poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział czwarty, część pierwsza

     Są takie okresy w życiu, gdy pochłonięci codziennością, nawet jeśli ta wygląda dość schematycznie, doba za dobą pędzi niczym kometa, przecinając bezkres ciemnego nieba by zaraz zniknąć za horyzontem nim zdąży się ją w ogóle spostrzec. Na przemian pełniące swoją wartę, Pan Ciemności zwany księżycem, mija się z Królową Światłości - słońcem, a my podążając za rymem dnia potrafimy nie dostrzec faktycznego upływu czasu, choć ten wydaje się tak oczywisty. Wakacje są zdecydowanie sprzyjającą temu porą roku. Kartki papieru, rozłożone na blacie szklanego stołu, wylądowały zaraz w przedziale torby. Stukot przemierzanych kroków odbijał się echem od drewnianej podłogi. Następnie do akompaniamentu dołączając klucze, pobrzękujące w dłoni do chwili aż ta nie spoczęła na klamce. Wywierając na niej nacisk, drzwi ustąpiły rozpościerając się przed jego źródłem.
      Skrzyżowałam nogi, leżąc na trawie, po krótkiej chwili podrygując w tej pozycji stopą. Z wyciągniętymi ku górze dłońmi trzymającymi kolorową broszurę, zaciekle lustrowałam ją wzrokiem. Jedną z najbardziej lubianych przeze mnie rzeczy w letnich porach roku, był towarzyszący jej śpiew ptaków. Tak przyjemny dla ucha, choć w popołudniowych godzinach zakłócany przez zgiełk tętniącego wtedy najokazalej życia. Rzucany jedynie na moją twarz cień kartek, chronił mnie przed górującym słońcem. W innym wypadku, wpatrywanie się dziś w intensywny błękit nieba, nienaruszony nawet najdrobniejszym obłoczkiem, mógłby stanowić problem. Było upalne popołudnie, jeden z pierwszych tak ciepłych tegorocznych, dni. Nawet znajdujący się może dwa metry ode mnie staw, nie był w stanie zrosić chłodną bryzą. Postanawiając zająć się sprawami związanymi ze szkołą do której zostałam przepisana, nie zważając szczególnie na te uciążliwe warunki, przeglądałam dokumenty. Placówka znajdowała się w okolicy, właśnie z tego powodu wybór padł na nią. Co ciekawsze, w przeciwieństwie do jakiejkolwiek z jaką miałam do tej pory styczność, ta miała w programie obowiązkowe koła zainteresowań. Kawałek dalej, pod rozłożystym drzewem, chroniącym przed promieniami znajdującą się pod nim ławkę, siedział białowłosy chłopak. Niemal jak zawsze dzierżącym w dłoniach notes, oprawiony czarną okładką. Widywaliśmy się tu czasem. Sądzę jednak, że jego harmonogram dnia wyglądał odmiennie od mojego, nie mającej obecnie nic ciekawszego do roboty niż przesiadywanie w tym parku. Zapatrzona w treść dokumentów, odrywałam się od niej co jakiś czas podpatrując zachowanie chłopaka. Mimochodem przykuł mój wzrok, gdy dzwoniący telefon wyrwał go z zamyślenia. Wydawał się nieco spięty starając ponownie skupić uwagę nad treścią, którą zwykle z lekkością przelewał na papier. Nie wyobrażacie sobie jak komicznie wyglądał, gdy w pewnym momencie pochylając do przodu, uniósł wyraźnie jedną z brwi na widok własnego tworu. Odruchowo przygryzłam wargę by pohamować rozbawienie. Kolejno zatapiał co jakiś czas wzrok w pewnym odległym punkcie, co zdaje się popchnęło pracę do przodu. Choć znużenie widniejące na jego twarzy szybko gasiło ten zapał. Moment w którym wyrwał jedną z wypełnionych kartek, sprowadził nasze spojrzenia na ten sam tor. Opuszczając papiery i przenosząc się do pozycji siedzącej, przysunęłam zaraz dłonie do ust w charakterystyczny sposób, taki w jaki się je układa chcąc podnieść ton własnego głosu.
     - Co myślisz o klubie literackim?
Lysander posłał mi pytające spojrzenie. Widząc jednak jak zamierza wstać, postanowiłam go ubiec, wciąż sądząc, że znacznie rozsądniej było pozostać w miejscu, gdzie okalające mnie od dłuższego czasu słońce, nie mogło dotrzeć. Wygładzając sukienkę, usiadłam obok pokazując zaraz plik spiętych kartek.
     - Chodzi o liceum, muszę wybrać zajęcia dodatkowe. Muzyka odpada skoro i tak mam poświęcać jej czas w prywatnej szkole, pomyślałam więc o literaturze - sprostowałam, gdy ten lustrował wzrokiem dokument.
     - Sądzę, że to by nawet do ciebie pasowało.
Przewertowałam na prędko stronnice, wracając w końcu do pierwszej z nich.
     - Wiesz co jest zabawniejsze? - uniosłam wzrok na koronę rozpościerającego się nad nami drzewa - Jestem do niej zapisana, a nawet nie wiem, gdzie jest.
Ściągnęłam lekko brwi w ironii tego faktu i zaraz poczułam jak papiery wysuwają mi się z dłoni. Zaskoczenie chłopaka padło na bliżej nie określoną część treści.
     - Cosette... - zaczął, a ja spoważniałam, nie wiedząc co tak przykuło jego uwagę.
     - Tak?
Para dwukolorowych oczu spoczęła na mojej osobie.
     - Wygląda na to, że będziemy widywali się znacznie częściej - widząc wciąż malujące się u mnie niezrozumienie, postanowił kontynuować - Będziesz chodziła do tej samej szkoły co ja.
     - Och - wydałam z siebie ciche westchnienie.
     - To nie jest daleko stąd - posłał mi uśmiech - Masz może ochotę na spacer? Mógłbym ci pokazać.
Odłożył dokumenty na swoje kolana. Wędrując wzrokiem za moją własnością natknęłam się na notes białowłosego. Dokładniej na stronnice, których zawartość została odłączona od całości. Pochyliłam się momentalnie w jego kierunku.
     - Co to jest? Rysowałeś... - nie bardzo wiedziałam czy dobrze strzelam - kaczkę?
Rozpoznałam bowiem w tym tworze, niewyraźny zarys ptaka. Białowłosy uniósł brwi, gdy wybuchłam nagłym śmiechem.
     - Nie śmiej się. Wiem, że do artyzmu pod tym względem mi daleko.
     - Wybacz - zasłoniłam usta dłonią.
Spojrzałam na staw, który najwyraźniej był inspiracją mojego towarzysza. Stał tam chłopczyk ze swoją rodzicielką, raz za razem rzucając ptactwu pokarm. Nadęłam policzki chwytając w chwili natchnienia za leżący na ławce długopis.
     - Dajmy jej chlebuś! - poczęłam dorysowywać własne bazgroły.
Pasję z jaką zabrałam się do pracy przeciął po chwili nieproszony odgłos burczącego brzucha. Zatrzymałam dłoń, drugą z nich przykładając z zażenowaniem do zdradzieckiego miejsca na swoim ciele.
     - Chyba nie tylko kaczki są tutaj głodne - skwitował chłopak.

     Zatrzymaliśmy się przed gmachem budynku o ceglanym kolorze. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że widziałam już to miejsce mijając je podczas podróży samochodem. Wcześniejsze formalności załatwiałam na odległość, miałam zatem do doniesienia tu na dniach kilka rzeczy. Przekraczając okalające go mury, na widok rozpościerającego się przed nami dziedzińca docisnęłam do klatki piersiowej trzymane przeze mnie dokumenty. Lustrowałam wzrokiem miejsce idąc obok chłopaka coraz to wolniejszym tempem, nie zauważając jak powoli zostaję w tyle.
     - Możemy wejść do środka. Szkoła jest otwarta również w wakacje - chłopak zatrzymał się czekając aż dorównam mu kroku.
Skinęłam w odpowiedzi głową, chwilę później znajdując się już w jej wnętrzu. Lysander zwrócił moją uwagę na kilka istotnych tu miejsc. Podążając w głąb korytarza, zlustrowałam również gablotę sporządzoną przez interesujące mnie kółko. Poza naszą dwójką, było tak cicho i pusto. Jedynie gdzieś za ścianami mogła skrywać się dyrektorka, ktoś z sekretariatu czy personel dbający o czystość. Miejsce zupełnie odmienne od tego, które zdaje się, znamy na co dzień. Jednakże, czy jesteśmy w stanie poznać w pełni jakąkolwiek rzecz, jeśli nigdy nie zmieniamy kąta obserwacji? Milknąc, zapatrzyłam się na widok majaczący za oknem, po przeciwległej stronie korytarza. Nie dający się w pełni pochwycić z tej odległości, toteż przyspieszyłam ku niemu kroku.
     - Jak pięknie - przystanęłam w końcu, zatapiając się w obrazie od którego oddzielała mnie jedynie szyba.
Tuż za nią widniał plac, obsadzony różnobarwnymi kwiatami i zieleniącymi się krzewami, których nazw nawet połowy nie znałam. Nie spodziewając się podobnych widoków w szkole, na ułamek sekundy przez głowę przemknęło mi pytanie czy aby jest on również jej własnością.
     - Mamy tutaj też ogród - pospieszył z wyjaśnieniami, zupełnie jakby czytał mi w myślach - Zajmuje się nim jeden z klubów.
Oparłam dłoń na parapecie, dłuższą chwilę nie odrywając się od owego widoku. Kątem oka jedynie dostrzegłam, że w przeciwieństwie do mnie, uwagę heterochromika zajęło coś innego.
Hej, o czym wtedy myślałeś tak patrząc na mnie?

     Obdarzyłam chłopaka ciepłym spojrzeniem. Choć nie wiedział co było tego powodem, odpowiedział tym samym. W wydaniu Lysandra jednak, było to czarujące na tyle, że poczułam w tym momencie zakłopotanie.
     - Dziękuję.
Sprostowałam, idąc ścielącą się przed nami alejką, wzdłuż rzędu budynków. Odwracając wzrok, powędrowałam nim za migoczącymi od słońca sklepowymi witrynami. Okolica wydawała mi się znajoma, toteż możliwe, że w którymś z nich już byłam, gdy na początku przyjazdu kilka następnych dni jeździłam w rodzinnym gronie, od jednego miejsca w drugie. W każdym razie samo miasto było znacznie mniejsze od tego, z którego przyjechałam. Co na swój sposób było urokliwe. Jedynym co w tym momencie mi przeszkadzało był unoszący się w powietrzu zapach jedzenia. Przy czym zdecydowanie żałowałam poskąpionego sobie śniadania. Jak na ironię, mijaliśmy właśnie kolejną piekarnię prezentującą za szybą najrozmaitsze wypieki, tym sposobem oddzielając mnie od możliwości zwykłego wyciągnięcia dłoni by po nie sięgnąć. Jakby wspomniany zapach, wystarczająco sam w sobie nie kusił do przekroczenia progu, którejś z nich. Ostatecznie nie chcąc dać ponieść się słabości i nie prowokować żołądka do awanturowania się, oderwałam wzrok i od nich. Białowłosy zatrzymał się kilka kroków dalej.
     - Miałaś już sposobność bycia w którejś z tutejszych kawiarni?
Zaskoczona spojrzałam na niego pytająco, zaraz dostrzegając, że stoimy naprzeciw jednej z nich. Cóż za ironia, ulokować tyle sklepów podobnych tematycznie w jednym ciągu.
     - Niespecjalnie - zawahałam się nie będąc pewna do czego dąży.
     - A masz ochotę? - uniósł jeden z kącików ust - Wydaje mi się, że byłaś głodna.
Propozycja była kusząca, mimo wszystko musiałam odmówić z jednego istotnego powodu. O ile na wejście do cukierni pozwolić sobie mogłam, tak...
     - Nie mam przy sobie za wiele pieniędzy - wycedziłam z przepraszającą miną.
W portfelu miałam co najwyżej pozostałości po ostatnich zakupach, a przez myśl mi nie przeszło aby tego dnia zabrać ich więcej.
     - Nie proponowałbym ci, gdybyś miała sama za siebie płacić.
Białowłosy zbliżył się do drzwi otwierając je i czekając na moją reakcję. Zawahałam się chwilę, ostatecznie ulegając.
     Lokal pomimo panującego w nim ruchu, nie był przytłaczający. Jasne barwy ścian współgrały z ogólną aranżacją wnętrza. Delikatne zdobienia, dekoracyjne ramki z fotografiami i kwiaty, zdecydowanie ocierały się o klimaty vintage. Podobało mi się. Zajmując jedno z wolnych miejsc, podano nam zaraz menu. Otworzyłam je, zatrzymując się na jednej z pierwszych stronic. Chcąc nie chcąc, dość szybko utkwiłam na malinowym deserze lodowym. Składając zamówienie i czekając na nie, oparłam się na krzesełku. Rzuciłam jedynie ukradkowe spojrzenie towarzyszącemu mi chłopakowi.
     - Zaciągam u ciebie coraz to większy dług wdzięczności - ściągnęłam lekko usta.
Wyciągnęłam dłonie na stoliku sięgając po leżącą tam ulotkę, poczynając zwijanie jej brzegów w rulonik.

     Zerknęłam przez duże sklepowe okno do wnętrza cukierenki, ledwie dostrzegając wśród osób z kolejki, znajomą mi twarz. Otworzyłam drzwi, oznajmiając poprzez rozlegający się dźwięk dzwoneczków, o kolejnym przybyłym kliencie. Nie zwracając jednak na siebie uwagi, ustawiłam się na  jej końcu. Tym razem zaopatrzywszy swój portfel w dostatecznie dużo pieniędzy. Właściwie, mogłam iść do sklepu, gdzieś znacznie bliżej domu. Pomyślałam jednak, że odwiedziny będą miłym gestem. Poza tym, nie byłam jeszcze u niej w pracy. Przesuwając się krok za krokiem ku ladzie, starałam się wypatrzyć interesującą mnie osobę. Zbliżając się dostatecznie blisko obsługi, posłałam kobiecie uśmiech.
     - Hej mamo.
     - Mei, co za niespodzianka - zaoponowała tym samym gestem, zaraz jednak przybierając poważny wyraz twarzy - Coś się stało?
     - Nie, nic z tych rzeczy! - sięgnęłam od razu do torby po portfel - Chciałam tylko kupić coś dobrego, przy okazji pomyślałam, że do ciebie wpadnę - zerknęłam odruchowo na zgromadzonych za sobą ludzi - Mimo wszystko raczej nie zajmę ci wiele czasu.
     - Nie powinnaś się dziwić, w takich miejscach od rana zawsze jest ruch. Hmm, chcesz jakieś ciastko, drożdżówkę?
Rozejrzała się po półkach, przy czym schyliłam się wędrując wzrokiem za wypiekami.
     - Możesz zjeść też na miejscu, stoliki są akurat wolne. Tylko - zatrzymała się w pół zdania unosząc jedną z brwi - jadłaś śniadanie?
     - Mamo - przybrałam wzburzony ton głosu, wracając do pionu - Nie mam pięciu lat, nie musisz mnie aż tak pilnować. Ponad to, odpada. Biorę na wynos, te różki francuskie z serem. Dwa - wskazałam na nie palcem.
Wyłożyłam na ladę odpowiednią sumę pieniędzy, pakując podany towar do jednej z przegród w torebce.
     - Spieszysz się dokądś?
     - I tak, i nie.
Widząc jej niezadowolenie z udzielonej odpowiedzi, przesunęłam się nieco w bok, robiąc miejsce na obsługę reszty osób. Niespecjalnie chciałam wywoływać tu wojnę, a ludzie w takich sytuacjach nigdy nie są zbytnio cierpliwi. Przykucnęłam przy torbie, wyjmując z niej zapisy nut i pokazując rodzicielce.
     - Niedługo mam lekcje, będę tym zajęta.

     Białowłosy chłopak stał niemalże w bezruchu naprzeciw tafli wody. Zupełnie jakby w tylko jemu znanym punkcie wypatrywał odpowiedzi na coś co zaprzątało mu myśli. Wiatr w pewnym momencie potargał jego płaszczem. Ciemny materiał pokryty delikatnymi zdobieniami, uniósł się falując przez chwilę. Mimowolnie przystanęłam, czując jak na ten widok moje tęczówki zadrżały. Wierzcie bądź nie, ciężko byłoby zobrazować słowami sposób w jaki on wtedy wyglądał. To przypominało coś w rodzaju roztaczającego wokół siebie obrazu snu. Chociaż przecież nim nie był, jakby przełamał barierę pomiędzy dwoma światami. Na ułamek sekundy, wyrwał mnie z rzeczywistości oczarowując widokiem. Zatrzymując ze sobą gdzieś pomiędzy nimi. Wolną dłonią przeczesałam swoje włosy, które również rozwiały się choć w niezbyt odpowiadający mi sposób. Uśmiechnęłam się lekko, zaciskając mocniej dłoń na trzymanym przeze mnie futerale skrzypiec, po czym nie stojąc dłużej w miejscu, podbiegłam do niego.
     - Dzień dobry - przystanęłam tuż obok pochylając się nieco do przodu.
Heterochromik obdarzył mnie spojrzeniem, a ja na ponów poczułam to drżenie. Wyrywając go z letargu, wciąż wydawał mi się być tej samej ulotnej faktury, kusząc by unieść dłoń i sprawdzić czy aby nie zniknie pod wpływem dotyku.
     - Cosette, witaj.
     - Wszystko w porządku? Wydajesz się dość nieobecny.
Wyprostowałam się przyglądając mu uważniej. Zatrwożona mina Lysandra sama przez się mówiła, że coś naprawdę jest nie tak. Chłopak podparł głowę na jednej z dłoni, tym razem starając się znaleźć odpowiedź najwyraźniej na mojej twarzy. Zamrugałam kilkakrotnie, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienie.
     - Zgubiłem notatnik.
Rozszerzyłam oczy ze zdumienia. Chłopak nieznacznie się zaśmiał, najwyraźniej na widok mojej reakcji. Natomiast mi wydawało się, że może chodzić o coś znacznie poważniejszego.
     - To nie zdarza się pierwszy raz, więc najpewniej w końcu się znajdzie. Jedyny problem w tym, że chciałem dokończyć dziś piosenkę.
     - Cóż...
Spojrzałam w bok, powolnie wypuszczając z ust powietrze. Zdaje się, że właśnie cały czar prysnął. Opuściłam na trawę torbę przykucając przy niej.
     - Takie rzeczy zwykle leżą gdzieś pozostawione z roztargnienia, śmiejąc się z właściciela, który uparcie szuka je wszędzie indziej poza tym jednym miejscem - otworzyłam przegrodę sięgając po wcześniej zakupione rożki.
     - Bardzo możliwe. Co więcej, częściej odnajdywane są przez osoby postronne.
     - Zatem, skoro zostajesz dziś skazany wyłącznie na słuchanie muzyki klasycznej - spojrzałam na niego odwzajemniając nieco rozpogodzony wyraz twarzy, unosząc w jego kierunku papierowy pakunek - Proszę, na osłodę. Mam nadzieję lubisz ciasto francuskie?
Nie zmuszając mojej dłoni do dłuższego zawieszenia w powietrzu, odebrał paczuszkę.
     - Nie trzeba było, ale to miłe.
     - Mała rekompensata za wczoraj - wróciłam do pionu obładowując się wyjętymi z futerału skrzypcami i plikiem kartek zapełnionymi zapisem kompozycji, zdając sobie sprawę, że nawet nie zapytałam o zdanie - Posłuchasz, prawda? Przyda mi się ktoś do wyłapania błędów, chcę poćwiczyć przed pierwszymi zajęciami.
     Canon D-dur, Pachebel'a rozbrzmiewał wokół zieleniącej się okolicy, dodatkowo podsycając swoim brzmieniem jej barwę. Utwór o niezwykle lekkim, radosnym brzmieniu, tętniący życiem przyrody. Idealnie komponował się z letnią porą roku sprawiając, że można było jej dotknąć każdym z możliwych zmysłów. Muzyka była jednym z rodzajów magii, tych, którą pozornie zwykłe, ludzkie żywoty potrafiły władać. Sięgając nią często dalej niż słowami. Synchronizując się z melodią duszy i przecinając rytm bijącego serca na wskroś każdą kolejną wytworzoną nutą. Grając, w podobny sposób sama potrafiłam wprawić swoje ciało w ten rodzaj upojenia. Ostatecznie lekko uchyliłam jedną z powiek, dając dotrzeć do siebie odrobinie rzeczywistości. Zerkając na Lysandra, dostrzegłam jeszcze parę starszych ludzi, spacerujących alejką, którzy nawet wymijając nas wciąż przyglądali się obracając za sobą głowy. Kończąc utwór podeszłam bliżej, opadając na trawie naprzeciw białowłosego.
     - Raz na pewno się pomyliłam, było tego więcej? - zerknęłam na trzymane przez niego nuty, gdy ten wskazał palcem wybrane miejsce.
     - Tylko tutaj. Mimo to jestem pod wrażeniem.
Nadęłam nieznacznie policzki, trzymając butelkę z wodą za samą nakrętkę i wprawiając ją w powolny ruch zataczając nią koła. Zdołałam się złapać na tym, że w kwestii muzyki wychodziła ze mnie straszna perfekcjonistka. Właściwie fakt, że gra była tak dobrze zapamiętanym przeze mnie elementem przestał mnie dziwić. Posiadając tą cechę, musiałam męczyć skrzypce do upadłego. Jednakże chociaż pod tym względem mój świat nie uległ zmianie. Przesiąknęłam nią doszczętnie, była tym czego nic nie było w stanie mi odebrać. Nierozerwalny element, który mnie uspokajał.
     - Lysander!
Oboje odwróciliśmy się w kierunku czyjegoś krzyku by zobaczyć biegnącą dziewczynkę. Blond pukle włosów, upięte w dwa niskie kucyki, spoczęły zaraz w ramionach zaskoczonego heterochromika opadając na jego odzienie. W tym samym momencie, butelka wysunęła mi się spod opuszków. Istotka zastygła w bezruchu pozwalając lepiej się sobie przyjrzeć. Miała na sobie czarną sukienkę ze stójką, a spod jej spodu wychylały się białe warstwy falban. Końcówki długich włosów różniły się barwą od reszty, stopniowo przybierając różowy odcień. Gdzieś już widziałam podobne zestawienie. Uniosłam wzrok na Lysandra, którego włosy na końcach z bieli zmieniały barwę na czerń. Chłopak w końcu chwycił ją za ramiona nieco odsuwając od siebie.
     - Nino, nie wiedziałem, że dzisiaj wracasz - stwierdził nadzwyczaj łagodnym tonem.
     - Ponieważ wróciliśmy wcześniej - wyjaśniła siadając na podkurczonych nóżkach, na jej twarzy kwitł niesamowity uśmiech - Cieszę się, że mogę cię znów zobaczyć.
Była zapatrzona w niego do tego stopnia, że najwyraźniej kompletnie nie zauważyła mojej obecności, nawet jeśli siedziałam tuż obok. Podniosłam leżący na kolanach napój, przystawiając go sobie w zastanowieniu do ust.
     - To twoja młodsza siostra? - wtrąciłam ściągając na siebie jej uwagę.
Rozwarła nieco szerzej parę dużych, szarych oczu, które chwilę później wyrażając dezaprobatę, zwęziły się tworząc jedynie szparki. Miałam wrażenie, że jej jasna niczym u porcelanowej lalki cera, poróżowiała.
     - Nie. Widzisz między nami rodzinne podobieństwo? - zamilkła jakby nad czymś się zastanawiając - I ktoś ty w ogóle?
     - Nina jest zafascynowana muzyką naszego zespołu - odpowiedź białowłosego rozjaśniła mi trochę więcej - Nino, to jest Cosette.
Zwrócił się do samej zainteresowanej, która w przeciągu kilku chwil od nawiązania kontaktu wzrokowego, odgrodziła mnie od siebie i Lysandra jakimś niewidzialnym murem. Ona chyba nie tyle była fanką muzyki, co samego chłopaka.
     - Miło mi cię poznać - wysiliłam się na okazanie choć krzty entuzjazmu.
     - Cześć.
Tak. To było zdecydowanie oschłe.
     Ostatecznie atmosfera zrobiła się tak gęsta, że postanowiłam wrócić do własnego zajęcia. Zdecydowanie ku uciesze blondwłosej lolitki, która uporczywie zagadywała chłopaka starającego się kontynuować moją wcześniejszą prośbę. Zerknąwszy w ich kierunku, skwitowałam to tylko krótkim westchnieniem, machając do niego ręką na znak by sobie odpuścił. Dałam się pochłonąć świecie melodii, tym razem nie kalając jej ani jednym błędem. Przynajmniej dopóki Nina nie wydała z siebie krótkiego pisku. Widząc jak tuż przed nimi przemknęła ciemna plama, która wymijając ich pobiegła gdzieś dalej. Nie nadążając za jej prędkością nawet nie spostrzegłam, gdy znalazła się tuż obok. Zamarłam, a czarny pies, spokojnie sięgający mi pasa, przypatrywał się niespokojnie. Blondynka stanęła za białowłosym, chwytając go za rękaw płaszcza i wychylając się by rzucić zwierzęciu krótkie spojrzenie i pokazać wytknięty język. Jakby chciała się popisać tym, że akurat jej Lysander służył za obronę, a ja stoję sama oko w oko z tą bestią. Dopiero, gdy szczeknął, obejmując oburącz skrzypce przycisnęłam je mocniej do klatki piersiowej, cofając się o krok.
     - Zostań w miejscu.
Heterochromik ruszył w moim kierunku pochylając się zaraz nad zwierzęciem, a następnie odciągając je za obrożę. Pies najwyraźniej się uspokoił siadając i merdając ogonem. Chociaż wydawał się łagodniejszy, ziejąc z wywalonym językiem, którego delikatny różowy kolor jako jedyny odcinał się od jego ciemnej jak smoła sierści, wolałam pozostać w bezruchu.
     - Demon, co ty tutaj robisz? - chłopak zmarszczył brwi.
Uśmiechnęłam się głupio słysząc ów imię, musiałam przyznać, że idealnie do niego pasowało. Cieszyłam się jednak, że czworonóg nie był mu obcy. Widząc skupienie Lysandra na jakimś punkcie podążyłam w to samo miejsce wzrokiem, dostrzegając czerwonowłosego chłopaka, który wcześniej biegnąc, będąc coraz bliżej nas zwalniał kroku.
     - Dzięki, że go złapałeś. Nagle zerwał się i pobiegł przed siebie - wyjaśnił zapinając na sycz psa, który zadowolony z widoku właściciela, kręcił się teraz wokół niego, popiskując - Nie wiem co w niego wstąpiło.
     - Powinieneś bardziej na niego uważać - skwitował białowłosy.
Ja natomiast opuściłam dłonie przyglądając się ujarzmionej bestii. Podobnie jak Nina, ten pies zdawał się mieć dwie twarze, choć w odwrotnym od siebie znaczeniu. Jego właściciel zlustrował mnie od stóp do głów, jedynie na instrumencie zatrzymując się przez dłuższą chwilę.
     - Boisz się? - rzucił z przekąsem, kucając przy czworonogu i go głaszcząc - Nie gryzie, zazwyczaj...
     - Masz dzisiaj niezwykłe szczęście do poznawania moich znajomych - wtrącił białowłosy, unosząc jeden z kącików ust ku górze.
Oddałam uśmiech, niepewnie przyklękając przy czarnym sierściuchu.
     - Jaka to rasa? - zapytałam nie będąc tego świadoma - Jest ogromny.
     - Owczarek francuski. A tak w ogóle - wyciągnął wolną dłoń w moją stronę - Kastiel.
Obserwując podczas gry wodę, w którą wcześniej wpatrywał się heterochromik, widziałam jak migocze blaskiem miliona świateł, zupełnie jak gwiazdy na przejrzystym nocnym niebie.