prawdę mówiąc nigdy nie widziałam u niego takiego wahania.
     - A-a u ciebie co słychać? - zapytał, gdy cisza znów zaczęła ciążyć w powietrzu.
Nie był chyba jednak pewien czy ma prawo to wiedzieć. Słusznie, bo dziwnie ono brzmiało w tej sytuacji.
     - W porządku, nic niezwykłego. Nowa szkoła, nowi ludzie. Ostatnio obchodziliśmy rocznicę założenia szkoły. Był bal i takie tam... Margarett ci nie wspominała? - uniosłam jedną brew.
Podrapał się w tył głowy siadając na obrzeżu piaskownicy. Skoro tak często o mnie dyskutowali, kto wie czego się dowiadywał.
     - Mówiła, co nieco. Słuchaj...
Zamilkł na ponów, szukając odpowiednich słów by wyrazić to co miał na myśli. W każdym razie takie sprawiał wrażenie.
      -  Masz mi dalej za złe to co się wydarzyło?
Naprawdę zamierzał o tym rozmawiać? Westchnęłam nie wiedząc jak się zachować. Cieszyłam się, że coś chłodnego choć odrobinę studzi teraz moje myśli.
     - Colin, dla mnie to już nie ma większego znaczenia. Było minęło. Nie rozumiem po co do tego wracać.
     - Ponieważ to był błąd z mojej strony... zachowałem się jak dupek. - spuścił wzrok - I chciałem za to przeprosić.
Wpatrywałam się w niego tępo. Kiedy Canriette mówiła o wywróżeniu mi blondyna, teraz do tego opisu bardziej zdawał mi się pasować Nataniel. Mimo, że nic nas nie łączyło. To nie tak, że wciąż miałam mu za złe, że wciąż bolało. Zapomniałam, naprawdę. Jednak wtedy, gdy potrzebowałam aby był obok... za każdym razem widząc jego bądź Lisę, stawała mi przed oczyma scena ich pocałunku. Pocałunku, który wtedy powinien należeć się mnie. Wiem, że może nazbyt skupiłam się na swojej rozpaczy, że wszystko zaczęło obracać się wokół Cannie. To jednak było ode mnie silniejsze, a jeśli nie był w stanie przetrwać u mojego boku cokolwiek by się nie działo... jeśli wolał coś co łatwo mu przyjdzie. Dobrze, że tak się skończyło. No, może nie do końca "tak", ale gdyby nie to... teraz może skłonna byłabym inaczej na niego patrzeć.
     - Nie gniewam się, właściwie to... nic nie czuję już odnośnie tej sytuacji.
     - Nie rozumiesz, Mei. - zdjął czapkę i przeczesał dłonią włosy - Wtedy, po tamtym zdarzeniu, cokolwiek łączyło mnie z Lisą, nie trwało długo. Dotarło do mnie, że straciłem coś znacznie cenniejszego.
     - "To nie trwa długo." - zacytowałam jego słowa sprzed lat - Zdradziłeś mnie, nazwijmy to po ludzku.
     - To nigdy nie powinno było się wydarzyć...
Zaczerpnęłam głębokiego wdechu podnosząc się, następnie zerknęłam na godzinę. Jeszcze niecałe trzydzieści minut, czas się zbierać. Blondyn śledził spojrzeniem każdy mój gest.
     - Znowu uciekasz?
     - Mam niedługo powrotnego busa. Nie chcę tego słuchać...
Zaczął mnie irytować. Miałam masę innych rzeczy na głowie, nazbyt skomplikowanych aby jeszcze bardziej wszystko mieszać. Teraz, gdy choć na chwilę opuściłam dom i byłam z dala od kłamstw, gdy przyjechałam by zegar życia zaczął znów przesuwać swoje wskazówki, musiał pojawić się on.
     - Powiedz mi, jakie w tej chwili ma to znaczenie? Co się stało to się nie odstanie.
     - Chcę naprawić ten błąd. Przez te wszystkie lata ciągle o tobie myślałem. Jak się czujesz, co robisz, czy nikt nie zajął mojego miejsca... - ostatnie słowa wypowiedział ciszej.
Zmarszczyłam brwi.
     - Czuję się dobrze, mam cudownych znajomych, wspaniale się bawię. Mieszkamy w osobnym miastach. Idę naprzód, rozumiesz?
Ciężko było mi wierzyć w jego słowa, ale nawet jeśli były prawdziwe, nie umiałabym zaczynać tej szopki na nowo. Nie chciałam. W gimnazjum darzyłam go sympatią, ale z biegiem czasu dotarło do mnie, że to uczucie wcale nie było aż tak silne. Ot, młodzieńcze zauroczenie. Pobolało i przestało. Lubiłam go, rozśmieszał mnie, jednak jego osoba nigdy mnie nie fascynowała w dosadny sposób. Może z biegiem czasu, przybrałoby to na sile, ale...
Chłopak wstał zmierzając w moim kierunku.
     - Za każdym razem, gdy chciałem się do ciebie odezwać bałem się, że mnie odrzucisz... Dopiero, gdy dotarła do mnie informacja o przeprowadzce, że cię już nie ma, dostałem kopniaka. Nie mogłem zrobić zbyt wiele, ale teraz... nie zamierzam pozwolić ci od tak odejść.
     - Ale ja nie chcę próbować. Są rzeczy, których naprawić się nie da. - wbiłam wzrok w jego oczy by potwierdzić szczerość słów.
     - Więc... na nic to wszystko? Nie obchodzi cię co czuję?
Zastanawiałam się czy jego wtedy obchodziło co ja czułam.
     - Nie mogę nic więcej powiedzieć prócz tego, że nie chowam do ciebie urazy. Jednak nie potrafiłabym znów być z kimś kto tak postępuje. Wybacz...
     - Nawet jeśli ten ktoś zrozumiał swój błąd?
Pokręciłam głową.
     - Nie umiem wymazać sobie pamięci.
Nie umiałam, nawet gdybym chciała. Jedyne co mogliśmy zrobić to nauczyć się żyć z tym co nas spotkało. Wyciągać wnioski z błędów i więcej ich nie powielać. Iść naprzód godząc się z przeszłością. Jakakolwiek by nie była. Z jakiegoś powodu mimo wszystko w mojej duszy zatliła się resztka sympatii do jego osoby. Osoby, którą znałam do tamtego momentu. Później zrozumiałam, że do siebie nie pasujemy. Chłopak spuścił wzrok z moich oczu skupiając się na czymś innym. Zrozumiałam to dopiero, gdy jego dłoń nagłym gestem, zabrała trzymany przeze mnie telefon.
     - Oszalałeś? Co robisz?!
W oka mgnieniu zareagowałam chcąc odzyskać własność.
     - To co powinienem...
Wystukał coś na dotykowym ekranie i przyłożył aparat do ucha, nie zwracając na mnie uwagi. Z racji, że był znacząco wyższy ciężko było mi tę walkę wygrać. Jakąkolwiek sympatię przed chwilą odczułam, wyparowała. Zaraz rozbrzmiała nieznana mi melodia. Blondyn zakończył połączenie oddając komórkę. Niemalże wyrwałam mu ją jak gdyby odebranie jej teraz stanowiło jakąś trudność.
     - Co to ma znaczyć?! - czułam, że czerwienieję ze złości.
Wcisnął dłoń w spodnie, gdzie znajdowało się źródło nieznanego mi dźwięku.
     - Mówiłem już, nie pozwolę ci od tak odejść.
     - Usuń go!
     Zignorował mnie. Nie wiedząc co mogę z tym fantem uczynić i jednocześnie się spiesząc, odwróciłam się zostawiając go w tamtym parku. Miałam wrażenie, że powiedział szeptem coś jeszcze, gdy się oddalałam, ale nawet nie chciałam tego dosłyszeć. Bus pojawił się z niewielkim spóźnieniem. Zniecierpliwiona wsiadłam zajmując jedno z wolnych miejsc przy oknie. Po chwili rodzinne miasto zaczęło się oddalać, po raz kolejny. Aż w końcu zniknęło odcinając grubą linią przeszłość od przyszłości. Zerknęłam na telefon. SMS. Od: Margarett. Treść: Nie gniewasz się na mnie, prawda? Powiedz, nie było tak strasznie? On naprawdę nie chciał źle. Podparłam głowę na ręce, wplatając palce we włosy. Odszukałam numeru na który ostatnio wykonano połączenie. Wbiłam w niego tępo wzrok. Czemu nie mógł zrozumieć słowa "nie"? Bez wahania, usunęłam go mając nadzieję, że już więcej się przed moimi oczyma nie pojawi. Chociaż tyle mogłam zrobić by o tym później nie myśleć.

sobota, 3 sierpnia 2013

Rozdział ósmy

     Sobota, wieczór. Skrzynka email. Utwórz nową wiadomość. Do: Margarett. Treść: Nie odpowiedziałam ci na jedno pytanie, teraz będziesz miała swego rodzaju niespodziankę. Wpadnę jutro. Co do godziny, dam ci znać smsem. Do zobaczenia ;3. Wyślij.
     Podjęłam decyzję, coś zrozumiałam. To, że uciekasz od przeszłości, nie znaczy, że się z nią pogodziłaś. Czas spojrzeć jej w oczy, czas zacząć iść naprzód bo choć wydawało mi się, że to robię, tak naprawdę wciąż stałam w miejscu. Chodziłam ze sztywną maską na twarzy. Do tej pory to ty byłaś przy mnie Cannie, zawsze, gdy działo się coś złego. Później otoczyła mnie pustka. Głucha, zimna, bezkresna. Zamknęłam się na wszystko co mnie otaczało, starałam się wyrzucić cię z pamięci jak gdybyś nigdy nie istniała. Teraz... to ciepło, obudziło mnie z długiego snu. Musiałam cię zobaczyć, musiałam z tobą porozmawiać.
     Wpatrywałam się w swoją prawą dłoń, nie mogłam prędko zasnąć. Natłok myśli ciągle wybijał mnie ze stanu zmęczenia. Wstałam wcześnie, aby zdążyć na pociąg. Nie mówiłam rodzicom dokąd jadę, nie byłam pewna ich stosunku do tego pomysłu. Nie chciałam z nimi też rozmawiać. Do Voironu dojechałam o czasie, właściwie jeszcze przed południem. Uśmiechnęłam się na widok znajomego miejsca. Tego w którym wychowywałam się i poznałam ciebie. Pierwsze co miałam w planach to właśnie ty, byłaś celem mojej podróży. Zastanawiałam się czy jesteś zła, właściwie ogarniały mnie wyrzuty sumienia. Byłam słaba, obie byłyśmy.
     Wsiadłam w autobus z każdym kilometrem będąc coraz bliżej celu. Zatrzymałam się jeszcze przed kwiaciarnią. Akurat mieli słoneczniki, toteż bez większego zastanowienia kupiłam kilka z nich. Przekroczyłam zaraz progi szarego muru, to było miejsce w którym wiatr zawsze zdawał się być zimniejszy. Miejsce melancholii i zadumy. Stanęłam wreszcie naprzeciw marmurowego grobu. Był zadbany, choć ostatnio zapalone znicze, zdołały już przestać płonąć.
     - Witaj, Canriette.

     Dziesięć lat temu.
     - Gina, musisz już iść? - wpatrywałam się w koleżankę trzymając w dłoni jedną z foremek do robienia babek z piasku.
Szatynka pokiwała główką.
     - Mama będzie zła jeśli nie wrócę na kolację.
Nie chciałam zostawać sama, choć zawsze tak było. Prawdopodobnie byłam jedynym dzieckiem, które tak dużo czasu spędzało na dworze. Może nie zawsze, ale jednak w "te dni" wolałam trzymać się od niego z daleka. Było mi smutno, co miałam jednak zrobić?
     - Zobaczymy się jutro?
     - Z samego rana!
Uśmiechnęła się szeroko zabierając swoje zabawki i znikając zaraz za najbliższym zakrętem. Westchnęłam. Miałam sporo koleżanek, w tym wieku nie trudno było znaleźć towarzystwo i wspólny język. Jednakże, czasami mimo to czułam się samotna.
Wysypałam resztę piasku z wiaderka i zaczęłam łopatką wklepywać go w piaskownicę. To wtedy ją poznałam. Zjawiła się jak grom z jasnego nieba.
     - Nudzisz się?
Miała włosy koloru słomy i ciemnoniebieskie oczy. Nigdy się nie farbowała, a nawet gdyby miała taki pomysł, zdecydowanie wytłukłabym jej go z głowy. Wtedy jednak widziałam ją po raz pierwszy, z zaskoczenia otworzyłam szerzej oczy. Dziewczynka trzymając pluszowego misia wpakowała się do piaskownicy siadając obok mnie.
     - Troszkę, jest późno więc wszyscy poszli już do domu. - wyjaśniłam.
     - A ty nie wracasz?
Spuściłam wzrok kręcąc lekko głową.
     - Nie lubię słuchać jak rodzice się kłócą.
W jej oczach zauważyłam ciepło, jak gdyby chciała otoczyć mnie swoją opieką jednocześnie rozumiejąc jak się czuję.
     - W takim razie, pobawmy się razem.
Wcisnęła na moje kolana pluszaka.
     - Nazywa się Bean, ja jestem Cannie. A ty?
     - Mei. - uniosłam kąciki ust chwytając jej delikatną rączkę.
     Nazajutrz poznałam ją z resztą dzieci. Cannie jednak spędzała najwięcej czasu ze mną, jej rodzice pracowali do późna, mi w domu się nudziło. Wolałam towarzystwo nowej znajomej. Zaprzyjaźniłyśmy się. Była pogodną osobą, pełną życia i tego wewnętrznego ciepła z którym przyszło mi się zetknąć już podczas pierwszego spotkania. Nawzajem się rozśmieszałyśmy, razem wygłupiałyśmy. Miałyśmy podobne osobowości, właściwie im dłużej ją znałam, tym bardziej byłam pewna, że jesteśmy jak jedna dusza rozdzielona na dwa ciała. Lata mijały, a my wciąż trzymałyśmy się razem. Niby w grupie, a jednocześnie nierozerwalnym duecie. Choć szkołę podstawową kończyłyśmy osobno, postanowiłyśmy razem iść do gimnazjum. W końcu zabawnym byłoby się razem uczyć, odrabiać lekcje, ściągać na sprawdzianach.
     - Cannie, a co myślisz o tej?
Wertowałyśmy ulotkę z reklamami szkół.
     - Jakie mają koła zainteresowań?
     - Plastyczne, teatralne, dziennikarskie, naukowe, językowe, sportowe. Ponad to co roku organizują wycieczki za granicę i...
Klasnęła w dłonie.
     - Zapiszesz się do plastycznego, prawda?
     - Taki mam zamiar. A ty? Może teatralne?
     - Wyobrażasz sobie mnie tam?
     - Lubisz przebieranki, odgrywanie scenek. Poza tym świetnie zmieniasz głos, gdy kogoś naśladujesz. - uśmiechnęłam się.
     - Panienko Mei, wcale nie jesteś w tym gorsza! - zaintonowała jedną z naszych zrzędliwych sąsiadek.
Zaśmiałam się.
     - Jednak nie mogę zapisać się w dwa miejsca na raz.
     - A właśnie, obiecałaś mi coś. Pamiętasz?
Udałam znudzenie przewracając oczami.
     - Tak, tak... zrobię to.
     - Kiedy? - chwyciła ulotkę przeglądając dalsze oferty.
     - Teraz. Obiecaj mi jednak, że chociaż spróbujesz. Dobrze?
     - Niech ci będzie, w zamian masz mnie wspierać i przychodzić na próby. Słowo?
     - Słowo!
     - Na...?
Rozejrzałam się po pokoju.
     - Na... na to ciastko! - wymierzyłam palcem w oblaną czekoladą słodkość.
Wzięłam je zaraz i przełamałam na pół zjadając z przyjaciółką. Była ona również pierwszym człowiekiem jakiego naszkicowałam. Wybrałyśmy się wtedy nad rzekę. Niebieskooka rozsiadła się na trawie, ja z resztą również. Moim zdaniem nie wyszło rewelacyjnie, ale jej się podobało. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się przy straganie z różnymi ozdóbkami. Wypatrzyłyśmy identyczne bransoletki i postanowiłyśmy kupić jako symbol łączącej nas więzi.
     - Kiedyś myślałam, że takie rzeczy robią tylko pary. - oglądałam rzemyczek zwisający z mojej dłoni.
     - Kiedyś pewnie i takie będziemy nosiły. - poczyniła to samo - Piękne są.
     - Masz ideał chłopaka?
Zamyśliła się przykładając palec do ust.
     - Ideały nie istnieją, ale chciałabym aby był typem romantyka. Takiego z polotem, wiesz... aby umiał zaskoczyć. Ktoś na kim można by polegać i bezgranicznie ufać.
     - A jednak brzmi to idealnie, jak z jakiejś książki. - uśmiechnęłam się na tę myśl.
     - Poszukajmy takiego zatem. Do ciebie pasowałby jakiś blondwłosy anioł.
     - Białego konia też będzie miał? - spojrzałam na nią z błyskiem w oczach.
     - Konia... - parsknęła śmiechem - Na pewno!
     Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, zapisałyśmy się do planowanych klubów. Ja plastycznego, ona teatralnego. Zawsze pasowała mi na aktorkę. Była bystra, piękna, umiała roztoczyć wokół siebie niesamowity czar. Poznałyśmy wtedy także Margarett, Lisę, Dianę, Colina, Johana i innych. Szybko zgrałyśmy się z klasą. Margarett była bardzo otwartą osobą, Lisa to niemalże szkolna piękność, Diana była cichsza, ale dobrze się uczyła co owocowało wszelakim zainteresowaniem jej pracami domowymi. Colin i Johan tworzyli wyluzowanych, sympatycznych kumpli. Zwłaszcza ten pierwszy, ciemny blondyn siadający zawsze w pobliżu mojej i Cannie ławki. To od niego zawsze obrywałam piłką na w-fie. To on targał moje włosy i na irytacje odpowiadał przysłowiem "kto się lubi ten się czubi". Canriette przypadła do gustu opiekunce organizującej szkolne przedstawienia. Szybko wbiła się w najważniejsze role. Oczywiście, dotrzymując słowa przyszłam na jej występ. Pamiętam do dziś jak się stresowała. Ubrana w piękną, renesansową suknię. Wachlowałam jej stertą kartek, a ona głęboko oddychała chcąc zapanować nad nerwami. Zaparła dech w piersiach, była taka krucha i wrażliwa. Wtedy zainteresował się nią Loren. Ciemnooki brunet. Romantyk. Wypatrzył ją sobie z tłumu. Zwróciła na niego uwagę. Po jakimś czasie stworzyli parę. Często czekał na nią po zajęciach i zabierał na długie spacery. Ja wtedy przesiadywałam z resztą ludzi, rysowałam. Szło mi to coraz wprawniej, zajęcia na kole plastycznym też coś dawały. Były jednak takie dni, gdy brakowało mi jej. Cieszyłam się jednak, że jest szczęśliwa.
      - Co tam znów bazgrzesz?
Colin przysiadł się. Skwer niedaleko szkoły był jednym z ulubionych miejsc moich przesiadywań. Przycisnęłam odruchowo kartkę do klatki piersiowej.
     - Pokażę dopiero jak skończę. Musisz poczekać. - wytknęłam język.
     - Długo ci to zajmie?
     - Jak będziesz przeszkadzał, nawet wieczność!
Westchnął wyraźnie znudzony.
     - Zatem nie ma szans aby cię od tego oderwać?
Uniosłam jedną brew zerkając zaraz na trzymaną przez niego deskorolkę. Często na niej jeździł chociaż nie nosił się jak typowy skejt.
     - Ty będziesz jechał, ja będę biegła?
     - Możemy się zamienić. - zaśmiał się z dozą wredności.
     - Nigdy nie jeździłam na czymś takim. Trudne to?
Chłopak wstał kładać deskę na ziemi. Następnie na niej stanął i odepchnął się lekko nogą.
     - Chcesz spróbować? Wystarczy trzymać równowagę.
     - Właściwie... czemu nie.
Schowałam szkic do teczki, a tą następnie do torby. Potem przejęłam od Colina jego zabawkę na czterech kółkach. Zdającą się być łatwą w obsłudze. Stanęłam i odepchnęłam się nogą jak i on to robił. Zachwiałam się. Deskorolka pojechała wprzód, ja poleciałam w tył. Złapał mnie śmiejąc się na całego. Moje serce wtedy zadrżało. Był blisko, a ja najwyraźniej go lubiłam.
     - Wywrotna jesteś.
Starał się nauczyć mnie tej sztuki jeszcze przez kilka godzin. Nawet się udało. Nawet.
Canriette latała jak w skowronkach, rozmarzona. Z westchnieniem oczekując kolejnego spotkania. Po każdym zaś zdawała mi szczegółową relację. Sobota zawsze była "naszym" dniem, gdzie nikt inny nie miał prawa wstępu.
     - Przyszedł przed czasem, jak zawsze. Potem wręczył mi bukiet czerwonych róż, a w nich jedna była sztuczna. - ciągnęła - Wiesz co powiedział? Że, gdy reszta zwiędnie, ta jedna zostanie przy mnie na zawsze aby mi o nim przypominać.
     - Jest strasznie romantyczny... - uśmiechnęłam się bujając na huśtawce - Sama go sobie kiedyś wywróżyłaś, pamiętasz?
Zamachałam nadgarstkiem pokazując naszą bransoletkę przyjaźni.
     - A tobie wywróżyłam blondyna i... oto Colin!
     - Nie jesteśmy parą.
     - Co nie zmienia faktu, że ma cię na oku. Kwestia czasu.
Miała rację. Zaczęliśmy się spotykać, w drugiej klasie zostaliśmy parą. Byłam szczęśliwa. Miałam cudowną przyjaciółkę, znajomych, chłopaka. O problemach w domu zdarzało mi się zapominać, nie bywałam tam zbyt często. Wychodziłam rano, wracałam wieczorami. Szkoda, że nie mogło tak już zostać.
     Po feriach zimowych Cannie więcej czasu zaczęła spędzać ze mną i Margarett. Odkładane spotkania z Loren'em tłumaczyła jego nadmiarem obowiązków. Mój związek z Colinem zaś nie był tak głęboki. Łaziłyśmy po szkole do kawiarni, parku, sklepów. Zdawało się, że wszystko jest w porządku. Aż pewnego razu, w ich rocznicę umawianą już od dłuższego czasu, Canriette zastukała do moich drzwi. Wpuściłam ją, po czym zaszyłyśmy się w moim pokoju. Płakała, a ja ją przytulałam. Powiedziała, że wywinął się gadką o chorej babci. Właściwie w ogóle nie pamiętał. To samo z innymi spotkaniami. Ciągle coś mu wypadało. Zaczęła myśleć, że jej unika, a gdy powiedziała o swoich wątpliwościach wyżył się na niej twierdząc, że jest egoistką i związek powinien opierać się na zaufaniu. Raz, przypadkowo zdało jej się, że widziała go na ulicy z inną. Co prawda nie trzymali się za ręce ani nic, ale miał wtedy robić zdecydowanie coś innego.
     - Mei, myślisz, że przesadzam?
Pociągnęła nosem wtulając się w moje kolana na których leżała od jakiegoś czasu. Gładziłam lekko jej włosy chcąc ją uspokoić.
     - Może ja naprawdę wariuję... - po jej policzkach spłynęły kolejne łzy.
     - Po pierwsze, nie powinien się na tobie wyładowywać. Nic dziwnego, że czujesz się zaniedbana. Zwłaszcza dziś... Po drugie, powinniście ze sobą rozmawiać jeśli jest coś nie tak. Nie zrobiłaś nic złego mówiąc mu o tym.
     - To dlaczego wyszło na to, że wszystko jest moją winą?
Podałam jej kolejną z chusteczek.
     - Poczekaj aż się zobaczycie, może wszystko ci wyjaśni. Jeśli mówił prawdę, może być zwyczajnie zestresowany.
Chciałam w to wierzyć. Chciałam aby ponownie się uśmiechała. Zależało mi na jej szczęściu. Cannie została wtedy u mnie na noc.
     Całe szczęście, stało się tak jak mówiłam. Spotkali się, zabrał ją do teatru przypominając, że to właśnie scena ich połączyła. Wszystko się wyjaśniło. Znów promieniała. Na chwilę. W jej oczach coś gasło, wciąż zdawała mi się być zaniepokojona. Nie wyglądali już jak ta para sprzed roku. Chodziła z cieniami pod oczami, ale starała się zachowywać normalnie.
     - Rozwodzą się?
Margarett przysłuchiwała się ze współczuciem opowiadaniom Lisy. My także. I Colin wraz z Johanem.
     - Przykro mi... Radzisz sobie? - wtrącił pierwszy z chłopaków.
Blondynka pokiwała głową, a zaraz potem zakryła twarz dłońmi.
     - Chyba nie do końca. Chcesz się przejść?
Przystała na propozycję Johana choć zdała się nie być nią do końca usatysfakcjonowała. Wstali z zamiarem opuszczenia naszego towarzystwa.
     - Dziękuję za troskę, Colin.
Rzuciła na odchodne. Nie zazdrościłam jej takich doświadczeń, wiedziałam jednak jak nieprzyjemne mogą być spięcia w rodzinie. Zwłaszcza te, na które nie mamy absolutnie wpływu. Cannie położyła mi dłoń na ramieniu uśmiechając się ciepło. Wiedziała w jakiej jestem sytuacji.
     Potem było tylko gorzej. Kłótnie mojej przyjaciółki i jej ukochanego stały się codziennością. Nie tylko prywatnie, ale i na forum. Zdawało się, że więź jaka ich łączyła na początku, była wyłącznie snem, świat jakby odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Ludzie zaczęli dziwnie na nich patrzeć, rzucać komentarze, które nie miały na celu polepszenia sytuacji. Jedne w kierunku jej, inne jego. Te drugie mówiły, że od dawna wiadomo iż był on podrywaczem. Canriette marniała, widziałam w niej bezradność. Przestała uczyć się tak jak do tej pory, zdradziła mi, że myśli o odejściu z kółka teatralnego.
     - Dlaczego?
Wpatrywałam się w nią z troską.
     - Nie mam na to siły. Nie umiem się skupić.
Zaśmiała się gorzko. Ten śmiech na siłę udający, że jest w porządku nadal brzmi w mojej głowie.
     - Cannie, nie sądzisz, że powinnaś się z nim rozstać? Chodzisz jak struta, jesteś nieobecna, ciągle patrzysz w telefon licząc, że zobaczysz od niego dziesiątki wiadomości...
     - Jestem głupia, prawda?
Przyłożyła sobie dłoń do twarzy, drugą zaś chowając komórkę w kieszeń spodni.
     - Wiesz... na początku skupialiśmy się wyłącznie na sobie. Z czasem, poznając coraz lepiej, nasze poglądy wydają mi się być kompletnie inne. Myślałam o tym. Sęk w tym, że wciąż go kocham i to jest silniejsze od problemów jakie przynosi ten związek.
Znudził się nią i nie miał odwagi o tym powiedzieć. Bawił się uczuciami. Nie rozumiałam tego. Dlaczego? Zrobił sobie z niej osobistą zabawkę. Ta jego tajemniczość nie była romantyzmem, a zwykłymi niedopowiedzeniami, by nie zdradzić swojej prawdziwej natury. Kłamca, owijający sobie dziewczyny wokół palca. Tyle o tym myślałam. Nie mogłam jednak za nią decydować, a jedynie być przy niej. Zjadałyśmy tony słodkości. I tak minął kolejny rok w ogóle nie przynosząc poprawy.
     - Mei, co się dzieje z Canriette?
Od tygodnia nie przychodziła do szkoły, złapała ją grypa.
     - Choruje.
     - Nie o to pytam. Widać, że coś ją martwi. To coś martwi też ciebie. Chodzi o Lorena?
Zamilkłam, nie chciałam rozpowiadać o jej prywatnych sprawach choć inni wiedzieli, że im się nie układa. Pokiwałam w końcu głową. Colin westchnął.
     - Chyba nie do końca do siebie pasują. Czemu wciąż ze sobą są?
     - Kiedy się poznali, wyglądało to inaczej.
     - Spójrz jednak na nas... my nie kłócimy się w ogóle.
Zaśmiałam się cicho.
     - Sądzisz, że my do siebie pasujemy?
     - Mimo to, że jesteśmy ze sobą długo, a do tej pory nie udało mi się dotrzeć nawet do pierwszej bazy?
     - Urządzasz jakiś maraton?
Opierałam się o mury szkoły, Colin wtedy podparł się o nie dłońmi tak, że znalazłam się pomiędzy nimi. Pochylił się zbliżając do siebie nasze usta. Czułam jak mimowolnie się rumienię. Pewnie skradłby mi pierwszy pocałunek, gdyby Margarett nie zaczęła gwizdać, a Diana bić brawo. Przeszkodziły. Wtedy byłam odrobinę zirytowana, dziś tego nie żałuję.
     Dotrwaliśmy do półmetku trzeciej klasy. Ostatniego roku w murach gimnazjum. Były urodziny Canriette, razem z Margarett wybrałam się po kupno prezentu. Potem złożyłyśmy jej wizytę. Nawet tego dnia jeszcze zakładała na siebie maskę, zmuszając się do uśmiechu. Margarett kupiła jej zdobiony wazonik, ja - pluszowe towarzystwo dla Beana, którego wciąż chowała w pokoju. Zostałam u niej dłużej. Śmiała się gorzko mówiąc, że Loren złożył jej życzenia smsem. Starałam się odwrócić jej uwagę, zająć czymś przyjemniejszym. Wtedy komórka wydała z siebie dźwięk wibracji. Czytając tamtą wiadomość, wysunęła się jej z dłoni. Przeczytałam ją. Wysłana przez pomyłkę na niewłaściwy numer. Od chłopaka, którego kochała do dziewczyny o której istnieniu nie miała pojęcia. Z czułymi słowami, tęsknotą do ponownego spotkania. Powinien w ten je dzień być z Cannie. Powinien być z nią zawsze, gdy potrzebowała czyjegoś wsparcia. Zadzwoniłam do niego. Odebrał i bez zastanowienia zaczął tłumaczyć, że to kolega pisał do dziewczyny. Pożyczył telefon bo sam nie miał nic na koncie. Nie chciałam tego słuchać. Ona zaś siedziała pod łóżkiem, skulona. Z twarzą schowaną w kolanach.
     - Mogłabyś zostawić mnie samą?
     - Cannie, nie powinnaś... przecież zawsze przy tobie jestem, a ty przy mnie. - kucnęłam naprzeciw niej.
     - Chciałabym jednak pomyśleć w samotności.
     - Jesteś pewna? Możemy posiedzieć w milczeniu razem.
     - Proszę... Mei.
Wpatrywałam się w nią jakiś czas. W końcu przystałam na tą prośbę. Posadziłam przed nią Beana i zniknęłam zamykając za sobą drzwi. Słyszałam jeszcze jak rzuciła mi cicho "Kocham cię, wiesz?".
     Postanowiłam poczekać do jutra, dać jej tą chwilę namysłu. Położyłam się wcześniej spać i ogarnął mnie kamienny sen. Ani razu się nie budziłam, ani razu nie przekręcałam z boku na bok. Sądzę, że to nie był przypadek, ale nie rozumiałam dlaczego tak to musiało wyglądać. Pierwsze co zrobiłam po otworzeniu oczu, było zerknięciem na telefon. Dostałam wiadomość. Od Cannie. Pewnie poczuła się lepiej - na tę myśl uśmiechnęłam się ciepło. "Nie mogę tak dłużej. Codziennie rano wstaję i czuję jakby moją duszę coś rozrywało. Ból nie do zniesienia. Czuję się bezsilna, nie umiem nad tym zapanować... Długo myślałam i podjęłam decyzję. Chcę zasnąć i nigdy więcej już tego nie doświadczać. Tylko to mogę zrobić. Przepraszam. Kocham cię.". Zerwałam się. Biegłam. Musiałam nią potrząsnąć, natychmiast. Nie mogła gadać takich głupot. Dotarłam do jej domu w przeciągu kilku minut. Słyszałam dźwięk pogotowia, czyjś płacz. Minęłam wszystkich nie zważając na to co się działo, zatrzymał mnie jednak policjant.
     - Dziewczynko, nie możemy cię tam wpuścić.
     - Tam mieszka moja przyjaciółka. Chcę się z nią rozmówić w pewnej sprawie. - strąciłam jego dłoń ze swojego ramienia.
     - Przyjaźniłyście się? Poczekaj tu w takim razie, będziesz mogła złożyć zeznania.
     - Zeznania? Nie mogę teraz, przecież mówię panu. Mam coś ważniejszego na głowie!
Nie docierało do mnie co mówił. Nie chciałam aby docierało. Kątem oka widziałam, że to jej mama płakała stojąc w objęciach ojca. Z domu zaraz wyłoniła się dwójka sanitariuszy wynosząc na noszach ciało schowane w ciemny worek.
     - Zgon nastąpił około czwartej nad ranem. Prawdopodobnie przedawkowała tabletki nasenne.
Jeden z nich zwrócił się do przeszkadzającego mi mężczyzny. To był jakiś żart? Czy ja dalej śniłam i miałam koszmary? Rozpłakałam się. Moja Cannie, gdzie ją zabieracie? Gdybym tylko wcześniej przeczytała tą wiadomość. Gdybym wczoraj nie pozwoliła jej zostać samej. Obwiniałam się za to. Obwiniam się nawet teraz.
     W szkole pierwsze kroki poczyniłam z myślą odnalezienia Lorena. Trafiłam na jego klasę, w końcu wypatrzyłam i jego. Nie panowałam nad emocjami. Miałam ochotę go zabić. Wymierzyłam cios prosto w twarz bruneta. Polała się krew.
     - Dobrze się bawiłeś?! Sprawiło ci to radość? Jak możesz tak głupio się uśmiechać wiedząc, że zrobiła to przez ciebie?!
Kilku z obserwatorów powstrzymało mnie od kolejnego zamachu. Loren schował nos w rękawie swetra.
     - Odbiło ci? Zrobiła to bo miała coś z głową. Nie będę brał na siebie winy za czyjąś głupotę.
     Na pogrzebie jednak się nie pojawił. Przyszła większość szkoły, a Collin trzymał moją dłoń, gdy zalewałam się kolejnymi łzami. Rzeczywistość bez Canriette strasznie opustoszała. Na każdej lekcji nie mogłam się skupić widząc puste miejsce obok. Miejsce, którego już nigdy miała nie zapełnić. Miałam masę znajomych, jednak tylko ją umiałam nazwać przyjaciółką. Zawsze przy mnie była, od momentu poznania. Wypełniła wszelką samotność. To jej się ze wszystkiego zwierzałam, z nią dzieliłam radości. Nie umiałam się odnaleźć. Nikt inny do tej pory nie był w stanie stać u mego boku na dobre i złe. Przepełniła mnie melancholia. Przepłakiwałam każdy wieczór. Początkowo wszyscy rozumieli mój stan, z czasem zaczęli się odsuwać. Nie byłam już tą Mei, która mogła szaleć po szkole. Wygłupiać się i szukać okazji w sklepach. Doznałam wtedy niewielkiego przebłysku. Miałam Colina, on uważał nas za idealną parę. Wierzyłam, że mogę na niego liczyć choć zrezygnowałam ze wspólnych spotkań na dłuższy czas. Sądząc, że jednak dobrym pomysłem jest się wygadać, oddać jakiemuś innemu zajęciu, postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Nie poszłam na koło plastyczne, na którym i tak ostatnio nie mogłam się skupić. Po lekcjach postanowiłam złapać go w szatni. Czekałam na najbliższym zakręcie. Zauważyłam go z Lisą, on też czekał - na nią. Ubrała się, a następnie obdarowali się wzajemnym pocałunkiem. Przeciągnęła go zarzucając chłopakowi ręce na szyję. Oniemiałam.
     - Nie jesteś dzisiaj na zajęciach z plastyki?
Margarett odwróciła moją uwagę tym samym przykuwając spojrzenia obserwowanej dwójki. Colin puścił Lisę i ruszył w moim kierunku. Minęłam dziewczynę i uciekłam. Dogonił mnie jednak w szybkim tempie.
     - Mei, pozwól mi to wytłumaczyć!
Krzyknął, gdy wciąż nie zwalniałam.
     - Daj mi spokój!
     - Posłuchaj, to nie trwa długo. Lisa potrzebowała czyjegoś wsparcia, przecież wiesz, że jej rodzice się rozwiedli! Zbliżyliśmy się wtedy do siebie i...
Stanęłam w końcu odwracając się do niego.
     - Wy wszyscy jesteście tacy sami.
Gdyby Cannie żyła, byłaby teraz przy mnie. Wspierała, rozumiała. Potrzebowałam jej, czułam to jak nigdy wcześniej. Zostałam zraniona. Dlaczego ludzie tacy byli? Zakłamani, podli, egoistyczni. Znów byłam tym dzieckiem w piaskownicy, które nie miało gdzie się podziać. Tylko, że tym razem nikt nie miał przyjść i wyciągnąć do mnie ręki. Zostałam ze wszystkim sama. Odcięłam się od otoczenia. Byłam, ale jakby mnie nie było. Po prostu istniałam. Mijały miesiące, a każda noc przypominała o tamtym dniu. Moi rodzicie niespecjalnie zwracali na to uwagę, zainteresował się jednak szkolny pedagog.
     - Opuściłaś się w nauce, nie przychodzisz na zajęcia. Także te z koła zainteresowań. Wdałaś się w bójkę... Wszystko zaczęło się po śmierci przyjaciółki. Nie radzisz sobie z tym?
     - Rozmowa nie przywróci jej do życia. Nic już nigdy nie będzie takie samo.
     - Mei, nawet jeśli ona odeszła, ty nadal tu jesteś. Twoje życie trwa i jestem pewna, że Canriette nie chciałaby abyś go marnowała. Mylę się?
     - Ona nie zastanawiała się co będę czuła po tym... zdarzeniu. Nawet gdyby, co jeśli wcale nie jestem silniejsza od niej...?
Przyznam, zdarzyło mi się o tym myśleć. Chciałam pójść za nią bo nic mnie tu nie trzymało, ale za każdym razem się wahałam. Rysowałam, choć prywatnie. Chciałam przelać na papier to co czuję. Właśnie wtedy stworzyłam szkic jej osoby w post-apokaliptycznym świecie. Wszystko wokół niej umierało aż zabrało ze sobą także jej duszą. Tak bardzo różniła się od dziewczyny ze spaceru nad rzekę...
     Zaczęły się wakacje, wybrałam liceum i wciąż tylko istniałam. Ból po jej stracie nie malał, choć zaczęłam odczuwać z tego powodu irytację. Patrzyłam na ludzi i wracały wspomnienia o tej Mei jaką byłam kiedyś. Cannie straciła wolę walki, nie umiała się otrząsnąć. Ze mną zaczęło dziać się to samo. Dopóki o własnych siłach nie postanowiłam wstać. Ruszyć naprzód. Życie toczyło się dalej. Puste, ale wciąż jednak się przede mną rozpościerało. Chciałam je tak spędzić? Nie mogłam wciąż trzymać się wspomnień. Postanowiłam zapomnieć, jak gdyby nigdy ktoś o tym imieniu nie istniał. Schowałam wszystkie pamiątki, prezenty, zdjęcia, szkice. Ostatecznie nawet naszą bransoletkę. Wyniosłam je do piwnicy. Jedynym mankamentem mojej metody było to iż całkowicie wyłączyłam uczucia. Nie tylko te w stosunku do niej, do innych również.    
     Starałam się odzyskać kontakty i świat, który byłby normalny. Do szkoły średniej trafiłam razem z Margarett. Uśmiechałam się, znów poznałyśmy masę nowych znajomych. Ona zainteresowała się robieniem zdjęć. Wygłupy były na porządku dziennym. Przeszłość schowałam w najgłębszy zakamarek pamięci. Powiedziałabym, że było dobrze. Choć moje uczucia wciąż były zamknięte. Nikomu się nie zwierzałam, do nikogo nie przywiązywałam. Nauczyłam się żyć z maską na twarzy. Choć podświadomie miałam uraz do płci przeciwnej. Każdy adorator szybko rezygnował w zetknięciu z moją obojętnością. Nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Komu chciałoby się przebijać przez ten ogromny mur? Po półtora roku usłyszałam o przeprowadzce, bałam się ponownie tracić grunt pod nogami, budować po raz kolejny wszystkiego od zera. Z czasem uznałam, że zostawienie za sobą wszystkiego bez reszty może być jednak kolejnym krokiem na przód. A później spotkałam jego...

     Ułożyłam kwiaty na marmurowej płycie i zacisnęłam usta zakrywając je zaraz dłonią. Kolejne łzy spłynęły po moich policzkach. Wracając do wspomnień, wertując tą historię od początku, znów czułam ból jaki towarzyszył mi w tamtym czasie. I choć myślałam, że zniknął... jedynie zakopałam go w najodleglejszych zakamarkach serca.
     - Wybaczysz mi kiedyś? To wszystko...
Pogładziłam dłonią nadgarstek na którym niegdyś nosiłam pamiętną bransoletkę.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział siódmy

     Nastał słoneczny, piątkowy dzień. Generalnie można było uznać go już za weekend, odwołali dzisiejsze zajęcia. W szkole mieliśmy pojawić się dopiero na szesnastą. Zdołałam zatem się wyspać, spokojnie umyć włosy i zjeść śniadanie. Byłam w dobrym humorze, ale to chyba normalne skoro nie zostałam obudzona donośnym dźwiękiem budzika, a promienie słońca przedzierały się przez firankę rzucając jasne snopy światła na moją pościel. To jakimś sposobem dodawało mi niesamowitego zastrzyku energii. Czułam się jakby było już lato, nawet niebo było niezwykle przejrzyste. Rodziców nie było w domu, toteż panował kompletny spokój. Siadłam na moment przed komputerem aby przejrzeć pocztę. Od czasu, gdy odezwała się Margarett często pisałyśmy do siebie. Teraz też w skrzynce znalazłam wiadomość od niej. Przez chwilę poczułam się nawet jak za starych czasów. Choć przecież brakowało tu jednej osoby. Aktualnie dyskutowałyśmy o największym z wydarzeń w starej szkole jakim była wystawa fotograficzna. W konkursie brały udział też inne licea. Obmawiałyśmy również wchodzący na ekrany film, oparty na książce, którą kiedyś czytałyśmy. Pojawiło się także z jej strony pytanie czy wpadnę w odwiedziny. Przeprowadzka była swego rodzaju ucieczką od przeszłości. Odcięciem się od tego co było. Nie wiedziałam zatem czy dobrym pomysłem było wracanie do czegoś, o czym pragnęło się zapomnieć. Po uprzątnięciu zbędnych maili zabrałam się za przygotowanie do wyjścia. Miałam wciąż sporo czasu, zatem gdybym nie miała już co robić, zamierzałam zrelaksować się słuchając muzyki. Usiadłam w fotelu ustawiając przed sobą podręczne lusterko. Wyjęłam z kosmetyczki potrzebne rzeczy i zajęłam się makijażem. Standardowo linię górnej powieki pociągnęłam eyelinerem, potem wytuszowałam rzęsy. Na ustach wylądowała pomadka w łososiowym odcieniu, a na policzkach róż. Zgarnęłam dłońmi włosy przytrzymując je z tyłu, następnie splątując je w kok. Pozostawiłam jednak kilka luźnych pasemek po bokach twarzy. Zerknęłam na zegarek, wciąż było za wcześnie, a pozostało już tylko się ubrać. Padłam na łóżko sięgając po mp3. Odpaliłam wolną melodię skomponowałam na skrzypcach i pianinie. Uprzednio szybko bijące serce od stresu, teraz jakby zwolniło rytmu. Wzięłam głęboki wdech i zanim się obejrzałam, usnęłam.
     Ponowne otworzenie oczu wywołały dopiero wibracje dochodzące gdzieś z pobliża mojej głowy. Chwyciłam telefon przenosząc go sobie przed twarz. SMS. Odebrałam. Nadawca: Iris. Treść: Gdzie jesteś? Czekamy na sali. Momentalnie spojrzałam na godzinę. Piętnasta czterdzieści pięć. Zerwałam się niemalże wyrywając jedną ze słuchawek, która wciąż tkwiła w moim uchu. Rozbieganym wzrokiem przestudiowałam pokój, zatrzymując się w końcu na ułożonej, na łóżku sukni. Wcisnęłam na siebie cienkie rajstopy, a potem błękitny ciuch i dokupione do niego buty. Chwyciłam jeszcze torebkę i zbiegłam po schodach. W przedpokoju narzuciłam na siebie płaszcz i zamykając za sobą drzwi popędziłam w kierunku liceum. Zaczepiłam kilka razy, jednocześnie narzekając w myślach, że nie tak to miało wyglądać. Całe szczęście nie miałam daleko. Wolnym krokiem około piętnastu minut, biegiem - nawet i pięć. Wpadłam zdyszana na dziedziniec - w koło były już pustki - a potem na salę. Dopiero tu, słysząc wciąż prowadzone przez rówieśników rozmowy postanowiłam na chwilę się zatrzymać aby złapać oddech. Zdążyłam. Przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam oczy. Z pośpiechu dosłownie zakręciło mi się w głowie.
     - Mei!
Z tłumów wyłoniła się machająca ręka, jak się zaraz zorientowałam - należąca do Melanii. Osobą, która jednak krzyczała moje imię była Laurine. Obok niej dopatrzyłam się również Iris zdającej się być dość zniecierpliwioną. Przecisnęłam się między pozostałymi uczniami szkoły, docierając po chwili do koleżanek.
     - Przez moment myślałam, że już nie przyjdziesz. - rudowłosa westchnęła cicho.
Nie odpisałam jej na wiadomość, faktycznie. Ale nie miałam czasu jeśli chciałam zdążyć, choćby na ostatnią minutę. Wygładziłam dłońmi sukienkę i uśmiechnęłam się lekko.
     - Przepraszam. Przysnęłam.
Lu parsknęła śmiechem.
     - Więc to dlatego.
     - Uhm. - pokiwałam głową.
     - Nie o tym mówię. - zachichotała ponownie.
Wszystkie trzy wlepiły we mnie spojrzenia. Zamrugałam zdezorientowana.
     - Trochę się potargałaś. - wtrąciła nieśmiało szatynka.
Zdębiałam chwytając odruchowo za zrobiony kilka godzin temu kok. Nie widziałam go, ale uwierzyłam na słowo. Leżenie, a potem wciskanie sukienki i bieg w takim tempie zdecydowanie mogły zafundować mi na głowie szopę. Właściwie byłam tego pewna, wiedziałam jak wygląda moje poranne odbicie w lustrze. Obecnie nie mogło się zbyt wiele różnić. Poczułam, że na twarzy wymalowała mi się panika.
     - Poczekaj, poprawię ci. - Iris zdjęła moje dłonie z upięcia włosów i zaczęła przy nich majstrować.
     - Szukałem cię. Dyrektorka prosiła abyś do niej przyszła.
Nataniel wyrósł dosłownie spod ziemi. Miałam ochotę zakryć twarz rękoma wierząc jak małe dziecko, że dzięki temu stanę się niewidzialna. Niestety z wiekiem wiedziałam, że tym sposobem przykułabym jedynie więcej uwagi. Odprowadziłam wzrokiem poinstruowaną przez niego Melanię, która pospiesznie zniknęła między ludźmi.
     - Jest prawie dobrze. - odsunęła się, mówiąc pocieszycielskim tonem.
     - Trochę tylko sterczą ci pojedyncze kosmyki, ale wyglądają jakby specjalnie miały takie być. - dodała niebieskooka.
Moja kwaśna mina ani odrobinę nie uległa zmianie. Cały ranek mogłam się szykować, poprawiać, kombinować, a ostatecznie ląduję na szkolnej imprezie o nieco innej tematyce niż Halloween do którego pewnie bardziej bym pasowała.
     - Coś się stało? - wtrącił w końcu złotooki, który do tej pory tylko nam się przyglądał.
     - Miała małe... urwanie głowy. - Iris położyła mi dłonie na ramionach.
Nie mogłam znieść tego spojrzenia, zbytnio mnie krępowało. Nie powinno, ale w tym momencie było to ode mnie silniejsze. Z resztą, przecież nikt nie chciałby być oglądany przez kogokolwiek, gdy wygląda jak...
     - Nie chcę być owcą...! - zacisnęłam pięści na mojej sukni.
     - Owcą? - po chwili zaskoczenia, blondyn się zaśmiał. - Przecież wyglądasz idealnie.
Dopiero teraz zauważyłam jak on był ubrany. Miał na sobie ciemny garnitur. Pod nim koszulę i standardowo krawat, choć inny niż ten, który nosił codziennie. Może nie różnił się od tego Nataniela, jakiego widywałam dotychczas, ale mimo wszystko był bardziej dostojny. Zwyczajnie pasowało mu to. Kilka sekund potem, salę przeciął charakterystyczny dźwięk mikrofonu. Ten, przy którym ma się ochotę zatkać uszy. Następnie usłyszeliśmy głos dyrektorki. Ucichły rozmowy, wszyscy stanęli jak na apelach przystało. Zaczęło się.
     - Witajcie drodzy uczniowie! Na wstępie chciałam podziękować każdemu, kto zaangażował się w przygotowania. Dzięki wam, pomimo drobnych opóźnień, udało się wszystko zorganizować na czas. Cieszy mnie również, że pomimo mijających lat, wciąż w "Słodkim Amorisie" przybywa uczniów, a to święto nie traci na ważności. Bo mamy przecież ciekawą historię. Ci, którzy jej jeszcze nie znają, będą właśnie mieli okazję usłyszeć.
Przerwała w tym momencie, a zaraz do niej dołączyła Melania. Przełożyła między sobą kilka kartek trzymanych w rękach i zatrzymując się na właściwej, zerknęła w kierunku przybyłych osób.
     - Jesteście gotowi? Zatem, możemy zaczynać. Właściwie dotyczy ona bezpośrednio waszych rówieśników, ale jeśli ktoś zmierza przeszkadzać, lepiej niech od razu opuści salę i nawet nie próbuje psuć tego dnia. - wytłumaczyła, wypowiadając ostatnie zdanie jak jakąś groźbę.
Starsza pani odeszła na bok i miejsce za mikrofonem zajęła szatynka.
     - Liceum w którym się znajdujemy jest wyjątkowe. Nie powstało ono z myślą o samej edukacji, ale dla faktu iż miejsca jak to umożliwiają tworzenie więzi międzyludzkich...
     - Zaczyna się prawdziwa katorga. Ile razy można słuchać tego samego?
Lu chwytając mnie i Iris za ramiona, wcisnęła się do naszego rzędu, tym samym popychając mnie na Nataniela. Zrobiło się przez to trochę ciasno, mógł się odsunąć albo wycofać, ale tego nie zrobił. Mimo to, było mi głupio. Postanowiłam jednak skupić się na przemowie koleżanki.
     - Przecież słyszysz to dopiero drugi raz, dla niektórych poznanie historii szkoły jest czymś nowym. Weź pod uwagę pierwszoroczniaków albo Mei. - wtrącił ściszonym głosem.
     - Zapoznają nas z nią na stronie szkoły, tablicach ogłoszeń. Schemat obchodów jest dość podobny za każdym razem, można się tego dowiedzieć od wyższych klas. Poza tym Mei słyszała co nieco o tej historii.
     - Naprawdę nic ci się w niej nie podoba? Żadna z pozostałych części?
Blondynka na chwilę zamilkła.
     - Apele są po prostu nudne.
Iris podobnie jak ja oglądała, a raczej skupiała bardziej uwagę na Melanii. Patrzyła w naszą stronę kontynuując opowieść. Chyba w naszą bo tak właściwie nasze spojrzenia się mijały. Pochłaniała wzrokiem jakiś inny, bliski mi punkt. Po zakończeniu przemowy, złotooki opuścił nasze towarzystwo zajmując miejsce znajomej. Wspomniał o kilku innych formalnościach i zapowiedział przedstawienie. Na salę wniesiono też krzesełka. Zaciekawiło mnie czemu nie zrobiono tego wcześniej, każdemu zapewne byłoby wygodniej, ale to i tak był szczegół. Postanowiłam cieszyć się ostatkiem chwil wolności od Amber. Kto wie, może nawet miałabym okazję się jej odgryźć po dzisiejszym dniu? Nataniel nie wspomniał o tym aby miała talent, gdy widzieliśmy ją podczas prób. Zajęliśmy we trójkę miejsca. Laurine przeczesała wzrokiem pozostałych uczniów w poszukiwaniu kogoś. Z resztą nie było trudno zgadnąć kogo. Poszłam w jej ślady, musiała być zawiedziona bo Kastiel raczej duchem się nie stał. Zauważyłam za to Violettę, ponownie Melanię i w drugim końcu sali Rozalię w towarzystwie dwójki chłopaków. Jednego z nich znałam - Lysandra. Drugi musiał być jej partnerem. Wszyscy tak podobnie się ubierali. Zastanawiając się ile osób jeszcze zaprosiło kogoś z poza liceum, ponownie przejrzałam rzędy krzesełek. Ciężko było jednak to stwierdzić, gdyż znałam zaledwie garstkę z tych twarzy. Odwróciłam się w końcu, siadając normalnie. Na przedzie, spostrzegłam wtedy większość nauczycieli. Na scenę wyszła też pani Madner ponawiając zapowiedź sztuki. Ponownie nastała cisza, a potem kurtyna osłaniająca podest zniknęła ujawniając pierwszy z aktów. Grała tam nie tylko Amber, ale również jej koleżanki. Były jeszcze dwie inne dziewczyny i trzech chłopaków. Oczywiście blondynka była postacią pierwszoplanową. Spektakl przedstawiał historię młodości założycielki szkoły. Dokładniej moment poznania powodu dla którego założyła placówkę, oraz wyrywki z ich dalszej znajomości. Gdy kończyli naukę będąc razem, gdy brali ślub, wspólnie poparli marzenie o "Słodkim Amorisie". Przyznam, było ciekawiej niż słuchając gołych faktów. Było romantycznie, zwłaszcza chwila, gdy jej się oświadczył podczas spaceru po plaży. William - bo tak miał na imię, ukrył pierścionek na jednej z pobliskich skał, zachęcając do szukania muszelek. Oczywiście skarb był tak ułożony aby łatwo na niego trafiła. Amber naprawdę miała wtedy łzy w oczach. Patrzyli na siebie jakby byli prawdziwie zakochani. Ewidentnie umiała udawać, przydawało jej się to nie tylko do manipulowania ludźmi. Nie doszukiwałam się jednak wpadek. Właściwie, zapomniałam o fakcie iż działała mi na nerwy. Przedstawienie było dość długie aby wyuczyć się całej roli w te kilka dni, nawet jeśli to samo grała rok temu. Dlaczego chwilami aktorzy korzystali z pomocy suflera. O ile w prawdziwym teatrze nie było tego widać, tak tu można zauważyć, czasem nawet usłyszeć. To ostatnie wywołało ciche chichoty wśród widowni. Ciche - bo nie chciano podpaść rozckliwiającej się nieopodal dyrektorce. Przyłapałam się na uśmiechu, gdy na nią zerknęłam. Wszystko było takie bajkowe, aż mało realne. Może jednak warto próbować? Może nie wszystko musi kończyć się tragedią? Westchnęłam głęboko, klaszcząc na zakończenie przedstawienia. Potem grupa chętnych pomogła wynosić uprzednio ustawione krzesełka oraz rekwizyty ukryte podczas spektaklu. W końcu sala wróciła do uprzedniego wyglądu. Następnie, na środek wyszła Melania wraz z inną dziewczyną pełniącą funkcję gospodarza jednej z klas, zachęcając resztę do oglądania wystawy zdjęć, informując o stworzonym na tą okazję bufecie w którym można było się napić, zjeść czy porozmawiać. Znajdował się on na jednym z holi. Zaprosiły ostatecznie na bal, życząc miłych obchodów rocznicy. Coś podobnego powiedziała po nich też dyrektorka, prosząc o włączenie muzyki. Z głośników po brzmiał utwór. Najpierw ciszej, potem stawał się coraz donośniejszy. Uczniowie rozeszli się robiąc większą przestrzeń, nie stali już tak zwarci jak podczas przemówienia. Iris zaproponowała poszukanie większej ilości znajomych. Odnalazłyśmy w pierwszej kolejności Kim. O ile nie potrafiłam wcześniej wyobrazić jej sobie w sukience, tak teraz miałam ją tuż przed sobą. Właściwie nie wyglądała tak nadzwyczajnie. Jej sukienka była dość podobna do stroju Laurine, z tym, że mniej błyszczała i była ciemnogranatowej barwy. Niedługo potem dołączyła do nas Melania z Violettą. Fioletowowłosa przeprosiła za zrzucenie pracy z rozwieszaniem plakatów na mnie. Nim zdążyłam się obejrzeć, Iris obróciła mnie w piruecie. Tak też spędziłyśmy jakiś czas bawiąc się we własnym towarzystwie. Po kilku piosenkach odłączyła się od nas szatynka, zmierzając w kierunku blondyna, który na moment mignął gdzieś w tłumie. Nie wiedzieć czemu, poczułam wtedy dziwne ukłucie. Dopatrzyłyśmy się w końcu również Rozalii, nie podchodziłyśmy jednak do niej bo nie chciałyśmy przeszkadzać. Ostatecznie ona to zrobiła ciągnąć ze sobą dwójkę towarzyszy. Tego pierwszego przedstawiła jako wspominanego już wcześniej Leo. Dowiedziałam się również, że jest starszym bratem Lysandra. Wyjaśniło to powód dla, którego trzymali się razem. Białowłosy wspomniał też, że usiłował namówić Kastiela na przyjście, ale ten był zdania, że imprezy tego typu nie są w jego stylu. Teraz bez wątpliwości nasze towarzystwo musiało wystarczyć Laurine. Nie załamując się zbytnio postanowiła wymyślić idealną parę dla Lysandra. Jako iż się wyróżniał stylem, sprawiał wrażenie tajemniczego i ciężko kogoś było dopasować. Pomyślałam, że jeszcze się chłopak załamie przez jej bezowocny casting, ale on tylko skwitował iż blondynka też jest sama. Odcinając się od rozmów, którym i tak bardziej się przysłuchiwałam niż w nich uczestniczyłam, rozejrzałam się po pomieszczeniu, lustrując wzrokiem wystrój. Ten nad którym ostatnio pracowaliśmy tyle dni, a potem usłyszałam jak z głośników zaczyna wydobywać się spokojniejsza melodia. Postanowiłam wyrwać się oznajmiając, że zajrzę do bufetu. Tak też zaraz zrobiłam, opuszczając salę. Ruszyłam przez dziedziniec, docierając zaraz na szkolny hol. Poza mną znalazłam tam raptem dwie inne osoby i... Kentina, jako obsługę bufetu. No tak, nie widziałam go od czasu, gdy pomagał przy przedstawieniu.
     - Ken! Nie nudzisz się tutaj?
Podeszłam od razu do lady za którą widniały ciastka, surówki i inne przekąski. To pierwsze wyglądało naprawdę kusząco.
     - Nie, wolę spokojniejsze miejsca. Poza tym, nie umiem zbyt dobrze tańczyć. - posłał mi uśmiech - Masz na coś ochotę?
Spojrzałam ponownie na zawartość lady, coś jednak ścisnęło mnie w żołądku, gdy wspomniał o tańcach.
     - Ale apel cię nie ominął? - uniosłam wzrok.
Zrobiło mi się go szkoda na myśl, że mógł być aż tak wykorzystywany.
     - Chyba był obowiązkowy dla wszystkich. Później pomagałem dalej przy przedstawieniu, ale mogłaś mnie nie zauważyć.
Racja, właściwie nie rozglądałam się za nim jakoś specjalnie. Mogłam go pominąć, bardziej zaciekawiona wtedy byłam dziewczynami.
     - Co do jedzenia, podziękuję na razie, ale możliwe, że jeszcze zajrzę. - odpowiedziałam w końcu.
     - Zapraszam. Będę tu stał aż do końca zabawy. - ponowił uśmiech.
Odwzajemniłam ten gest, a potem odeszłam kierując się dalej w głąb holu. Dokąd chciałam dojść? Tak właściwie nie wiedziałam, potrzebny był mi jednak chociaż krótki spacer, z dala od hordy ludzi. A może po prostu nie chciałam widzieć klejących się do siebie par, a wśród nich... Nawet jeśli dyrektorka miała tak szczytny cel. Szkoła była cała oświetlona pomimo dość późnej godziny. Na tyle później, że za oknami zdołało się ściemnić. Wtedy wpadło mi coś do głowy. Skoro wszyscy byli zajęci obchodami rocznicy, nikt raczej nie pomyślałby aby zaglądać na dach. Świeże powietrze i wolna przestrzeń, gdzieś, gdzie mogłam pobyć zupełnie sama. Uprzednim razem nie do końca mi się to udało, teraz jednak były większe szanse. Wchodząc na ostatnie piętro, nie minęłam ni jednej żywej duszy. Otworzyłam ostrożnie drzwi rozglądając się za innym możliwym ukrytym gościem. Jak okiem sięgnął, nikogo nie było. Weszłam pewniej, pozostawiając uchylone wejście. Zachęcił mnie widok nieba. Było na nim co prawda kilka chmur, ale nie przeszkadzały w zauważeniu ilości gwiazd jakimi było usłane. Przebijał się przez nie również blask księżyca tworząc nieziemski krajobraz. Rozchyliłam dosłownie usta wpatrując się w nie. Zaraz potem mimowolnie ogarnął mnie smutek. Czy takich widoków nie powinno oglądać się w towarzystwie najbliższej osoby? Dopełniałaby tylko ich piękno. Przeniosłam wzrok na dach, przyglądając się teraz cienkim liniom przecinającym jego strukturę. Przymknęłam oczy biorąc głęboki wdech, a potem ruszyłam krok za krokiem po wyznaczonym torze.
     - Co ty tu robisz?
Niespodziewany głos wybił mnie z równowagi. Zachwiałam się machając odruchowo rękoma, zupełnie jakby był to krawężnik i mogłabym z niego spaść. Odwróciłam się skrępowana pytaniem.
     - Mówiłem już kiedyś, że jesteś zabawna? - złotooki podszedł nieco bliżej.
     - Nie przypominam sobie. Nie powinieneś być na sali?
Było mi głupio, że zostałam przyłapana na tak infantylnej zabawie.
     - O to samo pytałem ciebie. - uniósł wyczekująco jedną brew.
     - Chciałam trochę odpocząć. Nie planowałam, że zawędruję aż tutaj. Wybacz, jeśli sprawiłam kłopot.
     - Większość dziewczyn woli być tam aby móc z kimś zatańczyć.
Jakimś trafem przypomniałam sobie scenę znikającej w tłumie Melanii.
     - Chyba nie jestem jak większość. - zaśmiałam się gorzko - A ty? Jestem pewna, że mógłbyś poszczycić się sporą kolejką.
Oparłam się o siatkę ogradzającą dach.
     - Skąd ten pomysł? - miałam wrażenie, że na jego policzkach pojawiły się delikatne rumieńce - Melania mnie o to prosiła, ale akurat zamierzałem cię poszukać.
Po co? Zadałam sobie pytanie w myślach czując jak podświadomie moja bujna wyobraźnia buduje przeróżne scenariusze. Odgoniłam je jednak szybko.
     - Dlaczego? - spojrzałam na niego, mimo wszystko zaciekawiona.
Mógł mieć miliony powodów.
     - Pomyślałem, że osobiście podziękuję ci za pomoc w przygotowaniach.
     - Chciałam jakoś się przydać. - poczułam dziwne ciepło gdzieś w środku siebie - Poza tym nie ja jedna pomagałam.
     - Wracasz na dół?
Zamyśliłam się nad odpowiedzią.
     - Mają teraz seans wolnych? - zrobiłam nieco głupią minę, chcąc jakoś się wywinąć.
     - Jeśli nie masz ochoty, mógłbym odprowadzić cię do domu.
Zamrugałam zdezorientowana. Ile razy miał zamiar jeszcze mnie zaskakiwać? Takiego obrotu sytuacji nawet moja wyobraźnia nie wzięła pod uwagę. Zmieszałam się tą propozycją, wbrew pozorom nie miałam nic przeciwko.
     - Nie będziesz miał problemów jeśli od tak wyjdziesz?
     - Poradzą sobie. Swoje już zrobiłem na dziś.
Poczynił kilka kroków ku wyjściu, czekając aż podążę za nim. Oderwałam się w końcu od siatki dotrzymując mu kroku. Wróciliśmy do budynku, tam przemierzając korytarz. Zaraz zeszliśmy też na parter. Tak jak poprzednio, nie było tam zbyt wielu ludzi.
     - Znalazłeś ją? - rzucił Ken, gdy mijaliśmy bufet, tym samym przykuwając moją uwagę.
Szybko zdałam sobie sprawę, że słowa kierował do Nataniela.
     - Wbrew pozorom, nie było tak trudno. - odparł złotooki uśmiechając się lekko.
Wyglądało na to, że szukał mnie już wcześniej. Na swój sposób to było miłe, skoro fatygował się jedynie aby mi podziękować, a mógł przecież zostać na sali z innymi. Zabraliśmy z szafek swoje rzeczy i ruszyliśmy ku wyjściu. Nim jednak zdążyliśmy opuścić budynek, zatrzymałam wzrok na zrobionej tuż przy głównych drzwiach, wystawie fotografii. Wiedziałam iż takowa ma powstać, ale wcześniej nie zainteresowałam się nią. Zdjęcia przedstawiały najważniejszą dziś parę. Były te starsze i nowsze. Pierwsze z nich zdołały już odrobinę wyblaknąć. Były fotografie z zakończenia ich szkoły, studniówki, wspólnych spacerów, poprzez ślub na innych okazjach kończąc. Zazdrościłam im, uczucie, którego doświadczyli zdawało mi się takie odległe. Do tego stopnia, że było poza moim zasięgiem. Nataniel przystanął obok, dołączając do podziwiania pamiątek.
     - Pięknie wyglądają, prawda? - uśmiechnęłam się odruchowo, naprawdę podobny widok mnie poruszał.
     - Trzeba przyznać, że pasują do siebie. - skwitował.
     - Nic dziwnego, że ten dzień tyle dla niej znaczy. Poza tym, ma dość oryginalną pamiątkę.
     - Podobało ci się? - zapytał po chwili, spoglądając na mnie.
Skinęłam głową.
     - Nawet jeśli uciekam w połowie potańcówki.
Przejrzeliśmy jeszcze kilka ilustracji. Na blondynie nie robiły one aż takiego wrażenia, ja widziałam je dopiero pierwszy raz. Skierowaliśmy się ku miejscu mojego zamieszkania, a przynajmniej taki mieliśmy zamiar. Nadrobiliśmy drogi przechodząc także przez park w którym jakiś czas temu konsumowałam kupione przez niego ciastko. Opuszczając go, mijaliśmy również wciąż czynne rzędy sklepów. Rozmawialiśmy głównie o szkole, zeszliśmy też na temat mojej przeprowadzki. Znał jej powód, zaciekawiło go jednak czy wciąż czuję się tu obco. Stwierdziłam, że teraz tu jest mój dom. Tak było, poza tym coraz bardziej przyzwyczajałam się do nowego miejsca zamieszkania. Na tyle, że postanowiłam przestać uważać je za takie "nowe". Podziwiając oświetlone przez latarnie ulice, dyskutowaliśmy również o książkach.
     - Lubisz kryminały? - zapytałam czysto retorycznie.
Musiałam przyznać, że ekscytującym jest odkrywanie krok po kroku różnych tajemnic, wczuwanie się w tamtejszych bohaterów.
     - Kojarzysz te tytuły? - nawiązał do wspominanych przed chwilą pozycji.
     - Nie wszystkie, ale część. - posłałam mu uśmiech.
     - Mógłbym pożyczyć ci którąś jeśli chcesz. - odwzajemnił gest.
     - Chętnie!
Przystanęliśmy na moment wbiljając wzrok w sklepowe okno. Księgarnia przykówała uwagę swoim staromodnym stylem. Przybliżyliśmy się do okna lustrując to co było po jego wewnętrznej stronie.
     - Byłaś tu już kiedyś?
Musiałam zaprzeczyć, choć byłam pewna, że zajrzę tu nie raz.
     - Mają wszystkie nowości. Szybko dostają dopiero co wydane tytuły. Jest w czym wybierać.
     - W takim razie muszę koniecznie nadrobić ten brak.
Oderwałam na moment wzrok od wystawy, obok przechodziła właśnie starsza pani, wspierając się o lasce. Zza niej natomiast wyłoniła się para. Szatynka o średniej długości włosów, sięgających ramion. Towarzyszył jej ciemnowłosy mężczyzna. Rozpromienieni dyskutowali o czymś zaciekle. Przez myśl przemknęło mi czy i ja z Natanielem nie wyglądam teraz jak para? Oczywiście, że nie. Nic nas nie łączyło. Wtedy dwójka przechodniów skierowała się do przejścia. Śledziłam ich wzrokiem, dopóki kobieta nie spojrzała w naszą stronę. Dokładniej po to, aby sprawdzić czy nie nadjeżdża żaden samochód. I wszystko posypało się jak lawina. Mimowolnie otworzyłam usta, zaraz przysłaniając je dłonią. Ta twarz... przecież ją znałam. Mama. Co ona tu robi? O tej porze? Z obcym facetem? Niemożliwe. Przecież powinna być w domu. Tamta kłótnia miała być przeszłością, moją wybujałą wyobraźnią. Dlaczego więc? Dlaczego ludzie zachowuję się w ten sposób? Od razu przypomniałam sobie ostatnią, ostrą wymianę zdań między nią, a ojcem. Jego późne powroty i weekendy spędzone w biurze. Po co to wszystko...? Jakby dzięki temu, można było być szczęśliwym. Oplatając się dłońmi na wysokości klatki piersiowej, cofnęłam się kilka kroków. Patrzyłam się w martwy punkt. Co ja tu robiłam? Miałam dosyć patrzenia na to jak ludzie cierpią, nawzajem zadając sobie kolejne ciosy. Nie chciałam stawać kolejny raz na scenie, oczekując rozczarowania. W koło było ich wiele, zbyt wiele... A ja, chciałam tylko od tego uciec. Gdzieś daleko. Oczy blondyna splotły się z moim spojrzeniem. Poczułam przeszywający ból. Odwróciłam się zrywając do biegu. Miałam tego nie robić, ale w tej chwili kierował mną wyłącznie egoizm. Nataniel pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Chciałam zniknąć, sprawić aby to wszystko przestało mnie otaczać.
     - Mei, co się dzieje?
Czyjaś dłoń w szybkim tempie chwyciła mój nadgarstek, tym samym uniemożliwiając dalszy bieg.
     - Mylisz się, jeśli uważasz, że kolejny raz pozwolę ci uciec!
Miał stanowczy głos, bardziej niż zwykle, ale te słowa niespecjalnie do mnie docierały. Rozmyły się zaraz jak setki innych paplanin nachodząc na siebie. Szarpnęłam się. Raz, drugi, trzeci i kolejny. Nie pozwalał mi jednak się oswobodzić. Obrócił mnie zaraz w swoją stronę. Nie chciałam płakać, ale czułam jak z moich oczu już płynęły łzy. Jedna za drugą, ściekając po policzkach. Zasłoniłam twarz dłonią. Byłam tak beznadziejnie bezsilna. Taka żałosna.
     Nie pamiętam jak długo tak staliśmy, ale gdy zdołałam się uspokoić, jego dłoń przetarła mój mokry policzek. Wspomnienie o tym cieple nie uległo zmianie. Zdawało się być niewyczerpalnym źródłem. Roztapiał mnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Jego złote tęczówki, przepełnione smutkiem im dłużej były we mnie wpatrzone, tym zdradzały większy kawałek duszy. W tej duszy, tamtego wieczoru dojrzałam coś znajomego...
     - Więc sądzisz, że twoja rodzina się rozpadnie?
Zapytał, gdy opowiedziałam mu co doprowadziło mnie do takiego stanu. Siedzieliśmy na ławce, nieopodal tych sklepów. Jego dłoń przykrywała moją. Nie umiałam udawać, a może dłużej nie chciałam. Pokiwałam tylko głową.
     - Może to tylko tak wyglądało i da się jakoś wytłumaczyć?
Uniosłam na niego wzrok.
     - I tak nigdy nie byliśmy ze sobą zżyci. Nie powinnam cię w to mieszać. Masz własne problemy, jak każdy.
     - Wbrew pozorom, nie zawsze najlepszym wyjściem jest zostawanie z nimi samemu. Tak czy inaczej... przykro mi.
Mi też było przykro. Przy nim czułam jednak dziwną ulgę. Działał trochę jak parasol w ulewny dzień. Nikt do tej pory nie był w stanie mnie zrozumieć. Może dlatego, że do tej pory nie spotkałam kogoś, kogo serce biłoby tym samym rytmem.
     - Ludzie już tacy są... - wzięłam głęboki wdech.
     - Gdybyś jednak potrzebowała porozmawiać, wiesz, gdzie mnie szukać.
Wysiliłam się na uśmiech.
     Nasz spacer przedłużył się o kolejne dziesiątki minut. W końcu odprowadził mnie pod dom, ciągle trzymając za rękę. To było krępujące. Zapewne bał się, że znów zapragnę uciec. Dziwił mnie sposób w jaki się zachowywał. Nikt kogo do tej pory znałam by się mną nie przejął. Każdy unikał. Każdy, poza nim. Ostatecznie nasze dłonie się rozdzieliły, choć miałam wrażenie, że wcale nie chciał mnie wypuszczać. Jak gdyby bał się zostawiać samej. W końcu zniknęłam za drzwiami domu. Znów sama z tysiącami rozdzierających ciszę myśli. Choć rodzice nie byli moim jedynym powodem, na pewno o pozostałych nie pozwalali zapomnieć. Może i on czuł, że jest coś jeszcze...